A jeszcze do wczoraj była. Przedstawiano nam ją jako metodę negocjacji, ale tak naprawdę każdy w jakiś sposób był zakładnikiem tego najważniejszego od ponad 15 lat głosu, jaki oddaje polski rząd w zjednoczonej Europie. Dla lidera Prawa i Sprawiedliwości była to kwestia utrzymania jedności partii i dominującej roli w koalicji. Dla Zbigniewa Ziobry – który dotąd umiejętnie zastawiał pułapki na premiera – rozbudowywania radykalnego elektoratu kosztem PiS i w skończonym czasie przejęcia schedy po Jarosławie Kaczyńskim. Dla Jarosława Gowina – zagwarantowania środków dla Polski i elementarnej zgodności działania w polityce z deklarowanymi poglądami.
Największym jednak i najważniejszym zakładnikiem była Polska, łódź ryzykownie rozhuśtana na niebezpiecznych akwenach przez ambicje liderów, nadużywanie pojęć i egoizmy partyjne. Nie mam i nie miałem wątpliwości, że gdyby weto zostało podtrzymane, byłoby jawną kpiną z politycznego realizmu, dowodem kontestowania przez polski rząd naszej obecności w UE, stopniowego polexitu, co uznałbym za wejście na ścieżkę zdrady narodowej. Bezmyślnym wyprowadzaniem nas z jedynego możliwego w naszym położeniu geopolitycznym układu sojuszniczego i kierowaniem w stronę wschodniego despotyzmu.
Geopolityka jest bezwzględna, dla państw środka Europy liczy się jeden wybór: jest się na Zachodzie albo zostaje się skazanym na coraz mocniejsze wpływy rosyjskie. Polacy w znakomitej większości wybierają Zachód. Przekonujemy się o tym w każdym badaniu sondażowym. Unia to wspólnota, gdzie ścierają się interesy, więc należy twardo negocjować, walczyć o swoje, bronić przed zdominowaniem, ale Unii nie wolno wywracać, osłabiać czy podważać jej sensu. Kompromis w sprawie rozporządzenia o warunkowości – o ile światowe agencje się nie mylą – daje z tej perspektywy nadzieję.
Paradoksem zaś jest, że do wycofania się z weta potrzebna była wizyta w Warszawie Viktora Orbána i polityczna rozgrywka, której był uczestnikiem. Widać lepiej od części polskich polityków rozumie, że bez Unii ani Węgry, ani Polska nie mają przyszłości. Nie wiem, kto wymyślił jego wizytę w Warszawie, ale bez wątpienia była przejawem politycznego geniuszu.
Orbán nie tylko użył odpowiednich argumentów, ale też rozmawiał z całym gronem liderów Zjednoczonej Prawicy, przez co odebrał Zbigniewowi Ziobrze prawo do wykrzyczenia, że decyzja została podjęta bez jego udziału. To dobrze i źle, bo choć z jednej strony Ziobro nie może już przedstawiać się jako jedyny „obrońca zagrożonej suwerenności", to z drugiej zostanie w rządzie i nadal będzie huśtał łódką.
Chciałoby się powiedzieć na koniec, że kryzys europejski mamy za sobą. Polska zagłosuje jak trzeba i otrzymamy tak bardzo potrzebne nam środki. Chciałoby się, ale się nie da. Bo antyunijne sentymenty są w układzie rządzącym wciąż mocne i nieraz jeszcze ktoś zagra kartą antyeuropejską czy antyniemiecką. Dlatego musimy być czujni i powtarzać bez ustanku: miejsce Polski jest nigdzie indziej, tylko w Europie.