fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Historia

Polska: sen pięciu pokoleń

Członkowie Stałych Drużyn Strzeleckich Polskiego Towarzystwa Gimnastycznego Sokół w Wieliczce
POLONA
Zmartwychwstała nagle, bez żadnych zapowiedzi i fanfar. Polska znowu była wolna, ale czy Polacy byli gotowi na suwerenność?

„O wojnę powszechną za wolność ludów,

Prosimy Cię, Panie. [...]

O niepodległość, całość i wolność

Ojczyzny naszej,

Prosimy Cię, Panie...".

Jakże zdumiewająco profetycznie, a zarazem przerażająco brzmią te wersy „Litanii pielgrzymskiej" Adama Mickiewicza w 101. rocznicę zakończenia I wojny światowej. Dopiero wielka wojna ludów Europy, która przelała się przez Stary Kontynent w latach 1914–1918, i splot wielu niezwykłych wydarzeń stworzyły unikalną okazję do restytucji polskiej państwowości. Zatarło się przy tym w naszej pamięci, że ta straszna europejska pożoga według różnych szacunków kosztowała życie ok. 8,5 mln żołnierzy z 16 ówczesnych państw świata i przedstawicieli wielu narodów, którym, tak jak Polakom, często odmawiano prawa do własnej tożsamości narodowej i własnej państwowości.

Mickiewicz, podobnie jak wielu innych polskich myślicieli, polityków i strategów, był świadom, że stary porządek Europy ustanowiony na kongresie wiedeńskim może runąć, jedynie gdy wszyscy jego architekci rzucą się sobie do gardeł. Wojna ludów, o którą się modlił, nie była jednak tak oczywista, jak nam się dzisiaj zdaje. Geneza Wielkiej Wojny jest niezwykle skomplikowana i wielowątkowa. Na ten konflikt nie zapracowało jedno czy dwa pokolenia, ale był on skutkiem znacznie dłuższego, być może nawet wielowiekowego procesu rozpadu jedności chrześcijańskich narodów Europy. Do wybuchu I wojny światowej potrzebna była niewielka iskierka. Zamach na austriackiego arcyksięcia Franciszka Ferdynanda stał się z dawna oczekiwanym pretekstem do tego, co wcześniej czy później było nieuniknione. Tak naprawdę fin de siecle nie oznaczał końca XIX-wiecznej belle epoque, tylko koniec ery oświeconej monarchii absolutnej.

Oczywiście XIX wiek wcale nie był czasem trwałego pokoju między narodami. Nie zmienia to faktu, że rosyjsko-austriacko-pruskie Święte Przymierze, do którego w 1818 r. dołączyła Francja, zbudowało podwaliny pod świat długo utrzymującej się równowagi.

Do niepodległości na plecach Austriaków

Czy Polacy naprawdę mogli mieć nadzieję, że któregoś dnia nadejdzie „wojna powszechna ludów", która wymiecie z naszego kraju całe to germańskie i ruskie zło, które nam się tu w XIX wieku rozpleniło? Na Zjeździe Legionistów w Kaliszu 7 sierpnia 1927 r. Piłsudski wspominał: „Kiedy w 1914 r. wojna wybuchała na świecie i kiedy ludzie szli przelewać strumieniami i potokami swą krew dla takich czy innych celów, to między tymi celami nie było celu Polski. Nikt dla Polski przelewać krwi nie chciał i nikt celów politycznych związanych z Polską w początkach wojny nie stawiał i stawiać nie chciał". Te słowa dowodzą, jak wielkim realistą był ich autor.

