fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Nie wyrzucać całej III RP do kosza

Liderzy partii centrowych i prawicowych na wspólnej konferencji prasowej dwa lata przed powołaniem AWS, 1994 rok. Kazimierz Michał Ujazdowski (z lewej), wtedy szef Koalicji Konserwatywnej. W środku Jarosław Kaczyński (jako prezes Porozumienia Centrum). Z prawej Ryszard Czarnecki, wówczas prezes Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego
PAP, Andrzej Rybczyński
- Historia AWS pokazuje, czym jest brak przywództwa i zdolności do ryzyka. Gdy nie ma tych dwóch cech, to porażka czyha za drzwiami - mówi europoseł PiS Kazimierz Michał Ujazdowski

Plus Minus: 15 lat temu mniej więcej o tej porze kończyła swój żywot Akcja Wyborcza Solidarność. Gdy pytam polityków o ten okres, o rząd Jerzego Buzka, to mało kto chce na ten temat mówić inaczej, niż topiąc swoje opowieści w tonach lukru. A przecież rządy AWS–UW nie były pasmem sukcesów. AWS w ciągu czterech lat u władzy straciła poparcie z 34 do niespełna 6 proc.

Również wspominam ciepło rządy AWS. Trzeba też pamiętać, że to był czas innej polityki. Po pierwsze, było w niej więcej wspólnotowości. Po drugie, dominowało przekonanie, że jeśli chcesz rządzić, musisz mieć pomysł i musisz zmieniać rzeczywistość. Po trzecie, była preferencja dla osobowości, ludzi z własnymi ideami.

Przecież AWS była nieustająco wstrząsana sporami partyjnymi. Wszyscy skrupulatnie liczyli parytety i w ten sposób ustalali, co się komu należy. Gdzie było to pole do działania jednostek z ideami?

W rządzie.

Czytaj także:

Rząd Jerzego Buzka odzwierciedlał układ sił w AWS. Widowiskowa wojna między ówczesnym wicepremierem Januszem Tomaszewskim a szefem Kancelarii Premiera Wiesławem Walendziakiem wynikała m.in. z tego, że każdy z nich miał za sobą jakąś frakcję i chyba mieli się wzajemnie klinczować, żeby żaden za wysoko nie urósł.

Nie ma rządu parlamentarnego, który nie odzwierciedlałby układu sił w partiach rządzących. A spór między Walendziakiem i Tomaszewskim nie był sporem o nagą władzę, tylko o koncepcję polityczną. Wiesław Walendziak przez długi czas swojego działania w AWS zabiegał o nadanie polityce rządu bardziej ambitnego charakteru. Natomiast Janusz Tomaszewski był obrońcą status quo. Selekcja negatywna nie dominowała, skoro w rządzie Jerzego Buzka znalazło się miejsce dla Franciszki Cegielskiej, minister zdrowia, dla Lecha Kaczyńskiego, ministra sprawiedliwości, dla Jerzego Kropiwnickiego, a na stanowiskach sekretarzy stanu dla Michała Kuleszy (reformy samorządowe), Jacka Saryusza-Wolskiego (polityka europejska). Wymieniam ludzi, którzy przyszli do rządu z konkretnymi pomysłami. To był rząd, który zdecentralizował Polskę, budując drugi i trzeci szczebel samorządu terytorialnego. Nie uczyniłby tego, gdyby nie pasja reformatorska i w rządzie, i jego zapleczu parlamentarnym. Oczywiście były kłótnie i napięcia, brakowało dobrego przywództwa, ale trzeba być sprawiedliwym – to był czas obecności w rządzie ludzi o zapale reformatorskim.

Był pan przy negocjacjach dotyczących zasad powołania AWS?

Nie. Ale pamiętam posiedzenie Rady Krajowej AWS liczącej ponad 100 osób, podczas którego Marian Krzaklewski, założyciel AWS, doprowadził do zatwierdzenia listy krajowej Akcji. To było bardzo zręczne. Krzaklewski przyniósł ułożoną listę krajową, na której czele znajdował się Marek Biernacki (wtedy likwidator PZPR), a cała lista została ułożona niezgodnie z hierarchią polityczną. Przedstawił ją zebranym, po czym wyciągnął kanapki i zaczął je podjadać, nie przejmując się przebiegiem dyskusji. Liderów politycznych i związkowych bardzo wzburzył kształt listy, kłótnia trwała około godziny, po czym Marian Krzaklewski położył na stole definitywną wersję listy krajowej i wszyscy przyjęli ją bez szemrania. Nikt z baronów AWS nie odważył się zaprotestować po raz drugi. Rada rozjechała się w zgodzie. A więc miał Krzaklewski przebłyski talentu politycznego.

