O wycofaniu pozwu przedstawiciel ministerstwa oświadczył tuż po rozpoczęciu posiedzenia sądowego. Formalną podstawą do wszczęcia procedury likwidacji stało się wydanie 14 kwietnia trzeciego w ciągu roku ostrzeżenia o złamaniu przez gazetę białoruskiej ustawy medialnej (do likwidacji tytułu wystarczą na Białorusi dwa ostrzeżenia – red). Ministerstwu się nie spodobało, iż po zamachu terrorystycznym w mińskim metrze 11 kwietnia gazeta napisała, że prezydent Aleksander Łukaszenko odwiedził miejsce tragedii w momencie, gdy pod gruzami znajdowały się jeszcze ofiary wybuchu.
Jednak prawdziwą przyczyną dążenia władz do likwidacji opozycyjnego wydania, zdaniem obserwatorów, jest wzrost jego popularności. Od momentu, gdy na fali ocieplenia stosunków z Zachodem w 2008 roku reżim białoruski pozwolił się „Naszej Niwie" drukować na Białorusi i rozprowadzać gazetę przez sieć państwowych kiosków (po wyborach prezydenckich 2006 roku władze zakazały tej praktyki). Nakład tytułu wzrósł wówczas ponadtrzykrotnie, a liczba stałych czytelników strony internetowej gazety sięgnęła 113 tysięcy.
Podobne sukcesy odnotowała druga legalnie wydawana od 2008 roku na Białorusi gazeta opozycyjna „Narodnaja Wola". Też jest zagrożona likwidacją po otrzymaniu od Ministerstwa Informacji ostrzeżeń o złamaniu prawa.
W obronie „Naszej Niwy" i „Narodnej Woli" czytelnicy wysłali do Ministerstwa Informacji setki listów z prośbą o wycofanie pozwu. Jako jedną z trzech pozycji problemowych w stosunkach z Białorusią wskazała groźbę zamknięcia opozycyjnych gazet Rada Ministrów Unii Europejskiej.
W ocenie ekspertów, wycofanie pozwu przeciwko „Naszej Niwie" nie świadczy o poprawie sytuacji mediów opozycyjnych na Białorusi. – Ta decyzja ministerstwa oznacza, że w każdej chwili resort może wznowić procedurę likwidacji – tłumaczy „Rz" białoruski medioznawca Aleś Ancipienka. Mówiąc o funkcjonowaniu gazety ciągle zagrożonej likwidacją, ekspert przywołuje przykład muchy bez skrzydeł, „która może tylko biegać, ale nie może latać". – Można to nazwać też zainstalowaniem w świadomości dziennikarzy i redaktorów tak zwanego cenzora wewnętrznego, który będzie ograniczał ich dociekliwość w tematach, ocierających się o interes władzy – dodaje Ancipienka.