fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Komentarze

Michał Szułdrzyński: Kaczyński zapowiada swoją emeryturę

Fotorzepa, Jerzy Dudek
Na aluzję prezesa PiS odnoszącą się do jego odejścia z polityki, należy patrzeć przez pryzmat plotek o tym, kto będzie premierem, jeśli prawica znów wygra jesienne wybory.

Podczas niedzielnego wiecu politycznego, zwanego kokieteryjnie „piknikiem rodzinnym”, Jarosław Kaczyński spotkał się z wyborcami na Mazowszu w miejscowości Gózd.

Ale największe polityczne znaczenie ma to, co Kaczyński powiedział żegnając się z mieszkańcami Gózdu. – Wierzę, że za cztery lata ktoś, kto będzie stał w tym miejscu, bo ja już mam swoje lata, więc pewnie to nie będę ja, będzie mógł powiedzieć: kolejny raz dotrzymaliśmy słowa i uczyniliśmy wielki krok w tym kierunku, o którym mój poprzednik mówił.

Albo była to ze strony Jarosława Kaczyńskiego kokieteria, puszczenie oka do słuchaczy, że być może wybiera się na emeryturę, że nie jest takim strasznym dyktatorem, jak mówią, skoro nie wiadomo, kto za cztery lata będzie prezesem PiS.

Ale jest też i taka możliwość, że była to wypowiedź z pełną premedytacją. Bo temat sukcesji w PiS po Jarosławie Kaczyńskim pojawia się regularnie. Ostatnio w zeszłym roku – gdy prezes rządzącej partii zniknął z powodu choroby kolana na kilka tygodni. Centrum dowodzeni partią i państwem przeniosło się do jednego z warszawskich szpitali. Z zewnątrz wyglądało to jednak na czasowe bezkrólewie, które jest doskonałym polem doświadczalnym, pozwala bowiem zobaczyć, kto się już uważa za następcę oraz kto w jaki sposób się zachowuje podczas nieobecności prezesa. Jestem pewien, że Kaczyński wyciągnął wówczas wnioski z obserwowania zachowań różnych osób i widział, kto jest lojalny, a kto może się przeciwko niemu zwrócić.

Wypowiedź Kaczyńskiego ma znaczenie tym bardziej, że grono starych wiarusów prezesa jest niezadowolone z premiera Mateusza Morawieckiego, który od pewnego czasu uchodził za następcę pisowskiego tronu. Sam Kaczyński miał mówić różnym współpracownikom, że uważa, iż sam widziałby Morawieckiego w fotelu szefa PiS po swoim odejściu z czynnej polityki. Jednak przeciwnicy premiera wykorzystali słabszy niż się spodziewano wynik wyborów samorządowych, których twarzą uczyniono premiera, do tego, by uderzyć w jego pozycję. Z kolei po tym, jak Kaczyński zaangażował się w kampanię wyborczą przed wyborami europejskimi, a partia uzyskała rekordowy wynik, przeciwnicy Morawieckiego zaczęli suflować prezesowi, że teraz już premier nie jest mu do niczego potrzebny, że Polacy pokochali Kaczyńskiego i pełniący rolę zderzaka Morawiecki – którego wielu starych pisowców uważa za ciało obce – może już odejść, a premierem powinien zostać znów sam Kaczyński. Stąd nawet do mediów docierają informacje – pisał o tym kilka dni temu portal wp.pl – że to prezes PiS chciałby zostać po najbliższych wyborach premierem.

Z drugiej strony pozycja Morawieckiego po szczycie europejskim wzrosła. Kaczyński zdał sobie bowiem sprawę, że tylko obecny premier jest w stanie prowadzić w Brukseli z liderami unijnych państw partnerskie negocjacje. Sam Kaczyński nie zna języków, zaś na szczyt nie można wysłać zastępcy – jedzie prezydent albo premier. Kto inny mógłby więc pojechać? Mariusz Błaszczak? Może Joachim Brudziński. Sęk w tym, że w przyszłym roku przed osobą, która będzie pełnić rolę premiera, stać będzie zadanie wynegocjowanie nowego unijnego budżetu. Stąd Kaczyński wie, że będzie potrzebował Morawieckiego po wyborach przynajmniej przez rok.

I właśnie przez pryzmat tych plotek i zakulisowych gier trzeba patrzeć na niedzielną wypowiedź Kaczyńskiego. On rzucił hasło i będzie pilnie obserwował reakcje.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA