Wcześniej politycy tylko czasami chwalili się na łamach kolorowych czasopism atrakcyjną żoną czy córką. Ale już jak ognia unikali opowiadania mediom o kontrowersyjnych historiach z ich udziałem.

Natomiast Kazimierz Marcinkiewicz sam dostarczył dziennikarzom pożywki, szukając sposobów na podtrzymanie swojej popularności.

– Dziennikarzom będzie teraz łatwiej drążyć kontrowersyjne sprawy związane z życiem intymnym polityków, hamulce zostały zwolnione – uważa socjolog Jarosław Flis. Zastrzega, że politycy, których media lubią, nadal będą mieli taryfę ulgową, w przeciwieństwie do tych, z którymi mają na pieńku.

[srodtytul]Facet smażący placki[/srodtytul]

Na początku lat 90. uwagę opinii publicznej przykuła sprawa Moniki, córki wicemarszałka Sejmu I kadencji Andrzeja Kerna (Porozumienie Centrum). Polityk udał się do prokuratury, aby zawiadomić, że dziewczyna została porwana białym maluchem. Sprawcą był starszy o pięć lat chłopak Moniki. Uprowadzenie odbyło się przy pełnej akceptacji dziewczyny.

– Nie zgodzę się na małżeństwo dziecka z facetem, który przez całe życie będzie smażył placki – oświadczył wicemarszałek (chłopak pracował w barze rodziców). “Dziecko” miało wówczas 17 lat i tuż po uzyskaniu pełnoletności poślubiło swojego wybranka.

Sprawa, oprócz rodzinnego, miała podtekst polityczny. Rodzice Maćka byli związani z działaczami lewicy, a na ślubie brylował Jerzy Urban. I to oni, a nie Kern, nagłaśniali konflikt. Posłowie lewicy i Unii Demokratycznej zażądali odwołania wicemarszałka. Wniosek nie przeszedł, ale Bronisław Geremek grzmiał, że Kern jest społecznie skompromitowany.

Po dwóch latach Monika uciekła od męża i wróciła do rodziców. Kariera polityczna Ker- na, zdeklarowanego antykomunisty i bliskiego współpracownika Jarosława Kaczyńskiego, została jednak złamana.

Po latach okazało się, że perypetie rodzinne wicemarszałka były efektem intrygi politycznej z udziałem UOP (grupy płk. Jana Lesiaka). Opisała to “Rz” w tekście “Najłatwiej zabić gazetą”.

Autopromocja
Historia Uważam Rze

Odkrywaj karty historii i pogłębiaj swoją wiedzę od starożytności po nowoczesność

ZAMÓW

[srodtytul]Oszustka Anastazja P.[/srodtytul]

Także druga z obyczajowych historii początku lat 90. znalazła się w kręgu zainteresowania UOP. I także w niej aktywną rolę odegrał Urban opisujący w tygodniku “Nie” ze szczegółami kolejne odsłony afery.

Podszywająca się pod dziennikarkę z arystokratycznym rodowodem Anastazja P. krążyła po Sejmie i uwodziła polityków z pierwszych stron gazet. W rzeczywistości nazywała się Marzena Domaros i była oszustką poszukiwaną przez organa ścigania. Swoje seksualne przygody opisała w książce “Erotyczne immunitety”. Dostało się posłom zarówno z prawej, jak i lewej strony. Anastazja P. oszczędziła tylko polityków z UD i KLD. Ale większość dziennikarzy nie chciała jej wynurzeń relacjonować. Tabloidów wówczas w Polsce jeszcze nie było.

[srodtytul]Tajemnicza Anna M.[/srodtytul]

Nieco mniej wstrzemięźliwości wykazali już dziennikarze (pierwszy był “Wprost”), gdy dwa lata później opisywali domniemany romans ówczesnego premiera Waldemara Pawlaka z tajemniczą Anną M. Najpierw była jego sekretarką, później została zatrudniona w Interamsie, firmie komputerowej bliskiego kolegi premiera. Interams otrzymał intratne zlecenia od rządu.