Piłsudski nieustannie zadziwiał celnością swoich przewidywań, czasami nawet zachwycał genialną intuicją geopolityczną i równie szybko rozczarowywał swoimi decyzjami. Ale jedno jest pewne: on nigdy nie kłamał i naprawdę nie obiecywał złotych gór. Nie miał w sobie nawet odrobiny populizmu czy demagogii. To był człowiek absolutnie świadomy kruchości polskiej niepodległości, a przez to ze wszech miar pragmatyczny. Stąd być może tak silne przekonanie u niego, że nie może być tuż po zakończeniu tej „upragnionej wojny ludów" dwóch niezależnych od siebie ośrodków negocjujących w Wersalu kształt polskich granic. Od 11 listopada 1918 r. Piłsudski zdawał się – czasami nieumiejętnie i autorytarnie – budować polityczne centrum państwa polskiego sklecone na kolanie z różnych samozwańczych środowisk. On sam zresztą był zwyczajnym uzurpatorem. Z perspektywy czasu zaakceptowaliśmy fakt, że nosił tytuł Naczelnika Państwa i to nowe państwo miał prawo reprezentować. Ale kto mu tę władzę dał, jak nie on sam? Przecież sam często powtarzał, że podniósł ją z ziemi i wziął na zawsze.

Od upadku powstania styczniowego sprawa polska nie istniała na arenie międzynarodowej. Jeżeli jakakolwiek też wiara w odzyskanie podmiotowości narodu istniała wśród Polaków, to wiązała się co najwyżej z koncepcją trialistycznej monarchii austro-węgiersko-polskiej. Franciszek Józef na tronie polskim był znacznie bardziej do zaakceptowania niż jakikolwiek Romanow uzurpujący sobie tytuł króla polskiego. Do tego Habsburg był katolikiem. W jego żyłach płynęła śladowa ilość krwi jagiellońskiej, a on sam wydawał się życzliwie nastawiony do sprawy polskiej. Był co prawda królem Galicji i Lodomerii, ale godność króla Polski uczyniłaby go w oczach polskich poddanych kimś, na kogo oczekiwali od blisko wieku. To, że Franciszek Józef sam nie był Polakiem, zdawało się w niczym nie przeszkadzać. Przecież od czasów Bolesława Chrobrego, syna czeskiej księżniczki Dobrawy, żaden z polskich władców nie był czystej krwi Polakiem. Zresztą Habsburgowie wielokrotnie ubiegali się o polską koronę i niewiele ich od niej czasami dzieliło. Wizja Austriaka na wawelskim tronie była do przyjęcia przez dużą część społeczeństwa polskiego.

Sytuację zmieniło jednak zjednoczenie Niemiec. W 1867 r. ziemie polskie pod zaborem pruskim zostały inkorporowane w skład Związku Północnoniemieckiego. Ten czysto formalny zabieg wprowadził napięcie między zaborcami. Wiedeń nie chciał jednak drażnić Berlina utworzeniem monarchii trialistycznej. Poza tym tytułem króla polskiego posługiwali się od niemal stu lat carowie: Aleksander I, Mikołaj I i Aleksander II. Wszyscy koronowali się w Warszawie z całym przewidzianym ku temu ceremoniałem.

Mitem jest, że Wiedeń wiązał też jakiekolwiek plany z polskimi organizacjami strzeleckimi w Galicji, utworzonymi ze zbiegłych z Kongresówki działaczy Organizacji Bojowej PPS. Dopiero w 1912 r., kiedy po raz pierwszy pojawiło się widmo wojny europejskiej, Austriacy przychylniejszym okiem spojrzeli na Towarzystwo Strzelec i Związek Strzelecki. Później dołączyły do nich: Drużyny Bartoszowe i Towarzystwo Sportowe Sokół. W 1914 r. austriackie Ministerstwo Obrony Krajowej przygotowało projekty ustaw, które przewidywały wcielenie organizacji strzeleckich (wówczas już bardzo popularnych w Galicji) do systemu Obrony Krajowej Austro-Węgier.

PPS Frakcja Rewolucyjna świadomie i bez przymusu przystąpiła do współpracy z austriackim wywiadem HK-Stelle. Austriacy obiecali pomoc w ewentualnym powstaniu antyrosyjskim i w przemycie broni do Kongresówki. W tym układzie współpraca Józefa Piłsudskiego i jego towarzyszy w HK-Stelle nie jest obciążeniem, ale elementem racjonalnego dążenia do wolności. Bez wątpienia chłodno kalkulujący Ziuk doskonale wiedział, że napięte stosunki Wiednia z Moskwą są jedyną okazją, aby te kadłubowe polskie organizacje „bojowe" zapewniły sobie status poważnego partnera w rozmowie z Wiedniem.

