Prezydent odbiera ślubowanie od dwojga sędziów Trybunału Konstytucyjnego, pozostała czwórka, nie mogąc się doczekać zaproszenia, wygłasza rotę ślubowania w Sejmie. Gdy patrzy pan na wydarzenia ostatnich dni, to dochodzi do wniosku, że jesteśmy bliżej rozwiązania konfliktu wokół Trybunału czy właśnie zakopujemy się jeszcze poziom niżej?
Raczej się zakopujemy jeszcze głębiej. Punktem wyjścia tego kryzysu stało się naruszenie konstytucji przez prezydenta, który nie miał prawa odmówić bezzwłocznego zorganizowania ślubowania nowych sędziów. Podawano różne powody tej bezczynności prezydenta. Najpierw mówiono o błędach w sejmowej procedurze wyboru, ale – skoro potem przeprowadzono ślubowanie dwojga sędziów, to argument ten odpadł, bo musiałby dotyczyć całej szóstki. Potem przedstawiciele Kancelarii Prezydenta wspominali też, że pan prezydent badał życiorysy, więc przeprowadził jakby merytoryczną czy polityczną ocenę wybranych przez Sejm sędziów. A tego mu robić na pewno nie wolno.
Konstytucja nie zostawia żadnego marginesu prezydentowi, żeby oceniał merytorycznie poszczególnych sędziów wybranych przez Sejm i decydował, który z nich jest mu politycznie bliższy, który ma ładniejszy życiorys, czy też który wydaje mu się lepszym prawnikiem, i w związku z tym jednych powoływać, a innych nie. To jest kompetencja zarezerwowana dla Sejmu i to ten organ ma absolutny monopol na decydowanie o tym, kto spośród osób spełniających formalne kwalifikacje może być wybrany na urząd sędziego TK.
Oczywiście w teorii naruszenie przez prezydenta konstytucji powinno skutkować postawieniem prezydenta przed Trybunałem Stanu, ale jak wiemy, w obecnej sytuacji jest to całkowicie iluzoryczne, bo potrzeba do tego większości 2/3 Zgromadzenia Narodowego, której uzyskanie w obecnych uwarunkowaniach jest całkowicie wykluczone.
Czytaj więcej
Okres, jaki minął od wyboru przez Sejm nowych sędziów Trybunału Konstytucyjnego, przekracza rozsądne granice niezwłocznego działania w celu odebran...
Warto zaznaczyć, że prezydent wprost nie odmówił przyjęcia ślubowania od pozostałej czwórki, podkreślając przy tym, że ani konstytucja, ani ustawa nie zakreślają terminu na dokonanie przez niego tej czynności.
To prawda, choć nie oznacza to wcale, że prezydent ma nieograniczoną swobodę w decydowaniu o tym, kiedy przyjmie takie ślubowania. Ogólne zasady interpretacji prawa wskazują, że – w braku jasno wskazanego terminu – czynność stanowiąca realizację obowiązku musi być dokonana „bez nieuzasadnionej zwłoki”. Dlatego jeśli Karol Nawrocki przyjął ślubowanie od dwójki sędziów, a co do pozostałych stwierdził, że nadal analizuje sytuację, to – stopniowo – pojawiła się sytuacja naruszenia konstytucji. Ustawa o statusie sędziów TK – bo tam tylko jest wskazanie, iż sędzia składa ślubowanie „wobec” prezydenta – zakłada, że ceremonia ta stanowi naturalne następstwo wyboru przez Sejm i nie wskazuje żadnej odpowiedzi, jakie należałoby zastosować remedium, gdyby prezydent nie wykonał swojego obowiązku. Po prostu uważano to za niemożliwe. Bezczynność prezydenta wprowadziła nas w „szarą strefę”, pozostawiającą znaczną swobodę interpretacyjną. Podejście singularystyczne koncentruje się na konkretnym przepisie ustawy i może prowadzić do wniosku, że – skoro konieczne jest złożenie ślubowania przez sędziego, to dopóki prezydent nie zorganizuje tej ceremonii, sędzia nie może objąć urzędu. Tak widzi ten problem np. prezes TK. Podejście systemowe akcentuje natomiast konstytucyjnie ustanowiony monopol Sejmu dla wyboru sędziów i wskazuje, że takie uzależnienie objęcia urzędu od przeprowadzenia lub nieprzeprowadzenia ślubowania przez prezydenta, nadawałoby mu możliwość praktycznego zawetowania decyzji Sejmu. Prowadzi to do konkluzji, że „ponieważ prezydent nie wykonuje obowiązku zorganizowania ślubowania, to ktoś musi to zrobić za niego”. Jedno i drugie twierdzenie jest ułomne pod względem prawnym, ponieważ są to reakcje na sytuację, której prawo nie przewidziało.