W AWS skrzyknęły się partie, które wcześniej poznawały się w Konwencie św. Katarzyny. Ale pana środowisko, Koalicja Konserwatywna, nie uczestniczyło w tamtych próbach porozumienia. Jak znaleźliście się w AWS?

No cóż, nie było żadnych specjalnych zaproszeń do AWS. Jej powstanie było czymś w rodzaju szlacheckiego pospolitego ruszenia na prawicy. Partie prawicowe z ulgą przyjęły fakt, że „Solidarność" dysponuje mocą zjednoczenia, i chętnie dołączały do tej inicjatywy. Koalicja Konserwatywna była środowiskiem niedużym, ale kreatywnym, z własnym programem w dziedzinach reform ustrojowych i edukacji. Redagowany przez Rafała Matyję „Kwartalnik Konserwatywny" wprowadził pojęcie „IV Rzeczpospolita" i promował głębokie reformy ustrojowe. Trzeba pamiętać, że prawica przeżyła podwójny szok po zwycięstwie SLD w 1993 roku i sukcesie Aleksandra Kwaśniewskiego w 1995 roku. To doświadczenie zjednoczyło wszystkich. Ale jeżeli pani pyta o moją ocenę AWS, to trzeba mówić również o straconej szansie. Koalicji Konserwatywnej zależało na głębokiej reformie państwa, która obejmie administrację, unowocześni dyplomację, przezwycięży podziały resortowe w centrum i usprawni sądownictwo. AWS, niestety, nie weszła na to pole.

Dlaczego?

Porzuciła to jako zbyt trudne zadanie.

Spotkałam się z opinią, że związkowcy skupiali się na pilnowaniu parytetów, a Unia Wolności, mniejszy koalicjant, robiła swoje reformy, głównie prywatyzowała, co się dało.

To inna historia. Unia Wolności uzyskała w tej koalicji większe wpływy, niż wynikało to z rozkładu głosów. A stało się tak dlatego, że po wyborach AWS przez dwa, trzy tygodnie nic nie robiła. Nie narzucała swojego stanowiska, nie zbierała ludzi. Odpuszczono nawet kontakty z wyborcami. Formacja, która wyrosła ze związku zawodowego, nie kontaktowała się po wyborach z opinią publiczną, nie dziękowała wyborcom. Nagle zaczęła postępować jak formacja gabinetowa. Rozmowy koalicyjne rozpoczęły się w ostatniej chwili, pod presją czasu, tuż przed inauguracyjnym posiedzeniem Sejmu. Tylko że wtedy Unia Wolności już dyktowała warunki.

Dlaczego Marian Krzaklewski zwlekał z rozpoczęciem rozmów o współrządzeniu?

Być może nie miał koncepcji rozmów. Albo uległ rutynie charakterystycznej dla działań związkowców, które nie wymagają szybkich decyzji. W gorących momentach trzeba działać z wyprzedzeniem, dyktując warunki partnerom.

Może przyczyna leżała w tym, że Krzaklewski nie był pewny, do czego zdolna jest AWS? Pamięta pan skrót TKM (teraz, k..., my), którym Jarosław Kaczyński określił tę formację?

Oczywiście, że pamiętam. Nie była to ocena AWS, lecz pazerności, którą przejawiała część tego środowiska. Jarosław Kaczyński miał prawo do takiej oceny. Był jedynym pierwszoplanowym politykiem, który został wypchnięty z wąskiego kierownictwa AWS w głosowaniu zorganizowanym przez spółdzielnię Tomaszewskiego. Pamiętam posiedzenie Rady Politycznej AWS, na którym tylko ja i Czesław Bielecki stanęliśmy po stronie Kaczyńskiego. Mam w archiwum prywatnym list naszej trójki (podpisany przez nas dwóch i Jarosława Kaczyńskiego) do Mariana Krzaklewskiego, przestrzegający przed negatywną selekcją personalną. AWS mogła tylko skorzystać na obecności Jarosława Kaczyńskiego.

