fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kultura

Joanna Szczepkowska: Źle jest, gdy nie potrafimy się wzajemnie słuchać

Fotorzepa/Darek Golik
W moim domu była tradycja, by najmłodszym pokoleniom opowiadać o tych, których już nie ma. Ważne było podkreślanie ciągłości rodzinnej tradycji - mówi Joanna Szczepkowska.

Rzeczpospolita: Obserwując przygotowania do Wielkiejnocy, po raz kolejny mam wrażenie, że pewna teatralność, obrzędowość wypiera duchowy charakter tych świąt. Bardziej dbamy o to by był zastawiony stół, a wcześniej umyte okna, niż o to, by mieć czas na refleksję o fenomenie życia i śmierci.

Joanna Szczepkowska: Zdecydowanie. Sfera duchowa na drugim planie. A przecież, jeśli ktoś świętuje Wielkanoc – powinien mieć świadomość wyjątkowości tego święta. Gdy brakuje mu silnej wiary, może choćby skupić nieco uwagi na osobach cierpiących. A potem zastanawiając się nad fenomenem zmartwychwstania rozpatrywać je w aspekcie czysto ludzkim, czyli pomyśleć o człowieku, który np. podniósł się z nałogu, a więc praktycznie narodził do nowego życia. Myślę, że bez tego po prostu święta się nie należą. To świętowanie ma sens tylko wtedy, jeśli jest nie tylko wypoczynkiem, ale też poświęceniem myśli, czy rozmowy, czemuś głębszemu.

A były święta Wielkiejnocy, które szczególnie utkwiły Pani w pamięci?

Trudno wymienić mi jedno konkretne zdarzenie. Zawsze mam w pamięci wielki stół świąteczny, przy którym zdążyło się spotkać kilka pokoleń. Bo święta to poza modlitwą, właśnie okazja do takich spotkań przy rodzinnym stole. W moim domu była tradycja, by najmłodszym pokoleniom opowiadać o tych, których już nie ma. Ważne było podkreślanie ciągłości rodzinnej tradycji. W czasie tych rozmów sięgaliśmy czasem wręcz do prapokoleń i te opowieści były zawsze niezwykle barwne i wciągające.

To wielopokoleniowe zasiadanie do stołu i wspólne świętowanie może być coraz trudniejsze, bo w ostatnich latach jesteśmy tak skłóceni, że coraz trudniej o pojednanie..

To na pewno. Choć ja bym się jakoś specjalnie nad tym nie użalała. Taki już nasz los. Żyjemy w Polsce, w kraju szczególnie usytuowanym geograficznie.

Jak mówił Mrożek, „na Zachód od Wschodu i na Wschód od Zachodu”. 

Właśnie. Wciąż powracają dyskusje, czy jesteśmy bardziej cywilizacją wschodnią, czy zachodnią. W całej literaturze mamy tego liczne ślady, choćby w „Panu Tadeuszu”. Spory nie są więc niczym nowym. Tak naprawdę bardzo źle jest wtedy, gdy nie potrafimy się wzajemnie słuchać, dopuszczać argumentów drugiej strony. Problem nie polega więc na tym, że się sprzeczamy na tematy głębsze, niż to czy jajko jest dobrze ugotowane a schab odpowiednio kruchy, lecz na tym, że jeśli ktoś chce mówić, to po pierwsze trzeba dać mu dojść do słowa, a potem przemyśleć to, co powiedział. Zastanowić się, czy przypadkiem w tym co powiedział nie ma jakiejś logiki, a nie traktować naszego interlokutora, jakby należał do grupy przestępczej.

A ma pani wrażenie, że te spory ideologiczne coraz mocniej przenoszą się też na środowisko aktorskie.

Trudno mi to do końca ocenić, bo na własne życzenie czuję się trochę outsiderem, daleko posuniętym w swojej samotności. Wydaje mi się, jednak, że poza nielicznymi wyjątkami artyści zaczynają się dobierać także pod kątem sympatii politycznych. Trochę jak w stanie wojennym. I ten podział jest takim podziałem bez słów. Po prostu bierzemy sobie „naszych” do współpracy. Czyli praktycznie nie ma się nawet gdzie pokłócić.

Zaangażowanie do filmu czy teatru Jerzego Zelnika będzie więc już niemal deklaracją polityczną….

Tak, aczkolwiek w Teatrze Nowym Krzysztofa Warlikowskiego jest Ewa Dałkowska i Jacek Poniedziałek. Więc to jest wszystko bardziej skomplikowane.

Okres wielkanocny łączy się często z wyborami nowych władz ZASP. Teraz, gdy kończy się druga kadencja Olgierda Łukaszewicza, rozpoznawalnego w środowisku następcy jakoś nie widać. Jak będzie to jakiś trzeciorzędny aktor, to jego siła oddziaływania na środowisko, ale też reprezentowanie aktorów choćby w rozmowach z przedstawicielami władz, będzie znikoma…

Jak pan wie, krótko byłam prezesem ZASP i postanowiłam wypisać się z tej organizacji. Uważam, że jeśli stowarzyszenie aktorów ma być czymś więcej niż tylko organizatorem obchodów rocznicowych, to taką rolę odgrywają związki zawodowe. Od dawna uważałam, że na nich trzeba by się skupić. Że one mają siłę. Oczywiście wszystko to ma sens, jeśli środowisko poczułoby się wspólnotą.

A czuje się?

Niestety nie. Mam wrażenie, że jesteśmy w takim momencie, iż każdy jest bardzo skupiony na sobie. I aby to się zmieniło, potrzebne są jakieś sytuacje ekstremalne. Niedawno np. była taka piękna akcja. Nasza ukochana pani profesor, która w warszawskiej PWST ustawiała głos wielu pokoleniom aktorów, znalazła się w bardzo trudnej sytuacji materialnej i zdrowotnej. Wystarczyło jedno hasło facebookowe i odpowiedź była natychmiastowa. Zafundowaliśmy jej na starość miejsce, gdzie będzie miała opiekę i nie poczuje się sama. Czyli jeśli jest jakiś cel, potrafimy się zmobilizować ponad podziałami politycznymi. I to natychmiast. Przynajmniej w mikroskali.

Powiało optymizmem, więc pora na życzenia. Czego życzyłaby Pani naszym rodakom nie tylko w nadchodzące święta?

Polakom życzę takiej sytuacji w kraju, która dawałaby nam wszystkim poczucie równowagi.

— rozmawiał Jan Bończa-Szabłowski

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA