Prezydent Cristina Fernandez de Kirchner przyznaje, że nie ma dowodów w sprawie śmierci prokuratora Alberta Nismana, ale niczego nie wyklucza.
– Nie wierzę, że popełnił samobójstwo – przyznała kilka dni temu. Gdy jednak prokuratora Nismana znaleziono ponad tydzień temu martwego w jego mieszkaniu, nie miała wątpliwości, że odebrał sobie życie. Napisała nawet na Facebooku, że prowadził śledztwo w sprawie zamachu na ośrodek żydowski w Buenos Aires „tendencyjnie i kłamliwie". W największym zamachu terrorystycznym na ośrodek żydowski AMIA zginęło w 1994 roku 85 osób, a 300 zostało rannych. Kim byli zamachowcy, do dzisiaj nie wiadomo. Prokurator miał przedstawić 300-stronicowy raport ze swego dochodzenia w argentyńskim parlamencie, ale w przeddzień stracił życie.
Zamach miał być zemstą za wycofanie się Argentyny z porozumień dotyczących energetyki jądrowej i równocześnie ostrzeżeniem dla innych państw uczestniczących w sankcjach wobec Iranu.
Teoria spiskowa głosi, że Alberto Nisman zdobył niepodważalne dowody, iż za zamach odpowiedzialni są irańscy agenci, którzy utrzymywali kontakty z władzami Argentyny. Udowodnienie takiej tezy równałoby się z politycznym trzęsieniem ziemi.
Prezydent Cristina Fernandez de Kirchner miała więc dążyć do tego, aby takie ustalenia nie zdobyły racji bytu oraz utrzymane były w tajemnicy kontakty, jakie władze Argentyny nawiązały z reżimem mułłów w Iranie. Iran miał nawet obiecać dostawy ropy pod warunkiem, że prawda o zamachu nie ujrzy światła dziennego. Oczywiście rząd traktuje tego rodzaju rozważania w kategoriach absurdu.