Czytaj więcej
Oto czterech inteligentnych, świetnie wykształconych ludzi, którzy mają strzec konstytucji, staje przed marszałkiem Sejmu udając, że to prezydent....
Było trzecie wyjście?
Była np. sugestia rzecznika praw obywatelskich, by tę kwestię poddać pod rozstrzygnięcie sądom administracyjnym. Można było się przykładowo pokusić o wniesienie skargi na bezczynność prezydenta. Choć trzeba uczciwie przyznać, że orzecznictwo sądów administracyjnych dotyczące kontroli aktów prezydenta, nie jest szczególnie rozwinięte. W każdym razie byłaby szansa na to, że gdyby doszło do wydania merytorycznego orzeczenia, to byłoby to jednoznaczne stwierdzenie, jakie jest prawo. Minusem tej koncepcji jest długi okres, jaki musiałby upłynąć do wydania prawomocnego orzeczenia. Nawet zakładając, że ostateczne rozstrzygnięcie zapadłoby w jakimś rozsądnym czasie, to mówimy o miesiącach, jeśli nie dłużej.
Czytaj więcej
Czy nabycie samochodu może być tak proste, jak zamówienie sprzętu online? O tym, jak wygląda transformacja tego sektora oraz jak należy odpowiedzie...
W tej chwili to rozwiązanie już odpadło. Skoro sędziowie uznali, że można złożyć ślubowanie inaczej, no to należy uszanować ich decyzję. Tyle tylko, że efektem jest właśnie to, że część interpretatorów prawa ocenia to rozwiązanie jako prawidłową, choć nieprzewidzianą prawem, reakcję na naruszenie konstytucji przez prezydenta, a część – wprost przeciwnie. Przekonują, że prezydent jednak miał prawo tego ślubowania nie organizować, choć nie wiem, jak to można sensownie, zgodnie z prawem, uzasadnić. Jeszcze inni, nawet jeśli nie kwestionują naruszenia prawa przez prezydenta, to w dalszym ciągu nie dopuszczają możliwości konwalidacji przez zastosowanie innej formy przyjęcia ślubowania.
A jak pan ocenia skuteczność złożenia ślubowania w tej alternatywnej formie?
Moim zdaniem punktem wyjścia musi być stwierdzenie, że jedynym organem uprawnionym do wyboru sędziów TK jest Sejm. Ta kompetencja Sejmu ma rangę konstytucyjną i sformułowana jest jednoznacznie w art. 194 ustawy zasadniczej. Bezczynność prezydenta uniemożliwiająca objęcie urzędu przez sędziego tworzy sytuację niekonstytucyjności. Natomiast wymóg przeprowadzenia ślubowania przez prezydenta jest sformułowany na poziomie ustawowym. Nawet więc, gdyby przyjąć, że „zastępcze” złożenie ślubowania tworzy sytuację naruszenia ustawy, to jednak nadrzędność konstytucji musi przeważyć. Innymi słowy, naruszenie ustawy służące usunięciu naruszenia konstytucji może być – w takiej sytuacji – dopuszczalne.
Inna rzecz, że może bardziej eleganckie byłoby zaproszenie, a może nawet – wezwanie sędziów do złożenia ślubowania przez marszałka Sejmu. Oznaczałoby to, że marszałek przejmuje inicjatywę, bierze na siebie pełną odpowiedzialność za takie rozwiązanie, a sędziowie podporządkowują się jego decyzji. Marszałek mógłby też przypomnieć, że konstytucja powierza mu – ogólną – władzę zastępowania prezydenta, gdy ten nie jest w stanie wykonywać obowiązków swego urzędu.
Czytaj więcej
Sąd pracy może przesądzić o statusie sędziego Trybunału Konstytucyjnego jako pracownika czy zasądzić przysługujące mu wynagrodzenie. Wątpliwe jedna...
No dobrze, to co nas czeka?
Skoro prezes TK nie dopuścił tej czwórki do orzekania, to mamy sytuację patową, która prawdopodobnie będzie znajdowała wyraz w kwestionowaniu właściwie każdego orzeczenia Trybunału wydanego bez udziału tych czterech nowych sędziów. Nie tylko przez dwoje nowych sędziów, którzy złożyli ślubowanie wobec prezydenta, lecz także przez część dotychczasowych członków Trybunału, którzy stoją na stanowisku, że prezydent nie mógł nie przeprowadzić ślubowania.
To zapewne będzie chętnie podjęte przez rząd i znów wrócimy do modelu niepublikowania orzeczeń, kwestionowania ich ważności itd.
Modelu, który nie został zarzucony, bo od wielu miesięcy rząd odmawia publikowania orzeczeń TK, niezależnie od tego, czy zostały wydane z udziałem tzw. sędziów dublerów, czy w składach niekwestionowanych.
W praktyce oznaczać to będzie wyeliminowanie TK z realnego udziału w obrocie prawnym, bo jego rozstrzygnięcia będą traktowane raczej jako „informacje” niż ostateczny, wiążący precedens. Oczywiście wszystko będzie zależało też od tego, jak do tych orzeczeń TK wydawanych w tym problematycznym składzie i do tego zapewne niepublikowanych podejdą sądy. To jest pewien znak zapytania. Niemniej ta sytuacja może trwać aż do wyborów w 2027 r.
A po wyborach?
Gdyby wygrała je obecna opozycja, to wtedy można się spodziewać powtórki ze scenariusza z 2015 r. Nowy Sejm stwierdzi, że uchwały o wyborze tych czworga, niezaprzysiężonych przez prezydenta sędziów, są nieważne z jakichś powodów. Proszę mnie nie pytać z jakich, bo to już moją wyobraźnię prawniczą przekracza, ale na pewno coś by wymyślono. A wówczas obsadzono by te stanowiska czterema kolejnymi sędziami. W ten sposób zatoczymy koło, wracając do problemu sędziów dublerów, pytań o legalność Trybunału etc. Znów pojawiłoby się pytanie, jak na to zareagują Europejski Trybunał Praw Człowieka i Trybunał Sprawiedliwości UE. Słowem – powtórka z rozrywki.
A gdyby wybory wygrała koalicja?
Wtedy prawdopodobnie musiałaby podjąć jakieś bardziej radykalne kroki, nie tylko w stosunku do Trybunału Konstytucyjnego, ale w ogóle tego pata, który istnieje w tej chwili. Bo przecież to jest tylko część szerszego problemu, polegającego na tym, że prezydent i Trybunał Konstytucyjny blokują w znacznej mierze funkcję ustawodawczą parlamentu.
A czy jest jakieś inne wyjście, by nie zagrzebywać się w spory o TK na kolejne lata, przeżywając swoiste déjà vu? I czy w obecnym systemie jesteśmy w stanie wyjść z tej patowej sytuacji bez zmiany konstytucji? Bo spłycając istotę tego konfliktu, można go sprowadzić do równania, w którym jedna strona mówi: „Nie oddamy Trybunału i zrobimy wszystko, by druga strona nie mogła wybrać do niego sędziów”, na co ta druga odpowiada: „Skoro tak, to nie będzie TK w ogóle, bo my go nie będziemy uznawać, publikować jego orzeczeń etc.”. Może w końcu te dwie zwaśnione strony będą się chciały jakoś w tej sprawie dogadać? Jednak sytuacja prawna jest już tak skomplikowana, że na drodze prawnej trudno chyba o jakieś nowe otwarcie.
Biorąc pod uwagę okres najbliższych 18 miesięcy, wydaje się, że ani jedna, ani druga strona nie jest szczególnie zainteresowana rozwiązaniem tej sytuacji. Z różnych względów dla obecnej większości rządzącej Trybunał, którego legalność można całkowicie zakwestionować, jest trybunałem o wiele wygodniejszym. Póki co większość w nim mają przecież sędziowie dotychczasowi, a ci już niejeden raz wydali orzeczenie, które politycznie było bardzo jednoznacznie określone.
