Ta bajka ma schizofreniczny klimat. Jej bohaterowie słyszą głosy, a w dodatku wierzą w alternatywne światy. Jednak w tym szaleństwie jest metoda. Rzadko trafia się bowiem w kinie familijnym tak przenikliwa i sugestywna analiza mechanizmów rządzących społeczeństwem. Młodzi widzowie mogą się z niej wiele nauczyć o stadnych zachowaniach i konformizmie.
A wszystko zaczyna się od tego, że skory do fantazjowania słoń Horton znajduje pyłek, z którego – przynajmniej według niego – wydobywa się głos. Inne zwierzęta z dżungli są przekonane, że Horton zwariował. Ich samozwańcza liderka Kangurzyca najchętniej zamknęłaby słonia, a pyłek rozdeptała, bo, jak podkreśla – jeśli czegoś nie widać, to nie istnieje.
Jednak Horton wierzy, że pyłek zamieszkują mieszkańcy Ktosiowa i powinien chronić ich miasto przed zniszczeniem. Podobnego zdania jest burmistrz Ktosiowa, ale rada miasta propagująca wizję szczęścia i beztroski nie chce słyszeć o grożącej Ktosiom katastrofie.
Film jest ekranizacją bajki Theodora Seussa Geisela (1904 – 1991). Autor, znany pod pseudonimem Dr Seuss, napisał i zilustrował 44 książki, z których część weszła do kanonu amerykańskiej literatury dziecięcej.
W „Horton słyszy Ktosia" piętnuje ciasnotę myślenia, przeciwstawiając jej potęgę wyobraźni. A przy okazji uświadamia, jak trudno obronić własną niezależność przed presją grupy.
Hollywood sięgało po prozę Dr. Seussa już kilkakrotnie, przenosząc na ekran m.in. „Kota" i „Grinch – świąt nie będzie". Tamte filmy były aktorskimi fabułami. Tym razem mamy do czynienia z animacją komputerową i mam wrażenie, że ona lepiej oddaje absurdalny świat stworzony przez Seussa niż kino z aktorami.
Horton słyszy Ktosia
20.00 | Polsat | piątek