A dlaczego spółdzielnia Tomaszewskiego chciała się pozbyć Kaczyńskiego?

Spółdzielnia była typowym układem bez idei. Traktowała Jarosława Kaczyńskiego z wrogością, ponieważ był silnym politykiem, chcącym zmieniać rzeczywistość i walczyć z korupcją. Spółdzielnia ciągnęła AWS w dół. Z kolei Marian Krzaklewski był człowiekiem o dobrych intencjach. Nie wątpię w jego uczciwość. Mogę mu zarzucić, że nie miał twardej ręki i nie egzekwował swojego przywództwa.

W czym się to przejawiało?

W 1998 roku zaproponowałem powołanie jednej partii politycznej z frakcjami, obejmującej cały AWS. To wymagałoby przywództwa, przełamania myślenia, że w każdym okręgu „Solidarność" musi mieć większość, a zatem oddzielenia partii od związku. Ten projekt wymagał też zdecydowanych wyborów osobistych od samego Krzaklewskiego, bo nie można prowadzić związku i być jednocześnie liderem politycznym. Ryzyko budowy nowej partii mogli podjąć wyłącznie politycy związkowi. Nie zrobili tego, bo się asekurowali.

Dlaczego mieli rezygnować z wpływów? Jednak to „Solidarność" wygrała wybory, a cała plejada małych partii weszła do Sejmu na plecach związkowców.

Oczywiście, ale trzeba było dokonać wyboru między działaniem politycznym a związkowym. Niestety, szansa na budowę takiej partii nie została wykorzystana. Historia AWS to jest w ogóle historia niewykorzystanych szans.

Jakie jeszcze szanse nie zostały wykorzystane?

Mam sentyment do AWS jako wspólnoty i jednocześnie pamiętam uczucie niemocy i bezradności. Gdy przychodziłem do Jerzego Buzka ze sprawami, które prawdziwy przywódca zrozumiałby w mgnieniu oka, np. z radą, żeby zerwać z polityką pobłażliwości w wymiarze sprawiedliwości, moje argumenty trafiały w próżnię.

A jakie były argumenty Buzka?

„To przesada, tak musi być, przestępczość jest czymś nieuniknionym w kapitalizmie". Kiedy mówiłem, że kraje demokratyczne potrafią prowadzić racjonalną politykę karną, to mi nie dowierzano. Miałem poczucie, że mogliśmy pchnąć politykę na zupełnie nowe tory, ale zabrakło nam wyobraźni i woli. To było poza horyzontem solidarnościowego myślenia. Nie wykluczam, że u związkowców były to jeszcze pozostałości z czasów walki z komuną, kiedy to problemem był nadmiar państwa policyjnego. Nie było świadomości, że już odpowiadamy za państwo, a bezpieczeństwo obywateli jest ogromną wartością. Zaledwie kilku polityków mówiło innym językiem – Jarosław Kaczyński, Jan Rokita, Ludwik Dorn, Marek Biernacki i ja. Wszyscy mieliśmy świadomość, że trzeba poszukać form realnej odpowiedzialności państwa za bezpieczeństwo obywateli. A AWS tego nie przyjmowała.

Buzek był w trudnej sytuacji. Miał za plecami Krzaklewskiego, o którym mówiono, że to on faktycznie rządzi, a Buzek tylko ponosi odpowiedzialność.

Na początku pozycja Mariana Krzaklewskiego była bardzo silna, ale – jak już mówiłem – to był rząd osobowości. Dlatego przywództwo Krzaklewskiego nawet w tym pierwszym okresie było miarkowane – przez ludzi i przez program reform, czyli przez to, co się chciało zrobić. A z czasem pozycja premiera Jerzego Buzka stawała się coraz silniejsza. Nie chcę powiedzieć, że Krzaklewski w ogóle stracił na znaczeniu. Nawet po sromotnej porażce w wyborach prezydenckich miał ciągle duże poparcie.

Skoro pozycja Mariana Krzaklewskiego była mocna, to dlaczego – jak pan mówił – brak przywództwa zgubił AWS?

