Plan Johna Kerry'ego zakłada utworzenie wspólnej grupy, która „zapewniłaby rozszerzoną koordynację": wymieniałaby się informacjami wywiadowczymi i operacyjnymi. Siedzibę miałaby w pobliżu stolicy Jordanii – Ammanu, a w jej skład weszliby amerykańscy i rosyjscy oficerowie wywiadów oraz lotnictwa.
Pierwszym zadaniem grupy byłoby stworzenie w ciągu pięciu dni mapy, na której byłyby naniesione pozycje ugrupowania Dżabhat an-Nusra będącego syryjskim odłamem Al-Kaidy. Ale projekt porozumienia przewiduje również możliwość prowadzenia wspólnych operacji wojskowych.
„Dlaczego powinniśmy dzielić się informacjami wywiadowczymi z tymi ludźmi?" – pytali jednak oficerowie CIA cytowani przez „New York Times". Tuż przed przyjazdem Kerry'ego do Moskwy rosyjskie lotnictwo zbombardowało dwa obozy syryjskich uchodźców znajdujące się przy granicy z Jordanią. Zginęło w nich prawie 150 osób, głównie bojowników z oddziałów syryjskiej opozycji i ich rodzin mieszkających tam. Wszyscy byli szkoleni przez CIA i oficerów z różnych krajów arabskich. Ci ostatni zostali ranni w nalotach.
Według amerykańskich mediów misja sekretarza stanu doprowadziła nie tylko do sporów z CIA, ale i Pentagonem. Departament Obrony miał zażądać „gwarancji, że Rosja będzie wypełniać zawarte porozumienie". „Sekretarz obrony Ash Carter jest sceptyczny co do wiarygodności Rosjan" – powiedział jeden z wojskowych.
Jednocześnie nacisk na Waszyngton zaczęli wywierać jego bliskowschodni sojusznicy. W ciągu ostatnich dni tureccy politycy kilkakrotnie powtarzali publicznie żądanie ustąpienia syryjskiego prezydenta Baszara Asada. Konflikt w Syrii zaczął się pięć lat temu od manifestacji i rozruchów z żądaniem odejścia syryjskiego przywódcy. Obecnie jest też on oskarżany o dokonanie przez jego oddziały ogromnej ilości przestępstw wojennych na własnych obywatelach. „Jest Asad, i jest Daesz. Jeśli pytacie, kogo wolelibyśmy, to odpowiadamy: powinni odejść, i on, i oni" – powiedział BBC turecki premier Binali Yildirim.
„Nasi sojusznicy, szczególnie Arabia Saudyjska, popierają to. W rzeczy samej cały czas pytają nas, po co pogrywamy z Rosjanami" – powiedział przedstawiciel Pentagonu.
Ale Rosjanie wcale nie zamierzają się pozbywać swego ostatniego sojusznika na Bliskim Wschodzie. „Nigdy nie powiedzieli na ten temat ani jednego słowa" – powiedział agencji AFP sam Asad pytany, czy rosyjski prezydent Władimir Putin lub jego minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow rozmawiali z nim o odejściu ze stanowiska. W tej sytuacji – mimo działań opozycji, nad którą patronat objęła międzynarodowa koalicji na czele z USA – Asad pozostaje optymistą. „To zajmie nie więcej niż kilka miesięcy" – powiedział o odzyskaniu przez siebie pełnej kontroli nad krajem.