Proaustriacka opcja Piłsudskiego była zwyczajnie najrozsądniejsza i najbardziej pragmatyczna ze wszystkich orientacji proponowanych przez polskich działaczy politycznych.

Panslawistyczne mrzonki Dmowskiego

Jej przeciwieństwem był prorosyjski kierunek zaproponowany w 1908 r. w książce „Niemcy, Rosja i kwestia polska" przez twórcę polskiej myśli narodowo-demokratycznej Romana Dmowskiego. Szanse jej realizacji były naprawdę niewielkie. Car Mikołaj II, nad którego tragicznym losem rozczulają się zachodni historycy, nie chciał słyszeć o polskich samorządach w Kongresówce. Jeżeli takie w jakiejś ułomnej formie zdołano utworzyć, to za wyraźną i mozolną namową ministra spraw zagranicznych Rosji Siergieja Sazonowa. Dmowski wierzył, że w dzieje Europy jest wpisany odwieczny konflikt Słowiańszczyzny z żywiołem germańskim. Mimo że w tej kwestii miał dużo racji, jego panslawistyczna koncepcja zjednoczenia wszystkich ludów słowiańskich pod berłem cara była jednak przede wszystkim obca imperialistycznej wizji świata Romanowów. Panslawizm wzbudzał rozbawienie lub irytację w Moskwie i Petersburgu. Wizja odzyskania Konstantynopola i stworzenia federacji słowiańskiej od Władywostoku po Bałkany była równie nierealna jak restauracja Imperium Rzymskiego. Jeżeli ktoś w Rosji myślał o takim państwie, to na pewno nie z pragnienia jedności z innymi Słowianami. Poza tym w przypadku Polski przewidywał Dmowski jakąś formę autonomii narodowej, a być może niepodległego królestwa w unii personalnej z imperium rosyjskim, co w żadnym wypadku nie mieściło się ani trochę w wizji świata Romanowów.

Znacznie bardziej realne zdawało się stworzenie polskiego kraju związkowego w ramach II Rzeszy Niemieckiej. Przecież wiele księstw i królestw niemieckich zachowało własne prawa i posiadało konstytucje, mimo że zostały włączone w pewien rodzaj federacji pod panowaniem domu brandenburskiego. Sam Otto von Bismarck traktował Polskę jako jeden z najważniejszych elementów przetargowych w relacjach z Rosją. Sugerował, że w razie wojny z Rosją Niemcy powinny wesprzeć polskie powstanie i ewentualnie zaakceptować nowe państwo polskie, pod warunkiem wszakże, że będzie ono rządzone przez germanofilów.

Tak też w zasadzie się stało w 1918 r., choć niedokładnie według scenariusza zdarzeń planowanego przez niemieckiego kanclerza. Wypuszczenie Piłsudskiego z magdeburskiego więzienia i dowiezienie do Warszawa nosiło znamiona misji kierowanej przez wywiad armii niemieckiej, mającej na celu utworzenie rządu przyjaznego Niemcom w Warszawie. Być może to tłumaczy zadziwiającą powściągliwość, żeby nie użyć innych ostrzejszych określeń, Piłsudskiego na wieść o wybuchu powstania wielkopolskiego w grudniu 1918 r. Być może Ziuk miał wypełnić zadanie wyznaczone mu przez Berlin i Wiedeń. Szczęśliwie pod koniec 1918 r. państwa centralne skapitulowały, monarchie Habsburgów i Hohenzollernów przestały istnieć, a Niemcy zostały zdemobilizowane i zmuszone do przyjęcia upokarzających warunków traktatu wersalskiego. Piłsudski nie musiał się już sztywno trzymać wytycznych opcji austriackiej i niemieckiej.

Polska nagle jest wolna

Jest to oczywiście duży skrót myślowy zastosowany na potrzeby tego krótkiego artykułu. Dojście Piłsudskiego do władzy składało się bowiem ze znacznie większej ilości czynników, planów i całej masy przypadków, z jednym jednak bezsprzecznie wspólnym mianownikiem – dwaj zaborcy przegrali wojnę, a trzeci był pogrążony w bratobójczej wojnie.