Marian Krzaklewski miał możliwości stania się autentycznym liderem, ale ich nie wykorzystał. Wydaje mi się, że zabrakło mu zdolności, by zostać prawdziwym liderem politycznym. Trzeba też podkreślić, że doświadczenie związkowe to praktyka ciągłych negocjacji. Poza momentami przełomowymi nie trzeba podejmować decyzji definitywnych. I to doświadczenie zostało przeniesione na rząd Buzka. Podczas spotkań Rady Ministrów i liderów koalicji odbywały się wielogodzinne narady. To było nieznośne, bo bardzo długo dochodziło się do decyzji. Tymczasem polityk nie może uciekać od ich podejmowania. Marian Krzaklewski nie przesiadł się z tramwaju związkowego do tramwaju rządowo-parlamentarnego. Poza tym miał pewną łagodność charakteru, która pasowała do kultury negocjacji. A jednocześnie w rządzie był Leszek Balcerowicz, którego to potwornie irytowało, bo był zwolennikiem szybkiego podejmowanie decyzji, najlepiej w ciągu 20 minut.

Ale bez obecności związkowców w rządzie części reform, np. górnictwa, być może w ogóle nie dałoby się przeprowadzić.

Oczywiście, co nie zmienia faktu, że w AWS powinno było dojść do podziału ról, bo utrzymywanie podwójnej roli związkowców i polityków nie służyło ani rządowi, ani „Solidarności". Chwalę AWS, bo to był bardzo piękny czas pospolitego ruszenia przeciwko władzy SLD i zupełnie innych relacji w polityce, bardziej koleżeńskich. Trzeba pamiętać o reformatorskich dokonaniach, a także o zbudowaniu IPN. Wbrew opinii większości ideologów współczesnej prawicy chcę podkreślić, że historia polityczna III RP nie jest pasmem porażek i że nie należy całego tego okresu wyrzucać do kosza.

Dlaczego Marian Krzaklewski chciał zostać prezydentem?

Zapewne zakładał, że inna kandydatura oznacza zmianę przywództwa w AWS. Kandydował w wyborach prezydenckich z chęci utrzymania przywództwa, bo gdyby w tamtych wyborach wystartował kto inny, przykładowo Maciej Płażyński, i osiągnął przyzwoity wynik, to automatycznie przywództwo powędrowałoby do niego.

W 2000 roku, kiedy odbywały się wybory prezydenckie, AWS miała słabe poparcie. W gruncie rzeczy wojna o to, kto utrzyma przywództwo, mogła być wojną o pietruszkę.

Dzielenie się władzą jest jednym z elementów sztuki politycznej. Krzaklewskiemu zabrakło tej umiejętności. Jednocześnie Artur Balazs i Aleksander Hall przekonywali Macieja Płażyńskiego do startu w wyborach prezydenckich. Ten jednak odmówił.

Z tego wynika, że w AWS było wielu niezdecydowanych polityków. O Jerzym Buzku też mówiono, że jest chwiejny, działa metodą ostatniego rozmówcy, że reformy podejmuje się na zasadzie wrzutek.

Nie godzę się z tym stwierdzeniem, bo jednak reformy były dobrze przygotowane. Wyjątkiem była rewolucja w szkolnictwie polegająca na wprowadzeniu gimnazjów. Do dziś nie wiadomo, kto suflował tę reformę. Buzek był wyznawcą tej samej strategii co Marian Krzaklewski, czyli bardzo długiego ucierania stanowisk. Miał też niespożytą siłę fizyczną, mógł toczyć rozmowy do 2, 3 w nocy, po czym wznawiać pracę rano kolejnego dnia. Moja żona była trochę zaskoczona, że premier potrafi zadzwonić o godzinie 1 w nocy w celu skonsultowania stanowiska. Takie telefony do współpracowników były czymś oczywistym. Mimo to mam do Buzka sympatię, bo jego działaniom towarzyszyła myśl, że można się porozumieć. Ale rzeczywiście całej formacji brakowało mocy i siły. Historia AWS pokazuje, czym jest brak zdolności do ryzyka i przywództwa. Gdy nie ma tych dwóch cech, to porażka czyha za drzwiami.

Czy pamięta pan kampanię prezydencką?

Tak. To była słaba kampania. Krzaklewski nie miał osobowości przyciągającej ludzi. Zapamiętałem sondaż, którego uczestnicy odpowiadali na pytania, kto z polityków pomógłby ci na ulicy, gdybyś znalazł się w krytycznej sytuacji, i z kim chciałbyś zjeść obiad. Krzaklewski w obu tych kategoriach nie był wysoko, a Kwaśniewski górował. To był zwiastun przyszłej klęski naszego kandydata.

