fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Ludmiła Grygiel: Biskup Jan Pietraszko. Prorok ze św. Anny

materiały prasowe
Ksiądz Jan rzucał światło w ciemną noc komunizmu i przyciągał młodych do ołtarza, aby tutaj poczuli się bezpiecznie i rodzinnie.

Zaledwie cztery miesiące po objęciu funkcji prefekta seminarium przez księdza Pietraszkę [Jana Pietraszkę – red.] Książę Metropolita powierzył mu dodatkową misję: opiekę duszpasterską nad studentami przy kolegiacie uniwersyteckiej Świętej Anny. Widocznie uważał, że ten „pokorny i świątobliwy" kapłan podoła wszystkim obowiązkom, a nade wszystko – znajdzie wspólny język z młodzieżą i uczonymi. Dzisiaj możemy z całą pewnością stwierdzić, że się nie pomylił. Posługa duszpasterska księdza Pietraszki dla młodzieży akademickiej oraz inteligencji stanowi jego największy i najbardziej oryginalny wkład w dzieje Kościoła polskiego po drugiej wojnie światowej, a ściśle mówiąc – w odrodzenie i pogłębienie życia religijnego. (...)

Ksiądz arcybiskup Sapieha [Adam Stefan Sapieha – red.], dbający zawsze o rozwój kultury chrześcijańskiej, już w 1927 roku utworzył kanonię akademicką przy kolegiacie Świętej Anny. Do wybuchu wojny pracowało tam dwóch kapelanów: ksiądz Stanisław Sapiński i ksiądz Tadeusz Kurowski. Ten ostatni w 1945 roku został przeniesiony do kościoła Świętego Floriana, dokąd zaczęła uczęszczać mała grupa związanych z nim studentów. Warto przypomnieć, że gdy w styczniu 1948 roku ksiądz Pietraszko rozpoczynał duszpasterstwo u Świętej Anny, pełnił nadal funkcję prefekta seminarium. Trzeba zatem podziwiać pracowitość tego delikatnego księdza, który nigdy nie był „zagoniony", i każdy, kto do niego przychodził, odnosił wrażenie, że ma dla niego dużo czasu, nikogo nie zbywał, tłumacząc się rozlicznymi zajęciami, co dzisiaj rzadko się zdarza aktywnym kapłanom.

Początek jego posługi w kolegiacie uniwersyteckiej zbiega się w czasie z nasileniem terroru komunistycznego i prześladowania Kościoła. Przyszło mu działać w sytuacji politycznej i społecznej, której mechanizmów nikt jeszcze wtedy nie znał i nie mógł przewidzieć jej rozwoju. Musiał zatem wypracować zupełnie nowy model duszpasterstwa, dostosowany do sytuacji, w jakiej znaleźli się katolicy jako obywatele, którzy – jak to sam określił – nie byli „na linii urzędowo aprobowanego myślenia". Ksiądz Jan nigdy nie opracowywał przy biurku długofalowych programów duszpasterskich, lecz w oparciu o wielowiekową tradycję Kościoła i Ewangelię podejmował decyzje i rozwiązywał problemy, jakie się pojawiały. W ciężkich, beznadziejnych latach czterdziestych napawał słuchaczy nadzieją płynącą z nauczania Chrystusa. Rzucał światło w ciemną noc komunizmu i przyciągał młodych do ołtarza, aby tutaj poczuli się bezpiecznie i rodzinnie. Nie tworzył żadnych struktur organizacyjnych, lecz przestrzeń wolności z Eucharystią jako centrum.

Dyskretnie, ale zdecydowanie

Taka metoda okazała się zbawienna po likwidacji katolickich organizacji młodzieżowych w 1949 roku. Czerpał siłę z modlitwy, a program – z Ewangelii i Magisterium Kościoła. Troska o człowieka i duszpasterska intuicja dyktowały mu konkretne inicjatywy i praktyczne rady w sprawach duchowych i materialnych. Dzielił ze studentami ich codzienne troski i radości, modlił się z nimi i chodził na wycieczki, dużo z nimi rozmawiał, a w rozmowach i w konfesjonale codziennie „uczył się", jakby powiedział Liebert [Jerzy Liebert, poeta - red.], każdego powierzonego mu człowieka. W ten sposób powstał oryginalny model duszpasterstwa, a jego twórca stał się mistrzem wielu kapłanów, między innymi Karola Wojtyły.

Dla zagubionych w nowej sytuacji młodych ksiądz Pietraszko stał się kierownikiem duchowym i wielkim autorytetem we wszystkich życiowych sprawach. Prowadził ich dyskretnie, ale zdecydowanie, jak miłujący i wymagający ojciec, dbając o to, żeby się niepotrzebnie nie narażali na prześladowania, które z coraz większą siłą prowadziły komunistyczne władze. Dzięki takiej postawie księdza różnorakie utrudnienia, przesłuchania, nachalna inwigilacja funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa oraz ich współpracowników nie zdołały oddalić młodych od Kościoła oraz kapelana.

Ksiądz Jan starał się zachować rozwagę i ostrożność – i to samo zalecał młodym. Wyjazdy na wakacje czy dni skupienia odbywały się bez rozgłosu, w małych grupach. Utrwalił się wówczas zwyczaj nazywania księdza wujkiem, co później przejęła grupa skupiona wokół Karola Wojtyły. Władze komunistyczne okazały się bezsilne wobec takiej „metody". Studenci i młodzi pracownicy naukowi byli przesłuchiwani, zastraszani; rzadko ci, którzy nie kryli się ze swą wiarą, mogli liczyć na karierę naukową. Pod tym względem Kraków był wyjątkiem, co jest zasługą duszpasterstwa Pietraszki i Wojtyły; uczestnicy ich duszpasterstwa byli tak liczni i mogli się wykazać takim dorobkiem naukowym, że obiektywne kryteria (szczególnie w dziedzinie nauk ścisłych) decydowały o ich promocji. (...)