Z kolei dla opozycji ta sytuacja jest o tyle atrakcyjna, że jeśli nie dopuści się tej czwórki sędziów, to po wyborach będzie można wybrać w ich miejsce innych, a więc zachować polityczną kontrolę nad Trybunałem.
Dlatego przy tym usztywnieniu na obu biegunach, może okazać się, że niewielkie są szanse na dogadanie się. Czy przestrzeń do tego pojawi się po wyborach, to będzie zależało od tego, do jakich przetasowań na scenie politycznej dojdzie w ich wyniku. Nie wiemy, jaki będzie układ sił w parlamencie. Czy będzie on sprzyjał zmianom konstytucji, jak to ma miejsce na Węgrzech – to nie wydaje się prawdopodobne. Być może jednak w jakimś momencie politycy dojdą do wniosku, że sytuacja wokół TK jest już tak zabagniona, że nie ma sensu jej odkręcać. A wówczas zmieni się Konstytucję, po prostu znosząc Trybunał, wyraźnie deklarując przy tym, że kompetencja do kontroli konstytucyjności ustaw przysługuje sądom – czy to w formie kontroli rozproszonej, czy jakiejś kombinacji kontroli rozproszonej i innej. To jest do wyobrażenia.
O ile 10 lat temu sam pomysł, żeby znieść Trybunał Konstytucyjny, byłby przez większość prawników traktowany jako świętokradztwo, to przez ostatnią dekadę sądy nauczyły się samodzielnie stosować konstytucję. Jest cały szereg orzeczeń różnych sądów – od Sądu Najwyższego, przez Naczelny Sąd Administracyjny, po sądy powszechne czy administracyjne – które stosują konstytucję bezpośrednio. A więc samodzielnie stwierdzają, że w pewnych sytuacjach można pominąć przepis ustawy, ponieważ jest on oczywiście sprzeczny z konstytucją.
Jest cały szereg orzeczeń różnych sądów – od Sądu Najwyższego, przez Naczelny Sąd Administracyjny, po sądy powszechne czy administracyjne – które stosują konstytucję bezpośrednio. A więc samodzielnie stwierdzają, że w pewnych sytuacjach można pominąć przepis ustawy, ponieważ jest on oczywiście sprzeczny z konstytucją.
Robią to w powiązaniu z przypominaniem, że także przepisy Europejskiej Konwencji Praw Człowieka są wyżej w hierarchii niż przepisy ustawowe, a także że prawo Unii Europejskiej przeważa nad ustawami zwykłymi. Sądy nauczyły się samodzielnego stosowania aktów ponadustawowych. Dlatego myślę, że w tym zakresie są w stanie taką kontrolę rozproszoną stosować.
To z kolei praktycznie wyłączyłoby z kontroli konstytucyjności wielkie sprawy polityczne, gdzie jedno ugrupowanie – powiedzmy opozycja – kwestionuje pewne ustawy przed TK z powodów światopoglądowych, jak np. przepisy aborcyjne. No ale bez tego też jakoś udałoby się nam przetrwać.
Można rozważać różne scenariusze, ale w każdym razie sama idea, że może istnieć kontrola konstytucyjności bez oddzielnego sądu konstytucyjnego w Polsce, w tej chwili jest poważnie rozpatrywana i dyskutowana w środowisku prawników i nie jest zupełnie obca samoświadomości sądów powszechnych i administracyjnych. Więc kto wie, czy to nie byłby rozsądny pomysł. Oczywiście punktem wyjścia jest stwierdzenie, że dalej tą drogą nie da się iść. A jeżeli tak, to trzeba szukać innych dróg.
Czytaj więcej
Gdyby argumenty prezydenta, wyrażone ustami szefa jego kancelarii Zbigniewa Boguckiego, traktować poważnie, to cały obecny skład TK należałoby uzna...
To prawda, jeszcze 10 lat temu poważnych prawników, którzy dopuszczali sprawowanie przez sądy rozproszonej kontroli konstytucyjności ustaw, można było policzyć na palcach jednej ręki, a później, gdy TK okazał się dysfunkcyjny, nagle okazało się, że to jest możliwe i dopuszczalne. Problem jednak z przejęciem tej koncepcji jako zasady jest taki, że obok kryzysu w TK mamy nie mniejszy kłopot z sądownictwem powszechnym, związany z kwestionowaniem legalności Krajowej Rady Sądownictwa i dokonywanych z jej udziałem nominacji sędziowskich po 2018 r. Czy to nie stoi na przeszkodzie likwidacji TK i przekazaniu tej kompetencji sądom?