A czy Krzaklewski pomógłby komuś na ulicy?

Myślę, że tak, ale to nie ma przesądzającego znaczenia. Polityka demokratyczna to w dużym stopniu wyobrażenie o faktach. Nie ma znaczenia, czy Krzaklewski by komuś pomógł, skoro ludzie tak nie uważali.

Pamiętam, że użyto wówczas m.in. słynnej reklamówki atakującej Kwaśniewskiego – z Markiem Siwcem parodiującym papieża i z chwiejącym się Kwaśniewskim nad grobami w Charkowie.

Na nic się to zdało. Być może gdyby AWS wystawiła innego kandydata w wyborach prezydenckich, mogłaby przetrwać. Z zaniechaniami AWS kontrastowały działania Lecha Kaczyńskiego, który jako minister sprawiedliwości efektywnie walczył z przestępczością. To stworzyło podstawę dla Prawa i Sprawiedliwości.

Pan wszedł do rządu Buzka dopiero w marcu 2000 roku, a więc cztery miesiące przed rozpadem koalicji z Unią Wolności. Jak się panu układały stosunki z premierem?

Z początku nie miałem pełnego zaufania premiera.

Dlaczego?

Być może uważał, że prezentuję zbyt wyraziste poglądy. Moja kandydatura na ministra kultury była zwalczana przez spółdzielnię Tomaszewskiego i publicznie przez kierownictwo Unii Wolności. Szef klubu tej partii powiedział publicznie, że zadam kulturze śmierć. Potem emocje opadły i premier dał mi wolną rękę i wsparcie. Dla mnie był to wspaniały czas budowy podstaw nowoczesnej polityki historycznej i dyplomacji kulturalnej za granicą. Zaprosiłem do współpracy ludzi, którzy rozwinęli swoje umiejętności i służą do dziś polskiej kulturze: Roberta Kostro, Dariusza Gawina, Jacka Kopcińskiego, Jana Ołdakowskiego, Grażynę Bandych, Lenę Cichocką, Pawła Kowala, Pawła Skibińskiego, Dariusza Karłowicza.

A jednak odszedł pan z rządu po zdymisjonowaniu Lecha Kaczyńskiego. Uważa pan swoją ówczesną decyzję za słuszną?

Zdecydowanie tak. Zdymisjonowanie Lecha Kaczyńskiego było złą reakcją na dobrą politykę.

To jak pan może chwalić Buzka?

W polityce, nawet jeżeli się z kimś spieram, to chcę dostrzec dobre strony jego działań. Tak też opisuję Jerzego Buzka i AWS. Weźmy chociażby pozycję Polski w traktacie nicejskim. To było wielkie osiągnięcie rządu AWS i Jacka Saryusza-Wolskiego. Pamiętam, jak Jerzy Buzek podczas Kongresu Kultury Polskiej był w ciągłym kontakcie z Saryuszem-Wolskim, który samodzielnie wynegocjował niezwykle korzystne dla Polski regulacje.

Padło też z ust Jana Rokity hasło „Nicea albo śmierć", które zostało później wykpione.

Ze względu na jego pewną teatralną przesadę. Niemniej pozycja Polski w traktacie nicejskim to przykład, jak należy robić politykę europejską – asertywnie i z jednoczesną zdolnością do współpracy. Z posiedzeń rządu zapamiętałem też negocjacje budżetowe, bo prof. Bartoszewski wygłaszał zawsze następującą tyradę: – Choć miałem w rodzinie bankiera i księgowego, nie znam się na pieniądzach, ale muszę płacić służbie dyplomatycznej w dolarach i żądam tyle i tyle pieniędzy. I z reguły dostawał to, czego chciał.

—rozmawiała Eliza Olczyk (dziennikarka tygodnika „Wprost")

Kazimierz Michał Ujazdowski – polityk konserwatywny, ostatnio nawołujący do kompromisu w sprawie TK. W przeszłości w kilku partiach, m.in. w Koalicji Konserwatywnej, SKL, Przymierzu Prawicy. Obecnie eurodeputowany PiS. Był ministrem kultury w rządach Jerzego Buzka, Kazimierza Marcinkiewicza i Jarosława Kaczyńskiego

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej":

prenumerata.rp.pl/plusminus

tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA