Poduszki, rajstopy, proszki do prania, a nawet nasiona – teraz na poczcie, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach, można się zaopatrzyć w wiele artykułów, które z główną działalnością tej firmy wiele wspólnego nie mają. Pod koniec października wielu klientów właśnie na poczcie kupuje m.in. znicze.
– Sprzedaje się to, na co akurat jest zapotrzebowanie – opowiada "Rzeczpospolitej" pracownik poczty na Białostocczyźnie. – Szczególnie na wsiach, gdzie nie ma w pobliżu sklepu czy kiosku, w którym można kupić rajstopy lub pastę do zębów.
Ale Poczta Polska uznała, że handlowanie takimi rzeczami psuje jej wizerunek.
[srodtytul]Wanny i pralki obok znaczków[/srodtytul]
Jak tłumaczy Mirosław Markiewicz z zarządu Poczty Polskiej, dochody trzeba zrównoważyć z "postrzeganiem samej instytucji". – By nie pojawiały się artykuły, które negatywnie wpływają na markę – zaznacza. – W niektórych zakątkach Polski asortyment proponowany przez jednostki pocztowe jest kuriozalny. Nie mamy zamiaru kontynuować sprzedaży kołder, konfekcji albo np. sprzętu AGD.
Jeszcze kilka lat temu w niektórych urzędach można było kupić wanny albo pralki. W listopadzie ubiegłego roku firma przestała sprzedawać papierosy. Z czego zrezygnuje teraz? Jak dowiedziała się "Rz", trwa ustalanie szczegółowej listy.
[srodtytul]Lepiej postawić na jakość usług? [/srodtytul]
To niepokoi pracowników. Boją się, że mogą stracić stanowiska. – Jaki będzie sens utrzymywania placówki, skoro pracy przy usługach pocztowych jest na dwie, najwyżej trzy godziny? – pyta nasz rozmówca z Białostocczyzny.
Dziwi się, że firma rezygnuje z tej formy zarabiania pieniędzy. Jednak Mirosław Markiewicz przekonuje, że wpływy ze sprzedaży takich artykułów nigdzie nie są dominującą pozycją. – W poszczególnych urzędach to najwyżej 15 proc. przychodów – mówi. Cała Poczta Polska ma z takiej sprzedaży ok. 530 mln zł przychodów rocznie (to 7,5 proc. z 7 mld przychodów firmy).
Placówki pocztowe handlem zaczęły zajmować się na początku lat 90., gdy firmę rozdzielono od telekomunikacji.
– Był to rodzaj dywersyfikacji naszej działalności – mówi dyrektor jednego z regionów. I popiera ograniczenia w handlowaniu.
Jego zdaniem firma powinna skupić się na poprawie jakości usług pocztowych.
Podobnego zdania jest Aleksander Domaradzki, ekspert z firmy Doradztwo Gospodarcze i Logistyczne Polska. – Poczta powinna swoją ofertę dostosować do klientów, którzy przychodzą głównie, by nadać korespondencję, skorzystać z jej usług, a nie do tych, którzy być może kiedyś wejdą po poduszkę – mówi.
[srodtytul]Zostaną klasery i książki [/srodtytul]
Dyrektor jednego z regionów zwraca uwagę na jeszcze inny problem – często to, co sprzedaje się na poczcie, jest droższe niż w innych sklepach.
Dlaczego? Bo Poczta Polska podlega pod ustawę o zamówieniach publicznych, więc musi kupować towary w przetargach, czyli ze sporym wyprzedzeniem. A inni handlujący mogą się zaopatrywać u producentów, korzystając np. z sezonowych promocji.
– Poza tym Poczta nie ma warunków do przechowywania towarów, a koszty transportu są olbrzymie – dodaje dyrektor.
Narodowy operator nie zamierza jednak całkowicie rezygnować z handlu.
– Na pewno w punktach pocztowych pozostanie sprzedaż artykułów związanych z naszym obszarem działania, czyli piśmienniczych, prasy czy książek – zapowiada Mirosław Markiewicz. I deklaruje: – Nadal będziemy sprzedawać to, czego sprzedaż jest ułatwieniem dla klientów.
Teresa Szczutowska, rzecznik regionu białostockiego Poczty Polskiej, wylicza: – Na miejscu wycofywanych towarów pojawią się koperty, opakowania, klasery, wydawnictwa, produkty służące do komunikacji, np. karty telefoniczne, czy służące do doładowania. Aleksander Domaradzki popiera takie rozwiązanie. I podaje przykład australijskiej poczty, która jest jednym z największych w tym kraju dystrybutorów artykułów piśmienniczych i telefonicznych.