fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

MŚ w Rosji

Marcin Żewłakow o meczu z Senegalem

Marcin Żewłakow w latach 2000–2004 w reprezentacji Polski rozegrał 25 meczów, zdobył pięć bramek. Dziś jest ekspertem telewizyjnym
Shutterstock
Marcin Żewłakow, były reprezentant Polski o meczu z Senegalem i zmianach niezbędnych przed niedzielnym spotkaniem z Kolumbią.

Rzeczpospolita: Wierzy pan jeszcze?

Marcin Żewłakow: Wierzę, ale ja jestem ślepo oddanym kibicem. Nawet jeśli dziesięć spotkań było tragicznych, to przez pierwszych 25 minut kolejnego meczu wierzę.

A później?

A potem już czytam grę i widzę, co się dzieje.

Gdzie szukać optymizmu przed meczem z Kolumbią?

Rozgrywki w grupie to trzyetapowy wyścig. Drużyna, która ma trochę charakteru, świadomości i apetytu na wynik, potrafi po pierwszym niepowodzeniu wyciągnąć wnioski.

Ale po Senegalu trudno o optymizm...

Zdecydowanie za dużo było tego, co zabija wiarę. Przeciwko Senegalowi nasz zespół zagrał na 30 procent możliwości. Jeśli znajdzie te brakujące 70 procent, to będzie dobrze. Przed piłkarzami i sztabem szkoleniowym praca mentalna, by uwolnić ten potencjał, który pokazywali przez ostatnie lata.

Co by pan zmienił?

Postawiłbym na trójkę obrońców i dokonałbym kilku zmian zarówno w pomocy, jak i w ataku. Trzeba to zrobić tak, by piłkarze poczuli, że trener jest sprawiedliwy. Ci, którzy szansy nie wykorzystali, muszą zrozumieć decyzję. Ci, którzy teraz odpoczną, będą chcieli się zrehabilitować w trzecim meczu grupowym. Jedno jest pewne: organizm, jakim jest drużyna, powinien dostać trochę nowej krwi, która inaczej krąży i gdzie indziej dociera. A musi dotrzeć gdzie indziej.

Gdzie?

Do ataku. W meczu z Senegalem zabrakło przede wszystkim gry ofensywnej. Jeśli gra się do przodu, to obrońcom też jest łatwiej. Z kolei jeśli napastnik przez pół godziny właściwie nie ma pracy, to trudno mu później nagle wyrwać się z takiego letargu, gdy przychodzi ta jedna szansa.

Co podpowiada panu własne doświadczenie?

Że najgorsze jest szukanie gry, świadomość, że jest ciężko, że nie idzie, że nie ma podań. Wtedy zaczyna się zrzucanie odpowiedzialności. Takie sytuacje przetrwają tylko najsilniejsi mentalnie, ci, którzy czekać potrafią.

To właśnie zniecierpliwienie widział pan w Robercie Lewandowskim, który rozkładał ręce, cofał się głęboko po piłkę?

Nie widziałem entuzjazmu, a dla graczy ofensywnych wysokooktanowym paliwem jest właśnie entuzjazm. Pojawia się wtedy, gdy coś się dzieje. Wiesz, że będziesz miał okazję, by się wykazać. Że nawet jeśli zmarnujesz jedną sytuację, zaraz będzie kolejna. Nie uciekasz wtedy w łatwe i jałowe decyzje, bo wiesz, że możesz podjąć ryzyko i się wykazać. Świadomość, że dzięki tobie rośnie cała drużyna, jest niesamowicie budująca.

A skąd ten brak entuzjazmu?

Pierwszy mecz przytłoczył naszą drużynę psychicznie. Na pewno bardziej niż Senegalczyków. Może piłkarze spodziewali się, że będzie łatwiej? Byli zaskoczeni tym, jak dobrze zorganizowany jest rywal. Sam nie doceniłem, jak zdyscyplinowaną drużyną jest Senegal. Taktycznie byli ułożeni bardzo dobrze. Nie zostawiali nam miejsca. A reprezentacja Polski to jest zespół, który żyje z szybkiego ataku, z kontry, z przestrzeni. Podania wymienialiśmy tylko tam, gdzie pozwalali na to Senegalczycy i gdzie im to pasowało.

Czyli te bezproduktywne wymiany piłki między stoperami...

I z Krychowiakiem. Z tego ani Lewandowski, ani Milik nic nie zrobią.

Zmartwiła pana postawa Milika?

Mam słabość do Arka. To dobry piłkarz, lubię jego styl gry. Największa różnica między Milikiem a Lewandowskim polegała na tym, że Arek chciał gry i jej szukał, ale dwa–trzy niecelne podania przytłoczyły go psychicznie. A Robert jako doświadczony zawodnik poszedł w łatwiejsze rozwiązania. Arek zamiast myśleć, co może zrobić dobrego, rozpamiętywał głównie, co mu nie wyszło. Zabrakło doświadczenia jak u Lewandowskiego.

Widzi pan miejsce dla Milika w składzie na Kolumbię?

Byłem zwolennikiem wystawienia Milika w pierwszym składzie na mecz z Senegalem, ale po tym, co widziałem we wtorek, już nie jestem. Nie skreślam go. Wierzę, że wciąż może dużo dać drużynie, ale chyba łatwiej by mu było wejść z ławki.

Pan przeżywał coś podobnego w Korei w 2002 roku. Czekanie na okazję do rehabilitacji po pierwszym przegranym meczu jest bardzo obciążające?

Dla mnie najtrudniej było po Portugalii. Po tym pierwszym przegranym meczu z Koreą nie było rezygnacji. Dominujące było poczucie niespełnienia. Z Polski przyszło trochę pokrzepiających wiadomości. Czuliśmy, że mimo iż osiągnęliśmy zły wynik, to nie ścięto nam głów. Natomiast po Portugalii to była już gilotyna.

Do piłkarza docierają w ogóle takie informacje?

Do nas dotarły. Wiedzieliśmy doskonale, że w Polsce huczy. Wiedzieliśmy, że jeśli nie wygramy z USA, a nie daj Boże nie zdobędziemy gola, to możemy nie wracać. Wiedziałem, że wstyd mi będzie przed żoną i synem, którzy mieli mnie odebrać z lotniska po turnieju. Dziś zawodnicy Adama Nawałki zdają sobie sprawę, że bitwę przegrali, ale wojna jest wciąż jeszcze do wygrania. Rozumiem chłopaków, którzy teraz odcięli się od mediów, zamknęli w swoim gronie. Muszą stworzyć plan na mecz, nastroszyć się, przywdziać barwy bojowe i ruszyć do drugiego rozkazu. Nie widzę analogii do naszego meczu z Portugalią, raczej do tego, co się działo przed USA. Bo tu nie ma na co czekać, zespół jest pod ścianą, trzeba coś zmienić i walczyć.

Nawałka reagował już w przerwie meczu z Senegalem.

I to mi się podobało, że nie czekał, tylko od razu nastąpiła korekta ustawienia.

Polacy nie lubią grać z technicznymi drużynami, takimi jak Kolumbia...

Z Kolumbią będzie więcej miejsca na boisku. To jest drużyna, która chce grać w piłkę i która będzie grała o zwycięstwo. Bo przecież oni też muszą. Dlatego odległość między stoperem a napastnikiem będzie większa i pojawi się przestrzeń na boisku. Trzeba wyjść z nożem w zębach i walczyć o przetrwanie. ©?

—rozmawiał w Soczi Piotr Żelazny

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA