– Podobno jestem na „liście Łukaszenki”, czyli w spisie tych, którzy znajdą się w nowym parlamencie. Ale nie wiem, czy o tej liście wie sam Łukaszenko... – śmieje się Aleś Michalewicz, kandydujący do białoruskiej Izby Reprezentantów formalnie jako bezpartyjny, a faktycznie jako reprezentant ruchu „O wolność” stworzonego przez byłego kandydata opozycji na prezydenta Aleksandra Milinkiewicza.
I rzeczywiście, niezależny portal „Biełorusskij Partizan” opublikował listę pięciu opozycjonistów, którzy „na pewno” zostaną deputowanymi. Obok Michalewicza (który do niedawna był wiceszefem opozycyjnej Partii BNF) jest tam również gen. Walerij Frołow, były dowódca grodzieńskiego okręgu wojskowego, Anatolij Lewkowicz – lider socjaldemokratów, który odsunął od kierowania partią najsłynniejszego, zwolnionego niedawno więźnia politycznego Aleksandra Kazulina, Uładzimir Nistiuk – były lider socjaldemokratów, a także Jarosław Romańczuk – wiceprzewodniczący Zjednoczonej Partii Obywatelskiej.
– Zupełnie nie potrafię powiedzieć, czy to się potwierdzi. Gdyby głosowanie było w pełni demokratyczne, można by coś prognozować, a tak – nie sposób – podkreśla Michalewicz. I dodaje, że te wybory i tak wyglądają zupełnie inaczej niż poprzednie. – Władza nie przeszkadza – mówi.Starannie składa pozostałe jeszcze ulotki, w tym – na Białorusi zupełna nowość! – specjalnie przystosowane do wkładania za wycieraczki szyb samochodu. Jego okręg wyborczy, Uruczcza, znajduje się na skraju Mińska. To typowa „sypialnia”: mnóstwo bloków mieszkalnych, a także Akademia Ministerstwa Obrony Narodowej oraz brygada wojsk wewnętrznych. Michalewicz szykuje się do spotkania wyborczego z żołnierzami z tej jednostki. – Zdumiewające, zaniosłem pismo z prośbą o takie spotkanie i dziesięć minut później ktoś do mnie zadzwonił, proponując datę i godzinę – mówi.
Ulotki szybko zniknęły zza wycieraczek i, tak jak w reszcie Mińska, w Uruczczy nie ma śladu, że w najbliższą niedzielę będą jakieś wybory. Od lat kampanie wyborcze na Białorusi przebiegają tak, jakby obowiązywała „cisza wyborcza”, ale tym razem ta cisza wydaje się jeszcze głębsza.W największej państwowej gazecie „Biełaruś Siegodnia” o wyborach ani słowa. W telewizji – żadnych dyskusji czy debat. Na mieście wiszą gdzieniegdzie zielono-czerwone transparenty informujące o dacie głosowania; jeszcze rzadziej można dostrzec niewielki plakacik ze zdjęciem kandydata. Przed GUM, Głównym Domem Towarowym, stoi duża, biała tablica, specjalnie przeznaczona na przedwyborczą agitację. Naklejono na nią kilka plakacików.
– U mnie, w okręgu jesieninskim, gdzie mieszka 59 tysięcy wyborców, są dwie takie tablice – opowiada Walentina Swiatska, działaczka Partii BNF, mająca polskie korzenie – jej matka była Polką. Rozmawiam z nią w lokalu tej partii, który – obwieszony biało-czerwono-białymi flagami i zakazanym przez Aleksandra Łukaszenkę herbem z Pogonią – wygląda jak z innej rzeczywistości. Swiatska dodaje: – To była ciężka kampania. Ale nie dlatego, że władze robiły problemy.Jej zdaniem, ludzie w ogóle nie interesują się wyborami.