fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Handel

Tesco rezygnuje z żywych ryb. Hodowcy mają problem

Fotorzepa, Sławomir Mielnik
Dwanaście tysięcy wysłanych maili przekonało Tesco do sprzedaży filetów zamiast żywych karpi w 2019 r. Hodowcy mają spory problem ze sprzedażą ryb.

Przekonaniem Tesco do zrezygnowania ze sprzedaży przed Świętami Bożego Narodzenia żywych karpi chwalą się dziś ekolodzy. Sieci handlowej w podjęciu decyzji pomogła jednak ogromna akcja pisania maili, o co poprosiła w ubiegłym roku organizacja Compassion. Dziś informuje, że do Tesco trafiło ponad 12 tys. maili, z naciskami, by sieć zrezygnowała ze sprzedaży żywych ryb.

Tesco poinformowało właśnie, że dołącza do pozostałych sklepów i żywego karpia w jego sklepach nie znajdziemy. W ubiegłym roku na filety zamiast żywych zwierząt zdecydowały się już oba dyskonty, Lidl i Biedronka, część sklepów E.Leclerc i Auchan. – W roku 2019 nie będziemy oferować na salach sprzedaży naszych sklepów żywego karpia – informuje  Tesco Polska w komunikacie prasowym. – Rozumiemy, iż stale rosnąca grupa klientów krytycznie ocenia sam mechanizm oraz zwyczaj oferowania żywego karpia na sali sprzedaży sklepów – informuje sklep.

Cieszą się ekolodzy, a martwią - hodowcy. – To jest doskonała decyzja i wierzę, że inne sieci super- i hipermarketów wykonają ten sam krok- informuje Małgorzata Szadkowska, prezes Compassion Polska. Tłumaczy, że we sondażu przeprowadzonym  przez organizację, prawie wszyscy ankietowani uważali, że rybom należy zapewnić czystą wodę i uśmiercać w sposób szybki i bezbolesny, a tego nie zapewniają sklepowe baseny do przechowywania ryb i plastikowe woreczki na transportowanie ich potem do domu. - Coraz więcej klientów nie chce już brać udziału w takim procederze. Zmienia się nasza mentalność i podejście do zwierząt - nawet do ryb, które też odczuwają ból i strach, podobnie jak wszystkie kręgowce – mówi Szadkowska.

Jest jeszcze druga strona medalu. W ubiegłym roku gwałtownie wzrosła ilość niesprzedanego karpia, w czym według branży pomogły właśnie akcje ekologów, które jednak celowały jedynie w handel świeżymi rybami, a nie całą branżę. - Akcje wielu organizacji prozwierzęcych lobbujących za wprowadzeniem całkowitego zakazu sprzedaży żywych ryb, epatowanie konsumentów drastycznymi scenami w trakcie sprzedaży przyspieszyły zachodzące już od lat zmiany preferencji konsumenckich – pisze Andrzej Lirski z Instytutu Rybactwa Śródlądowego w Olsztynie. O ile w 2017 r.  nie zostało sprzedane 1,5 tys. ton tych ryb, to w ubiegłym roku niesprzedana ilość skoczyła do 4,3 tys. ton i sięgnęła jednej piątej całej produkcji (do tej pory – ok. 8-10 proc.). Lirski ostrzega, że grozi nam regres w sprzedaży karpia. A to dlatego, że o sukcesie finansowym hodowców decyduje głównie sprzedaż w grudniu. W ubiegłym roku sprzedaż przechodziła „duże perturbacje", więc - w stawach zostało rekordowo dużo niesprzedanego karpia, a średnia cena zbytu była niższa niż w poprzednim sezonie. Kłopoty hodowców trwają, spadają też ceny hurtowe, na spotkaniach branżowych już w tym roku hodowcy skarżyli się na wyjątkowo słabą sprzedaż karpia do konsumpcji.  -  Opisywane symptomy pogarszającej się sytuacji na rynku karpia powinny być wnikliwie przeanalizowane przez hodowców i organizacje rybackie. Problemy rynkowe nie powinny być traktowane przez branżę jako tradycyjne, cyklicznie występujące w poprzednich latach perturbacje, ale jako symptom pogłębiających się z roku na roku zmian tego rynku – pisze Anrzej Lirski.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA