Wszyscy kojarzą pana ze wspaniałą filmową i serialową passą, nagrodami za „Ministrantów” – ostatnio w Palm Springs. Tymczasem pan zdecydował się pracować w teatralnej niszy, choć pod najlepszym szyldem Narodowego Starego Teatru, gdzie wyreżyserował pan spektakl „Zamknij oczy Nel. W pustyni i w puszczy – epilog”. Oczywiście, niektórzy pamiętają, że jest pan absolwentem krakowskiej szkoły teatralnej. Ale jak doszło do pana pracy w Starym?
Teatr, mimo że pracuję głównie w branży filmowej, to jednak ważna część mojego życia, długo się nim zajmowałem, pracując jako aktor m.in. w trójmiejskim Wybrzeżu – trzy lata na etacie, a także w innych teatrach w Polsce. Moją drogę do filmu zapoczątkowało pisanie sztuk teatralnych, bo jeszcze jako aktor napisałem kilka dramatów. Już jako reżyser filmowy miałem sporo propozycji reżyserowania na scenie, ale nie czułem się jeszcze gotowy do podjęcia reżyserowania w teatrze. Decydujące okazało się zaproszenie Jakuba Skrzywanka – dyrektora artystycznego Narodowego Starego Teatru w Krakowie, z którym poznaliśmy się w trakcie reżyserowania czytań performatywnych w ramach konkursu dramaturgicznego Aurora w Teatrze Polskim w Bydgoszczy.
Plakat spektaklu
Przypomnijmy pana sztuki teatralne.
Napisałem ich sporo, ale te, które mogą być znane publiczności to „Być jak Beata” dla Teatru Współczesnego w Szczecinie. Trzy moje sztuki „Alicja w krainie koszmarów”, „Pojedynek” i „Kobieta w lustrze” zostały zrealizowane w ramach programu Wytwórni Filmów Dokumentalnych i Fabularnych – Teatroteka.
Moja praca w Starym Teatrze to właściwie mój teatralny debiut, ale mam wsparcie wspaniałych współtwórców, którzy mają znacznie więcej doświadczenia ode mnie. Za dramaturgię odpowiada Krzysztof Zygucki – dramaturg i reżyser między innymi spektaklu „Trzask prask” w TR Warszawa. Scenografię i kostiumy stworzył Arek Ślesiński, muzykę Wojtek Urbański, choreografię Katarzyna Sikora, wideo i projekcje – Natan Berkowicz, a za wykreowanie światła odpowiada Rafał Paradowski. W takim gronie praca to czysta przyjemność.
A jako aktor w Wybrzeżu, jakie pan zdobył doświadczenia? I co uważa za najważniejsze w pracy z tym zespołem, który jest bardzo mocny i trwały, a gdzie zagrał pan 7 ról.
Wspominam wspaniale ten czas właśnie dzięki możliwości rozwijania się w znakomitym zespole. Miałem wrażenie, że robimy razem coś ważnego i to jest coś absolutnie nie do przecenienia, kiedy stawia się pierwsze kroki na deskach teatralnej sceny. To, co zapamiętałem z Teatru Wybrzeża to również niezwykła widownia, która na praktycznie każdym spektaklu jest w komplecie. Granie, praca, czy po prostu bycie częścią tego teatru było dla mnie bardzo istotnym momentem w życiu. Miałem okazję grać dużo ciekawych ról – Doriana Graya w „Portrecie Doriana Graya” i Petruccia w „Poskromieniu Złośnicy” Szymona Kaczmarka, w „Pieszo” Anny Augustynowicz, a także w sztuce „Na początku był dom”, gdzie miałem szansę partnerować Dorocie Kolak. W Wybrzeżu nauczyłem się myślenia dialogiem teatralnym, słuchania rytmu i wtedy na dobre zacząłem pisać sztuki. Zrozumiałem, że melodią ludzkiej komunikacji jest rytm. Dbałość o rytm niezależnie od tego, czy to teatr, czy film, pozostała we mnie. Istotne w budowaniu rytmu dialogów jest dla mnie również na pewno wykształcenie aktorskie. Dzięki temu mam szansę lepiej komunikować się z aktorami we wspólnym twórczym procesie.