Pierwszą nowością, jaką wprowadził ksiądz Pietraszko, było otwarcie kościoła Świętej Anny przez cały dzień, podczas gdy inne kościoły po porannych mszach były zamykane. Bardzo chciał, żeby studenci, idąc na uniwersytet, mogli „odpocząć w kościele". Otworzył dla młodych nie tylko kościół, ale także swoje mieszkanie, czyli dwa pokoje na pierwszym piętrze. Utrwalił się zwyczaj – istniejący do śmierci Sługi Bożego – że uczestnicy niedzielnej mszy świętej o godzinie dziesiątej po nabożeństwie rozmawiali z księdzem Janem w zakrystii, na dziedzińcu plebanii, a bliżej z nim zaprzyjaźnieni szli do jego mieszkania. On sam przygotowywał kawę, herbatę, kupował słodycze. Poza tym każdy student mógł zawsze przyjść do niego po poradę, pomoc czy pociechę. (...)

Pragnął, aby młodzi czuli się w kościele i w parafii jak u siebie w domu i razem z profesorami tworzyli społeczność. Istotnie, stworzył wspólnotę, a nie instytucjonalną organizację; wspólnotę osób złączonych więzami przyjaźni przeżywanej w bliskości Chrystusa. „Materialnym" centrum tej wspólnoty był ołtarz. „Cały sens w tym, żeby wokół tego ołtarza było tłoczno, a nie pusto. I dlatego chciałbym – mówił na początku roku akademickiego 1969/1970 – trochę zagrać na tej środowiskowej wspólnotowej ambicji akademickiej w tym najlepszym tego słowa znaczeniu – żeby uważali to miejsce za bardzo własne. Bardzo na was czekamy – czeka na was ta tajemnica Bożej miłości po to, żeby bogacić i napełniać wszystkich".

Ksiądz Jan odpowiadał na naturalną potrzebę studentów, aby w takich czasach, w jakich im przyszło studiować, mogli poczuć wsparcie wspólnoty, której instytucje państwowe nie zdołają zniszczyć. (...)

O fascynacji tą wspólnotą i postacią jej „założyciela" tak opowiada student pierwszego roku prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego Józef Tischner: „Widzę ten kościół przed laty. Może to był rok 1949, może 1950. A więc głębokie czasy stalinowskie. Ołtarz. A przed ołtarzem stojącego w czarnej sutannie ówczesnego kapelana akademickiego – księdza Jana. Wokół ołtarza tłumek studentów, bo to był powszedni dzień. Może 200, może 300 osób. Ksiądz Jan mówił o Ewangelii. A w Polsce działy się wtedy bardzo smutne rzeczy; procesy polityczne, czystki na uniwersytetach, wzrastające prześladowanie Kościoła. My, studenci, czuliśmy się pogubieni, zwłaszcza ci, w których sercach tliła się jeszcze jakaś iskierka wiary. Historia jakby sprzysięgła się przeciwko nam i przeciwko naszej wierze (...). Nie pamiętam dokładnie, co wtedy mówił ksiądz Jan. Ale pamiętam, że mówił tak, jak nikt inny nie mówił". Dodajmy, że słuchając kazań i konferencji księdza Jana, Tischner odkrył swoje powołanie kapłańskie.

Nigdy nie było pustych klęczników

Ksiądz Pietraszko nie traktował religii jako elementu socjologicznego; w centrum swojego nauczania umieszczał mszę świętą i Ewangelię. Kładł ogromny nacisk na pogłębienie życia religijnego swoich podopiecznych. Pouczał, że wiara to nie odziedziczona po przodkach postawa czy obyczaj, ale osobiste, intymne spotkanie z Chrystusem. Bo „Bóg osobiście przyszedł na ziemię i zawarł przymierze z człowiekiem". Toteż chrześcijaństwo pozostanie powierzchowną obyczajowością, „jeśli się nie dojdzie do Osoby, jeśli się nie położy swojej ręki na Chrystusowych ranach, jeśli się nie powie – to Ty jesteś mój Bóg i moja nadzieja, i moja miłość". Jedną z pierwszych inicjatyw w tym kierunku było wprowadzenie raz w miesiącu całodziennej adoracji Najświętszego Sakramentu, na które Pietraszko przygotowywał na piśmie modlitewne medytacje, a z czasem czynili to również studenci. Na uczelniach rozdawano potajemnie karteczki z numerem klęcznika, i w ten sposób ustalano „dyżury", a nigdy nie było pustych klęczników. Pragnieniem duszpasterza było, aby ze spotkań na adoracji zrodziły się stałe grupy modlitewne. Chociaż to nie nastąpiło, jednak uczestnicy adoracji zostali „wychowani" do praktykowania cichej modlitwy i „odwiedzania" Pana Jezusa nieustannie obecnego w tabernakulum. Ksiądz Pietraszko przybliżył też młodym trochę zapoznaną przez inteligencję tradycję pierwszopiątkowej spowiedzi i komunii świętej.

Fragment książki Ludmiły Grygiel, „Prorok ze św. Anny. Biskup Jan Pietraszko", która ukaże się 11 kwietnia nakładem Wydawnictwa Znak. Autorka wydała dotychczas m.in. „Miłosierdzie Boże dla świata całego: Błogosławiona siostra Faustyna" (1993), „Świętość dwojga. Pierwsza błogosławiona para małżeńska" (2002). Ludmiła Grygiel jest historykiem, tłumaczką. Należała wraz z mężem do grona przyjaciół Jana Pawła II.

Śródtytuły pochodzą od redakcji.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA