Powód? Mniej pieniędzy z Funduszu Pracy na aktywną pomoc bezrobotnym.
– Najprawdopodobniej będziemy musieli zwolnić sześć do ośmiu osób, czyli nawet 40 proc. z obecnie pracujących – alarmuje Adam Bolek, wicestarosta powiatu białobrzeskiego (Mazowsze). – To sparaliżuje działanie urzędu pracy, ale niewiele możemy zrobić.
W innych powiatach sytuacja nie jest tak dramatyczna, ale i tak redukcje rzędu 5 – 10 proc. oznaczają, że pracę straci w sumie 1 – 2 tys. osób – wynika z szacunków "Rz".
– W urzędach pracy nie ma przerostu zatrudnienia. Każdy zwolniony oznacza więc, że gorzej będziemy wykonywać swoje zadania – mówi Edmund Stefaniak, dyrektor Powiatowego Urzędu Pracy w Raciborzu (Śląsk). – Proszę sobie wyobrazić choćby problemy z bieżącym rejestrowaniem i wyrejestrowaniem bezrobotnych. Zakładając, że dziś na jednego pracownika przypada 1000 osób, to po odejściu jednego pozostałym np. dwóm przybywa sporo pracy.
– Mamy osiem pośredników między bezrobotnymi a firmami, czterech doradców zawodowych, trzech specjalistów ds. rozwoju zawodowego i dwóch liderów klubów pracy. To dokładnie tyle, ile wymagają standardy określone przez ustawy. Nie wyobrażam sobie, byśmy mogli zmniejszyć ich liczbę, bo złamiemy prawo – podkreśla Zygmunt Dorf, dyrektor PUP w Kętrzynie (Warmińsko-Mazurskie).
A Lidia Posiadała, zastępca dyrektora PUP w Mrągowie (Warmińsko-Mazurskie), mówi: – Plan minimum to dwie, trzy osoby do zwolnienia, ale niestety może być więcej. Na pewno nie będziemy zwalniać osób na kluczowych stanowiskach.
W powiecie piskim nie zostaną przedłużone umowy na czas określony dla pięciu osób.
W tym roku powiatowe urzędy pracy mają o 70 proc. mniej pieniędzy z Funduszu Pracy na aktywną pomoc bezrobotnym niż w 2010 r. Zamiast 7 mld zł jest to niewiele ponad 3 mld zł w skali kraju. W przyszłym roku będzie podobnie. Mniej pieniędzy w tym roku oznacza, że w przyszłym mniejsze będą dotacje z FP do wynagrodzeń pracowników urzędów pracy (wynoszą one 7 proc. tego typu wydatków poniesionych przez urząd w roku poprzednim). Ale to niejedyna przyczyna kłopotów finansowych. – Część starostów zmniejszyła pulę na wynagrodzenia, gdy urzędy zaczęły korzystać z 7-proc. odpisu (wynagrodzenie w urzędach pracy finansowane są przede wszystkim z budżetów powiatów, dotacje to dodatek – red.) – tłumaczy Czesława Ostrowska, wiceminister pracy odpowiedzialna za rynek pracy. Przyznaje, że zmniejszenie pieniędzy powoduje pewne perturbacje, ale zastrzega: – Nie zmieniliśmy standardów pracy z bezrobotnymi i z firmami, więc zwolnienia nie powinny dotyczyć doradców czy pośredników pracy.
– Jesteśmy w tej komfortowej sytuacji, że nie będziemy musieli zwalniać w przyszłym roku. Posiłkujemy się pieniędzmi unijnymi i projektami innowacyjnymi – zapewnia Tomasz Malczewski, wicedyrektor PUP w Gryficach (Zachodniopomorskie).