– To wielka farsa – mówiła Andżelika Borys po ogłoszeniu wyroku. Sąd zdecydował, że iwieniecki Dom Polski należy do ZPB, ale tego kierowanego przez namaszczonego przez białoruskie władze prezesa Stanisława Siemaszkę. Od wyroku można się odwołać.
Dom jest jedną z kilkunastu takich placówek na Białorusi. Stanowią one siedziby polskiej organizacji, organizowane są w nich imprezy kulturalne i nauczanie języka polskiego. Iwieniec był jedną z trzech placówek, które nie uznały Siemaszki, uważając, że prawowitym prezesem wciąż jest pani Borys. – Kiedy adwokat Teresy Sobol (dotychczasowej szefowej placówki – red.) usłyszał werdykt, stwierdził, że to jakiś absurd – mówi „Rz” przyglądający się wczorajszym wydarzeniom w Wołożynie działacz niezależnego ZPB i dziennikarz Jan Roman.
Reprezentujący w sądzie interesy organizacji Siemaszki jego zastępca Mieczysław Łysy i powołany przez nich nowy dyrektor iwienieckiego Domu Polskiego Stanisław Buraczewski oświadczyli, iż nie mają żadnych pretensji do pani Sobol. Mimo to sąd uznał ich pozew w sprawie przejęcia domu. Na rozprawę nie zostali dopuszczeni świadkowie Teresy Sobol, m.in. pani Borys.
Na proces do Wołożyna pod Mińskiem dotarło kilkudziesięciu działaczy ZPB z Grodzieńszczyzny i Iwieńca – mimo że władze, podobnie jak w poniedziałek, wprowadziły blokadę miasteczka. Do sądu udało się też dotrzeć prezesowi Wspólnoty Polskiej Maciejowi Płażyńskiemu. Jego zdaniem Dom Polski w Iwieńcu „to mienie Związku Polaków na Białorusi z panią Andżeliką Borys jako szefową i tak było od czasu, kiedy Wspólnota Polska ten dom związkowi przekazała”. – Wobec tego uważamy, że to jest prawowity właściciel i dysponent domu – mówił.
[srodtytul]Polowanie na Andżelikę Borys[/srodtytul]