Oczywiście z sądami też jest problem. Zwłaszcza z dwiema izbami SN – Izbą Odpowiedzialności Zawodowej oraz Izbą Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych – które zgodnie z orzecznictwem sądów europejskich nie spełniają warunków pozwalających uznawać w pełni ich charakter jako sądów niezawisłych i bezstronnych. W tym przypadku niezbędne są radykalne zmiany, ale już w stosunku do pozostałych izb SN nie ma aż takiej konieczności. Podobnie jak w przypadku NSA, który działa w sposób znacznie bardziej stonowany i jest w stanie chronić prawa jednostki w swoim orzecznictwie, niezależnie od tego, w jakim składzie orzeka.
Jest oczywiście spora grupa tzw. neosędziów, ale przecież nie można z góry zakładać, że każdy z nich jest człowiekiem, który nie ma przymiotu niezawisłości. Przy rozsądnej reformie można ten problem rozwiązać.
A czy nie łatwiej jest naprawić liczący 15 sędziów sąd konstytucyjny niż zreformować liczący 10 tys. sędziów wymiar sprawiedliwości?
Różnica pomiędzy TK a sądami powszechnymi jest taka, że o ile można sobie wyobrazić zniesienie tego pierwszego, to sądów powszechnych zlikwidować nie można. A skoro nie można ich znieść, to pozostaje tylko rozsądna reforma, którą zresztą tak czy owak trzeba przeprowadzić.
Tu żadne radykalne, rewolucycyjne metody nie są moim zdaniem potrzebne. Przypomnijmy, że ogromną większość nowych sędziów stanowią ci, którzy zostali powołani po raz pierwszy na urząd sędziego. Nawet najbardziej radykalni zwolennicy reform nie proponują ich usuwania ze stanu sędziowskiego czy poddawania ich jakiejś – używając brzydkiego słowa – lustracji. Oczywiście, jest to rozwiązanie, które nigdy nie będzie doskonałe, ale pozwalałoby na jakąś stopniową sanację sądownictwa. To może trochę przypominać sposób, w jaki potraktowano sędziów po 1989 r., którzy przecież według naszych kryteriów wszyscy byli sędziami ancien régime’u, mianowanymi przez komunistyczne władze. A jednak uznano, że poza Sądem Najwyższym, który praktycznie powołano od początku, pozostali sędziowie – poza tymi, którzy w sposób szczególnie negatywny się zasłużyli w okresie PRL – pozostają na swoich urzędach. Wydaje się, że nie przeszkodziło to sądownictwu w funkcjonowaniu – czy lepszym, czy gorszym – co do tego można mieć oczywiście wątpliwości, ale pod względem niezawisłości i bezstronności sądów dość szybko osiągnięto pozytywny efekt.
Inna sprawa, że wówczas nie mieliśmy innego wyjścia. Nie mieliśmy tego komfortu, jaki mieli Niemcy po zjednoczeniu, którzy mogli podziękować sędziom z NRD, bo mieli wystarczającą liczbę sędziów z byłych Niemiec Zachodnich, choć ci sami Niemcy po wojnie także nie mieli kim zastąpić sędziów orzekających za nazistów i również pozwolili im co do zasady orzekać dalej.
To prawda, ale powołano też Trybunał Konstytucyjny w Karlsruhe, który – że tak powiem – wykonał bardzo dobrą pracę. No ale to były inne historyczne warunki. W każdym razie, jeśli chodzi o zdolność do samoregenerowania się wymiaru sprawiedliwości, to jestem optymistą. Jest jeszcze duża grupa sędziów, którzy zostali powołani wcześniej i potrafią przekazać następnym pokoleniom „dobre geny” niezawisłości i bezstronności.
To samo dotyczy Krajowej Rady Sądownictwa, której skład ma się zmienić w maju. W jaki sposób to nastąpi, zależy już od decyzji Sejmu i prac przygotowawczych ze strony Ministerstwa Sprawiedliwości czy zgromadzeń ogólnych poszczególnych sądów.
