To, co minęło, znamy aż nadto dotkliwie. Nowe jest kuszącą obietnicą, księgą otwartą dopiero na pierwszej stronie. Stąd nadzieja. Jak bez niej żyć? „Porankiem świata" – nazwał ją Seneka. Przecież gdyby nie ona, to z każdym brzaskiem witałyby nas wczorajsze upiory, a nie świeżość otwartej karty. Może nadzieja bywa matką głupich, ale nade wszystko jest natchnieniem żyjących.
U podstaw nadziei tkwi jednak świadomość cierpienia. Temu, kto pławi się w błogostanie, niepotrzebna jest nadzieja inna niż domniemanie, że raj nie zostanie utracony. Wieprz jest pewien, że rano znowu zastanie pełne koryto, a niczego innego nie potrzebuje. O istnieniu rzeźnika nie wie, choć ten już szlifuje swój topór. Nadzieja nie tylko odróżnia człowieka od zwierzęcia, ale jest świadomością rozdarcia między spodziewanym dobrem a czyhającym zagrożeniem. A może nawet rozdarcia między dobrem a złem, również we własnej duszy? Lęk i niepewność są rodzeństwem nadziei. Cóż z tego, że przyrodnim? Nadzieja świadoma swoich źródeł powinna być nie tylko przyświecającą nam gwiazdą, ale też stanem zrozumienia ludzkiej kondycji, pogodzenia się z małością, ograniczeniem i sąsiedztwem nieszczęścia. Tylko taka pozwala wyjść ponad strach i ból, stanąć powyżej.