W tej sprawie także pojawiają się służby specjalne. Pawlak sugerował, że uczestniczyły one w medialnej operacji odwoływania go z funkcji premiera. Stanowisko szefa rządu stracił w 1995 r.

Na temat Anny M. publicznie nie wypowiedział się ani razu.

Potem dziennikarze okazjonalnie śledzili jego życie osobiste. Pojawiały się plotki o nieślubnym dziecku i kolejnych przyjaciółkach.

Prasowe perypetie prezesa PSL nabrały wigoru, gdy do tabloidu doniosła na Pawlaka jego żona. Skarżyła się, że od kilkunastu lat wytrzymuje jego zdrady, że miał kochanki i nieślubne dziecko, a teraz chce obniżenia alimentów.

Poważne media sprawą się nie zajęły. Zajęła się nią natomiast Jolanta Szczypińska z PiS, przekonując, że to absolutnie naganne zachowanie szefa partii. Tym razem Pawlak zabrał głos, ujawniając, jakie alimenty płaci rodzinie. Sprawa ucichła.

[srodtytul]Polityczne alimenty[/srodtytul]

O perypetiach rodzinnych byłego marszałka Sejmu Ludwika Dorna zrobiło się głośno jesienią 2008 r., gdy prezes PiS Jarosław Kaczyński zarzucił mu niemoralne zachowanie wobec dzieci z poprzedniego małżeństwa, którym obniża alimenty. Zamiast Dorna wypowiedziała się jego aktualna żona, informując o konkretnej, i to niemałej wysokości płaconych przez męża alimentów.

W tym przypadku sprawa miała kontekst ściśle polityczny i mogła być precedensowa. Bo o problemach osobistych jednego polityka mówił publicznie inny skonfliktowany z nim polityk. I wszystkie media właśnie w tym kontekście relacjonowały alimentacyjną historię Dorna.

Zawirowania osobiste innego polityka PiS Wiesława Walendziaka przeszły w mediach niemal bez echa. W 2004 r. w trakcie kadencji Sejmu złożył mandat poselski. Wywołało to falę dociekań. Niektórzy politycy SLD przekonywali mentorskim tonem, że powodem tego ruchu był sprzeciw wobec głoszonej przez PiS polityki gospodarczej.

Główna przyczyna była jednak bardziej prozaiczna: Walendziak miał dziecko ze swoją asystentką i żonę, która również była w kolejnej ciąży. Aby utrzymać tak liczną rodzinę, zdecydował się zająć biznesem.

Niemal tak samo cicho było o bliskiej przyjaźni byłego premiera Jerzego Buzka z szefową jego zespołu doradców Teresą Kamińską. Do dziś nie ma pewności, czy rozwiódł się z żoną. Wiadomo tylko, że po przegranych w 2001 r. przez AWS wyborach Ludgarda Buzek złożyła pozew rozwodowy. Były premier konsekwentnie odmawia wypowiedzi na ten temat.

O swoim niedawnym rozwodzie nie chce też mówić minister zdrowia Ewa Kopacz. Tabloidom tę informację potwierdzili jedynie jej córka i eksmąż.

Te przypadki potwierdzają tezę Jarosława Flisa o taryfie ulgowej dla polityków lubianych. Chyba że sami popadną w ekshibicjonizm.

Nie wiadomo jednak, czy ten stan się utrzyma. Bo już nie tylko tabloidy interesują się życiem intymnym polityków, lecz także poważne media. Gdy wybuchła seksafera w Samoobronie, autorzy programu “Teraz my” w TVN zaprosili do studia prostytutkę, która miała świadczyć usługi działaczom Samoobrony. A sprawą Marcinkiewicza zainteresowały się także opiniotwórcze gazety. Argumentowały, że przecież mówi o tym sam zainteresowany.