Wybór sędziowskich członków KRS nie wymaga potwierdzania przez prezydenta, przyjmowania ślubowania czy innych czynności, więc niezależnie od woli głowy państwa KRS ukonstytuuje się w takim składzie, jaki będzie wynikał z rozstrzygnięć Sejmu jako organu uprawnionego do powoływania nowych członków.
Czytaj więcej
Sąd pracy może zdecydować, czy zastępcze ślubowanie bez obecności prezydenta jest ważne, a osoby wybrane przez Sejm są sędziami Trybunału Konstytuc...
Pytanie, czy prezydent nie będzie później odmawiał powoływania sędziów rekomendowanych przez nową KRS?
To jest pytanie do prezydenta, choć gdyby odmowy takie miały przybrać wymiar totalny, byłoby to naruszenie konstytucji. Taka obstrukcja prowadziłaby do paraliżu sądów, a prezydent jest przecież konstytucyjnym gwarantem ciągłości władzy państwowej.
Nowym elementem sytuacji stał się też wyrok TK z 16 kwietnia 2026 r., stwierdzający niekonstytucyjność dwóch przepisów dotyczących trybu wybierania „sędziowskich” członków KRS przez Sejm. Gdyby doszło do zastosowania tych przepisów w majowej procedurze, to – przy odpowiednim nasileniu złej woli – mógłby pojawić się pretekst do ignorowania jej wyników. Oznaczałoby to ostateczne rozregulowanie procedury powoływania sędziów, a może – nawet równoległe istnienie starej i nowej Rady.
Czytaj więcej
W poniedziałek w sądach w całej Polsce sędziowie zaczną oddawać głosy na sędziów w tzw. prawyborach na członków Krajowej Rady Sądownictwa. Niepewna...
Pozostaje jeszcze kwestia tego, czy wybór dokonany na podstawie obecnej ustawy o KRS, a zatem przez Sejm, choć po przeprowadzeniu swoistych środowiskowych prawyborów w pozaustawowym trybie, pozwoli uznać, że ta nowa KRS będzie organem, o którym mowa w konstytucji. Czy dla pana wyłoniona w ten sposób rada będzie zgodna z konstytucją?
Nie będzie, tak samo zresztą, jak i obecna Rada. Zasadnicza wada tkwi w przekazaniu Sejmowi kompetencji do wybierania „sędziowskich” członków Rady, bo to nadaje wyborowi charakter polityczny i przekreśla autonomiczność środowiska sędziowskiego w jego dokonywaniu. Miejmy nadzieję, że praktyka działania obecnego Sejmu nieco złagodzi to przekreślenie, ale nadal istnieć będzie organ wadliwy konstytucyjnie i nadal będzie to rodziło wadliwość nominacji sędziowskich dokonywanych na jego wniosek. Tu konieczne jest przywrócenie rozwiązań sprzed 2017 r., ale próby takie zostały storpedowane przez prezydenta.
Wracając do pańskiej prognozy czy też recepty rozwiązania konfliktu wokół TK poprzez jego likwidację – dostrzegając oczywiście korzyści z przecięcia węzła gordyjskiego, zastanawiam się, czy nie szkoda byłoby jednocześnie pozbywać się korzyści w postaci tworzenia spójnego orzecznictwa, a po drugie możliwości powszechnej derogacji przepisu czy całej ustawy, jakie można osiągnąć za pomocą orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego. Przy rozproszonej kontroli konstytucyjności, która jest konkretna, a nie abstrakcyjna, tego efektu nie da się osiągnąć.
Nie do końca. Orzeczenie SN czy NSA, wydane na tle sprawy indywidualnej, ale wskazujące na niekonstytucyjność jakiegoś przepisu ustawy, mogłoby zyskać walor precedensowy, więc praktycznie taki skutek, że pozostałe sądy przestałyby taką zakwestionowaną regulację stosować. Poza tym nie przedstawiam tego jako rozwiązania, które byłoby idealne. To jest poprzedzone rachunkiem zysków i strat. Czy w tej chwili możemy sobie realnie wyobrazić, że istnienie Trybunału Konstytucyjnego przynosi nam jakieś korzyści? Jeżeli tak, to próbujmy ratować to, co się da. Jeśli nie – przestańmy się oszukiwać. Każde rozwiązanie jest złe.
Pamiętajmy jeszcze o jednej rzeczy, która nam często w dyskusji umyka. Celem prymarnym funkcjonowania sądów i trybunałów jest gwarantowanie ochrony praw człowieka i obywatela.
Bo postępowania sądowe są obliczone z jednej strony na rozstrzyganie kontrowersji między organami państwa, ale – z drugiej, także na ochronę praw jednostki.
Szukając rozwiązania na dziś, musimy znaleźć takie, które w sposób najszybszy i przy najmniejszych szkodach przywróci możliwość kwestionowania przez zwykłego obywatela zgodności z konstytucją przepisów, na podstawie których zapadły rozstrzygnięcia w jego indywidualnych sprawach. W przeciwnym razie konstytucja dla obywateli będzie tylko zbiorem pustych praw, a nie realną tarczą. To wtedy mamy do czynienia z prawdziwym upadkiem konstytucji – gdy traci ona funkcję gwarancyjną dla jednostki, a nie wtedy, kiedy przestaje być areną gry między wielkimi aktorami sceny politycznej.
Czytaj więcej
Czy nie obawiamy się kolejnej grupy sędziów Trybunału Konstytucyjnego „ze skazą”?
No tak, co z tego, że w tym momencie obywatel może wnieść skargę konstytucyjną, skoro nawet po uzyskaniu korzystnego rozstrzygnięcia rząd nie opublikuje tego wyroku TK. Nie wiadomo zresztą, na jakiej podstawie wszystkie orzeczenia en bloc są niepublikowane, skoro przecież wiele z nich zapada w składach bez udziału sędziów dublerów.
To prawda, choć orzecznictwu TK można wiele zarzucić w ostatnim czasie, to były skargi konstytucyjne, które rozstrzygano w sposób rzetelny. Problem polega natomiast na tym, że Trybunał działa teraz bardzo powoli i skargi latami czekają na rozpatrzenie.
Konfederacja po raz kolejny zaproponowała reset konstytucyjny, czyli „wyzerowanie” składów kluczowych instytucji, takich jak TK, SN czy KRS, a następnie ich ponowne obsadzenie w drodze szerokiego porozumienia politycznego. Jak pan ocenia ten pomysł?
To mogłoby przynieść rozwiązanie, ale szanse powodzenia tego pomysłu są mało wyraźne. Zmiana konstytucji wymaga uzyskania większości 2/3 w Sejmie, więc w obecnym układzie posłowie PiS są ją w stanie zablokować. Konieczne byłoby więc uzyskanie ponadpartyjnego konsensusu o bardzo szerokim charakterze.
Niedawno minęła 29. rocznica uchwalenia konstytucji. Za chwilę miną trzy dekady, więc to wystarczający okres na ocenę, jak ten akt się sprawdził. Często można się spotkać z głosami, że kryzys praworządności, z jakim się borykamy od lat, to właśnie efekt słabości konstytucji. Czy rzeczywiście to wina ustawy zasadniczej, czy raczej politycy z różnych stron robią wszystko, żeby tę konstytucję ominąć, złamać czy nagiąć?
Konstytucję można stosować w dobrej wierze i w złej wierze. Dobra wiara polega na tym, że nawet jeżeli coś nie odpowiada moim aktualnym interesom, to jednak szanuję obowiązujące przepisy i nie podejmuję działań, które mają na celu – jak pan powiedział – jej omijanie, łamanie czy naginanie.
Natomiast stosowanie w złej wierze polega na tym, że jeśli istniejąca interpretacja czy tekst konstytucji mi nie odpowiada, to wymyślam sobie interpretację na poczekaniu, która wprawdzie ani logicznie, ani jurydycznie się nie broni, ale pozwala usprawiedliwić podejmowane działania. Obecna konfrontacja wokół ślubowania nowych sędziów TK jest bardzo typową tego egzemplifikacją.
Jeżeli na najwyższych szczeblach władzy politycznej utrwala się zasada, że stosowanie konstytucji polega na tym, że najpierw przerabia się jej treść w sposób odpowiedni do celu, który chce się osiągnąć, a potem podejmuje się działania w oparciu o taką nową, dziwaczną i nietrzymającą się standardów prawnych interpretację, to konstytucja nie jest w stanie się obronić.
