Aż 64 proc. pracujących Polaków nie dostało w ciągu ostatniego roku ani złotówki podwyżki – wynika z przedstawionych we wtorek badań dla portalu ciekaweliczby.pl, przeprowadzonych na panelu Ariadna. Pozostałe 36 proc. zadeklarowało, że ich płaca, owszem, wzrosła, ale dla więcej niż co trzeciej osoby był to wzrost jedynie do 5 proc.

Czytaj więcej

Pensje zarządów poszły w dół. Kto stracił najwięcej?

Tego typu badania być może nie są do końca reprezentatywne, bo nawet w anonimowych ankietach nie zawsze nasze deklaracje są zgodne z rzeczywistością. Niemniej pokazuje to, że nie wszyscy Polacy dostają takie podwyżki, które zniwelowałyby obecną galopadę cen. Nie mają więc racji politycy PiS czy prezes NBP, argumentując, że skoro średnia szybko rośnie, to nikt na inflacji nie traci.

Proces niedemokratyczny

Obecnie przeciętny wzrost płac rzeczywiście znacząco wyprzedza wzrost cen. Przeciętne wynagrodzenie w gospodarce narodowej w III kwartale wyniosło ponad 5,6 tys. zł brutto, czyli aż o 9,4 proc. więcej niż rok wcześniej – wynika z ostatnich danych GUS. Roczna inflacja wyniosła w tym czasie 5,4 proc. Podobnie może być też w IV kwartale, bo wedle prognoz ekonomistów, choć inflacja może przebić 7 proc., to wzrost zarobków powinien utrzymać swoją wysoką dynamikę.

– Wzrost wynagrodzeń nie jest jednak demokratycznym procesem, gdzie każdy otrzymuje po równo. Jedni mogą cieszyć się bardzo wysoką podwyżką, inni mogą nie dostawać nic – zaznacza Andrzej Kubisiak, wicedyrektor Polskiego Instytutu Ekonomicznego. – Średnie tempo wzrostu wynagrodzeń, nawet w gospodarce narodowej, co jest dosyć szeroką miarą rynku pracy, nie oznacza, że każdy Polak dostał taką podwyżkę – wyjaśnia.

Kto zyskuje, kto traci

Jak w takim razie rosną płace w Polsce, kto rzeczywiście nie traci na inflacji, a komu domowy budżet realnie chudnie? Ekonomiści podkreślają, że ze względu na brak dostatecznej ilości danych bardzo trudno o precyzyjną odpowiedź. – Można jednak powiedzieć, że w branżach, które cierpią na niedobór pracowników, muszą konkurować o specjalistów, tendencja do wzrostu płac jest najsilniejsza – mówi Monika Fedorczuk, ekspertka Konfederacji Lewiatan. – I odwrotnie, tam, gdzie mamy tzw. płytki rynek pracy, skłonność do podwyżek będzie mniejsza – dodaje.

Autopromocja
#NowaRp.pl

Znacznie więcej niż wiedza

ZAPRENUMERUJ

Do tej pierwszej grupy mogą należeć takie branże jak IT czy centra usług dla biznesu, które wciąż deklarują duże zapotrzebowanie na wykwalifikowanych pracowników. Ale to też handel, gospodarka magazynowa czy rozgrzane do czerwoności budownictwo.

– Za to w sektorach, których kondycja finansowa została mocno nadszarpnięta przez pandemię i zmianę zachowań konsumentów, na pewno ciężko o wyraźne podwyżki – zaznacza Kubisiak. Chodzi m.in. o: gastronomię, hotelarstwo, kulturę, rozrywkę, branżę eventową, transport lotniczy czy turystyczny. – Nawet jeśli płace rosną, to wciąż nie odrobiły jeszcze strat i spadków z pandemii – zauważa dyrektor.

Można też mówić o różnicach na rynkach pracy pod względem ich lokalizacji. – Tam, gdzie jest zagęszczenie firm, zwłaszcza o podobnym profilu, np. w metropoliach, tam oczywiście walka o pracowników oznacza także konkurowanie płacami – ocenia Monika Fedorczuk. W gorszej sytuacji mogą zaś znajdować się te regiony, gdzie lokalny rynek nie jest nasycony.

Wzrost w skali mikro

– Za to trudno mówić o prostym podziale polityki płacowej firm ze względu na ich wielkość – zaznacza Fedorczuk. Nie zawsze liderami podwyżek są duże przedsiębiorstwa i nie zawsze te najmniejsze firmy nie dają swoim pracownikom podwyżek w ogóle. – Na temat mikrofirm wiemy bardzo niewiele, ponieważ GUS przedstawia dane na ten temat raz na rok. Nie wydaje mi się jednak, żeby w tej chwili osoby tam pracujące były szczególnie pokrzywdzone. Zakładając, że w dużej mierze w mikrofirmach obowiązuje płaca minimalna, to trzeba powiedzieć, że rośnie ona dosyć szybko, zwykle szybciej niż płaca przeciętna – zaznacza Urszula Kryńska, ekspert rynku pracy w PKO BP. W 2021 r. płaca minimalna to 2800 zł, czyli o 7,7 proc. więcej niż rok wcześniej, zaś w 2022 r. będzie to wzrost o kolejne 7,5 proc. (do 3010 zł).

Maria Drozdowicz-Bieć prof. Szkoły Głównej Handlowej, firma analityczna BIEC

Nie wszyscy pracujący otrzymują podwyżki w tym samym czasie i w takiej samej wysokości. I to jest, oczywiście, naturalna sytuacja, bo wysokość płac powinna zależeć przede wszystkich od indywidualnych czynników. Wynagrodzenia rosnące dla wszystkich po równo nie mają żadnego ekonomicznego uzasadnienia. Trzeba też wyraźnie podkreślić, że nie ma nic gorszego niż wyścig płac z inflacją, to znaczy sztuczne napędzanie wzrostu wynagrodzeń, by nadgonić wzrost cen. Pamiętamy, co się działo na początku lat 90., gdy płace były indeksowane o inflację nawet dwa–trzy razy w miesiącu. Nie prowadziło to do żadnego urealnienia dochodów, tylko do nakręcania spirali inflacyjnej. Trzeba uważać, by teraz uniknąć tego błędu.

Presja płacowa narasta

Odsetek przedsiębiorstw prognozujących wzrost przeciętnego wynagrodzenia w IV kwartale tego roku był najwyższy w historii – wynika z tzw. szybkiego monitoringu NBP. Wskazuje na to aż 44 proc. firm, przy czym wysokość planowanej podwyżki jest zbliżona do notowanej w poprzednim kwartale. W III kwartale ok. 73 proc. przedsiębiorstw odczuwało też presję na wzrost wynagrodzeń ze strony pracowników, czyli aż o 10 pkt proc. więcej niż kwartał wcześniej. – Taki stan może wskazywać na nakręcanie się spirali płacowej – komentują ekonomiści PKO BP. Badania NBP potwierdzają też kontynuację wzrostu popytu na pracę w sektorze przedsiębiorstw. Udział firm planujących wzrost zatrudnienia (34 proc.) jest najwyższy w historii, udział zaś planujących zwolnienia (4,7 proc.) osiągnął historyczne minimum.