11 listopada 1918 r. niewiele osób w Polsce zdawało sobie sprawę, że świat, jaki znali od ponad stu lat, przestał istnieć. Wydawało się, że jednym z nielicznych, którzy błyskotliwie uświadomili sobie stan rzeczy, w jakim znalazł się kontynent europejski, był właśnie Piłsudski. W listopadzie 1918 r. ten rewolucjonista, opozycjonista, buntownik, komendant legionów i były więzień polityczny sam musiał się przeobrazić w autorytarnego przywódcę. Nie miał zresztą innej opcji, jeżeli chciał zapanować nad tym całym chaosem nazywanym niepodległym państwem, a w rzeczywistości pozbawionym administracji centralnej i regionalnej, władzy ustawodawczej i sądowniczej. Musiał z dnia na dzień zapanować nad krajem, w którym nadal obowiązywały przepisy ustanowione przez zaborców, w którym nadal rządzili urzędnicy wyznaczeni przez Moskwę, Berlin i Wiedeń, którego waluta w zasadzie nie istniała.

Człowiek, który całe życie uczył się konspiracji i marzył o wielkim narodowym powstaniu antycarskim wspieranym przez kogokolwiek, czy to przez Francję, Japonię czy Austrię, znalazł się w zdumiewającej sytuacji: państwo nagle zaczęło istnieć, bez żadnych fajerwerków, z godziny na godzinę. Powstawało niemalże pomiędzy oddechami, kolejnym wypalonym papierosem, następną filiżanką mocnej herbaty i kolejną nieprzespaną nocą. „Ni z tego, ni z owego mamy Polskę na pierwszego" – podsumował Piłsudski sytuację charakterystycznym dla siebie bon motem.

Zdumiewająca jest zarówno arogancja, jak i wynikająca z niej skuteczność Piłsudskiego w tych pierwszych dniach życia zmartwychwstałej Polski. Zwykłymi rozmowami, spojrzeniem, gestem, listem, uśmiechem lub przekleństwem tworzył wokół siebie państwo polskie i jego ład ustrojowy. A nie było to przecież to samo państwo, co przed 123 laty. Piłsudski budował republikę, o jakiej marzył w czasie konspiracji w PPS. Z tą tylko różnicą, że teraz struktury konspiracyjne PPS nie były już mu do niczego potrzebne. Stąd to słynne wyznanie, że wysiadł z czerwonego tramwaju na przystanku niepodległość.

Piłsudski i jego dzieło

Można sobie zadać pytanie: czy gdyby nie było w tamtych pamiętnych dniach listopada i grudnia 1918 r. Józefa Piłsudskiego, czy powstałoby państwo polskie w czymkolwiek przypominające znaną nam z historii II Rzeczpospolitą? Bez wątpienia tak. Legenda Piłsudskiego jest równie nadęta, jak siła jego legionów, które uczyniono w historiografii armią wyzwoleńczą, a w rzeczywistości ich wpływ na odzyskanie polskiej niepodległości był marginalny, podobnie zresztą jak udział w działaniach frontowych Wielkiej Wojny.

Polska odzyskała swoją suwerenność dzięki nadzwyczajnemu splotowi wydarzeń tak niewiarygodnie korzystnych dla naszej sprawy narodowej, że aż trudnych do uwierzenia. Żaden marzyciel romantyczny powtarzający nieustannie „Litanię pielgrzymską" Adama Mickiewicza nie mógł sobie wyobrazić, że ostatni cesarz Austrii zostanie wygoniony z kraju, a Węgry odzyskają suwerenność, podobnie jak Czesi i Słowacy. Żaden fantasta nie był w stanie przewidzieć, że trzeci cesarz Niemiec z dynastii Hohenzollernów podpisze abdykację i uda się na dobrowolne dożywotnie wygnanie do Holandii. Żaden utopista nie śnił, że syn i wnuk potężnego Aleksandra III Romanowa zostaną zabici w brudnej piwnicy prowincjonalnej rudery przez komunistę i rosyjskiego Żyda Jakowa Michajłowicza Jurowskiego.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA