Kevin Spacey gra Franka Underwooda, amerykańskiego senatora. Aktor tworzy współczesnego szekspirowskiego bohatera, który zamiast przemocą i zbrodnią, posługuje się podstępem i intrygami. Cel jednak pozostaje ten sam: zdobyć władzę za wszelką cenę. Podobnie jak Makbeta, trawi go gorączkowa ambicja ? pragnie zostać sekretarzem stanu w gabinecie nowego prezydenta USA. Akcja pilotowego odcinka dzieje się w dniu zaprzysiężenia głowy państwa - Frank był lojalny i niezwykle pomocny przez całą kampanię, ale nie otrzymuje wymarzonego stanowiska. Pierwszą reakcją jest rezygnacja. Przygnębiony wraca do domu i zapala skręta. Pojawia się jednak Lady Makbet - jego żona Robin. Nie pozwala mu na chwilę słabości. Frank zdaje sobie sprawę, że nie tyle nie wybaczy mu porażki, co pogodzenia się z przegraną. Zaczyna działać, planuje zemstę.

Poznajemy go jako człowieka zdeterminowanego - w pierwszej scenie serialu dusi potrąconego przez samochód psa, aby skrócić jego cierpienia. „Świat potrzebuje ludzi, którzy robią rzeczy nieprzyjemne, ale koniecznie" - mówi prosto do kamery. Twórcy zastosowali bowiem w serii teatralny chwyt. Główny bohater często zwraca się do widzów, komentując sytuację, w których się znajduje i ironicznie opisuje inne postacie. W jednym momencie przeprowadza poważną rozmowę z wpływowym kongresmanem, w kolejnym patrzy w naszą stronę i kpi z niego. Spacey potrafi stworzyć więź z publicznością, stopniowo wtajemniczając ją w sekrety życia i plany swojego bohatera. Ale ten zabieg ma też inny wymiar ? widz staje się współodpowiedzialny za czyny Franka. Nie jest tylko świadkiem, ale i uczestnikiem zdarzeń. Oglądając kolejne odcinki godzi się na, często okrutne, posunięcia protagonisty.

Widz „House of Cards" musi wziąć na siebie część jego winy, tak jak wyborca, który powinien być, przynajmniej minimalnie, odpowiedzialny za działania polityka, na którego głosował. Seria wciąga nas w intrygującą moralną grę i zarazem bada granice demokracji. Na taki kształt produkcji ogromny wpływ miał reżyser David Fincher, autor, m.in. mrocznego thrillera „Siedem". Punktem wyjścia był dla niego brytyjski serial z lat 90. o tym samym tytule, ale ostateczna wersja „House of Cards" niemal całkowicie odbiega od angielskiego pierwowzoru.

Serial fascynuje także jako zjawisko medialne, zaciera bowiem granicę między telewizją, a Internetem. Dostępny jest tylko w serwisie Netflix, ale zupełnie nie przypomina innych widowisk online. Nie tylko ze względu na o wiele wyższy budżet, ale też biorąc pod uwagę formę, bliższą tradycyjnej telewizji niż sieci. Czołówka serialu jest bardzo długa wbrew obowiązującej modzie, a tempo akcji powolne i wymagające skupienia. Jeśli „House of Cards" odniesie sukces, ruszą kolejne tego typu produkcje, przeznaczone do oglądania nie tylko na ekranie komputera, ale także na nowoczesnych, wielkoformatowych telewizorach z dostępem do Internetu. Niestety, Polscy widzowie muszą poczekać na 13-odcinkowy serial, aż serwis Netflix będzie dostępny w naszym kraju.

 

 

 

 

Autopromocja
30 listopada, godz. 12.00

Kto zdobędzie Zielone Orły "Rzeczpospolitej"?

Sprawdź szczegóły