[b]Rz: W Rzymie w ciągu roku odbywa się 540 manifestacji i 50 przemarszów. Dlatego burmistrz włoskiej stolicy chce, żeby ich organizatorzy sami pokrywali część kosztów. Ale podniósł się krzyk, że to morderstwo demokracji. Czy w podobnej sytuacji Polacy też zaczęliby protestować?[/b]
Janusz Czapiński: Krzyk by się podniósł, ale na pewno nie doprowadziłoby to do masowego protestu. Polacy w ogóle niechętnie wychodzą z domu i angażują się w działania w sferze publicznej. Niezależnie od tego, czy to jest podpisywanie petycji, czy udział w zebraniach z politykami.
[b]Mamy jednak kilka cyklicznych imprez, takich jak Manifa, Parada Równości czy Marsz dla Życia i Rodziny. To nie wystarczy?[/b]
Gdybyśmy to porównali z liczbą tego typu wydarzeń i uczestników w Niemczech, we Włoszech czy we Francji, to musielibyśmy stwierdzić, że jesteśmy społeczeństwem, które gdy tylko może, zamyka się na klucz we własnych domach. A kontakt z rzeczywistością zewnętrzną mamy tylko poprzez telewizję.
[b]Dlaczego tak jest? Może to przez ten zimny polski temperament?[/b]
To wynika ze stosunku Polaków do spraw społecznych. Zbudowaliśmy sobie solidne mury między własnym podwórkiem a szerszą okolicą. Większość Polaków nawet nie dostrzega związku pomiędzy polityką i jakością własnego życia. Po co więc mieliby się angażować w jakiekolwiek wystąpienia?
[b]Co takiego musiałoby się wydarzyć, żeby Polacy zaczęli wychodzić na ulice?[/b]
W nieodległej historii mamy kilka takich przykładów, ale zawsze są to wydarzenia powszechnie akceptowane, np. wielomilionowe tłumy podczas homilii Jana Pawła II czy tysiące osób na Krakowskim Przedmieściu żegnające parę prezydencką. W innych przypadkach trudno sobie wyobrazić, żeby jakakolwiek impreza mogła w Polsce zgromadzić ponad milion osób.