Kreml może odczuwać satysfakcję. Umiejętnie podkręcona przez rosyjskie media informacja o rzekomo tajnym liście Baracka Obamy do Dmitrija Miedwiediewa zawierającym rzekomą propozycję przehandlowania tarczy za pomoc w neutralizacji irańskiego zagrożenia atomowego spełniła swoje zadanie. Bo choć okazało się, że list nie był wcale tajny i nie zawierał takiej propozycji, wiadomość poszła w świat i pobudziła antyamerykańskie nastroje w Polsce.
[srodtytul]Subtelna gra[/srodtytul]
Tymczasem rzeczywistość wcale nie jawi się w aż tak ponurych dla nas barwach, jak to przedstawiają moskiewscy spece od medialnej dywersji.
Owszem, Amerykanom na razie nie spieszy się z tarczą. Z paru powodów. Niektóre z nich mają charakter prozaiczny: nowa administracja chce najpierw dokładnie przeanalizować politykę rządu George’a Busha, a wiele kluczowych stanowisk w Departamencie Stanu i Pentagonie pozostaje nieobsadzonych, nie ma więc komu dokonać głębszej rewizji. Co więcej, w obecnej sytuacji budżetowej ociąganie się z wydatkami jest jak najbardziej zrozumiałe.
Poza tym zagrożenie dla Ameryki ze strony Iranu jest wciąż oddalone w czasie. Nawet jeśli prawdą jest to, co ostatnio podał głównodowodzący amerykańskiej armii admirał Michael Mullen, że Teheran dysponuje już materiałem radioaktywnym wystarczającym do zbudowania jednej głowicy, to wciąż nie ma technologii pozwalającej mu na budowę rakiet dalekiego zasięgu i w najbliższych kilku latach raczej jej mieć nie będzie.