To jest w końcu dokument pisany, uzupełniony orzecznictwem, którego siła trwa tak długo, jak długo istnieje konsensus co do jego respektowania i stosowania. Jeśli natomiast czyta się konstytucję wybiórczo i przestaje zauważać pewne elementy orzecznictwa, wybierając z niego tylko to, co pasuje do z góry przyjętej tezy, to nie jest to winą konstytucji.
To prawda, że tekst ustawy zasadniczej odzwierciedla sposób myślenia jej twórców, którzy, pisząc go, oczywiście w dużej mierze patrzyli wstecz. Patrzyli na okres PRL-u i mówili: „Tego nie chcemy, to się nie może powtórzyć”. Doświadczenia pierwszej połowy lat 90. spowodowały z kolei obawy przed nadmiernym rozdymaniem funkcji prezydenta. Słynne spory tzw. o falandyzację prawa itd. powodowały chęć takiego ukształtowania uprawnień, by nie koncentrować ich nadmiernie w rękach jednej osoby.
Natomiast nie bardzo wyobrażano sobie przyszłość. Wiadomo, że wraz ze zmianami kontekstu społecznego, politycznego czy gospodarczego konstytucja musi się do nich dostosowywać i dzieje się to poprzez interpretację oraz wypełnianie luk. Tam, gdzie nie ma jasnej odpowiedzi, musi ona zostać odnaleziona w konstytucji. Jednak do tego potrzebny jest mechanizm, który pozwala przesądzić, jaka interpretacja jest właściwa. I temu służą mechanizmy sądowe.
Tylko że te bezpieczniki zostały w ostatnich latach wyeliminowane.
No niestety. Ale dopóki istnieją sądy, które są w stanie w sposób niezależny, bezstronny i oderwany od politycznego „glajchszaltungu” powiedzieć, jakie jest znaczenie danej normy konstytucyjnej, dopóty konstytucja funkcjonuje. Ona się rozwija, rośnie, „puchnie” o precedensy, staje się znacznie większa i bardziej rozbudowana niż sam tekst pisany. Jednocześnie pozostaje jednolitym sposobem wskazywania tego, co jest wiążące.
Jeśli jednak sądy „giną”, bo tego najważniejszego – czyli Trybunału Konstytucyjnego – już prawie nie mamy, a z poszczególnych izb Sądu Najwyższego płynie dwugłos, to ten mechanizm się rozsypuje. Wtedy konstytucja staje się dokumentem politycznym, pozbawionym realnych gwarancji prawnych i każdy polityk może ją deptać.
Dopóki istnieją sądy, które są w stanie w sposób niezależny, bezstronny i oderwany od politycznego „glajchszaltungu” powiedzieć, jakie jest znaczenie danej normy konstytucyjnej, dopóty konstytucja funkcjonuje.
Przecież nie można wszystkiego zapisać w konstytucji. Jej autorzy nigdy nie wyobrażali sobie na przykład, że może powstać problem z przyjęciem ślubowania od sędziego TK, dlatego w ogóle tego nie uregulowali. W konstytucji znajdziemy postanowienia dotyczące przyjmowania ślubowania od premiera czy członków rządu, natomiast nie ma nic o ślubowaniu sędziów Trybunału, bo traktowano to jako oczywisty akt ceremonialny. Kiedyś robił to marszałek Sejmu. Ja sam składałem ślubowanie marszałkowi Sejmu i jakoś żyję. Dopiero w 1997 r. nowa ustawa o Trybunale Konstytucyjnym wskazała, że ma to robić prezydent.
Widzimy też, że pojawiają się kontrowersje co do tego, jak daleko mogą sięgać samodzielne działania prezydenta w sprawach polityki zagranicznej czy obronności. Konstytucja jest w tym zakresie dość lakoniczna.
Dlatego w sprawie uprawnień prezydenta w prowadzeniu polityki zagranicznej wypowiadał się już Trybunał Konstytucyjny.
I dał w swoim orzeczeniu pewne wskazówki, ale nadal istnieje kilka „białych plam”. I dopóki nie będzie w tym zakresie orzecznictwa, dopóty będą pojawiały się konflikty.
Czytaj więcej
Ponad 34 proc. ankietowanych uważa, że to Karol Nawrocki, nie przyjmując ślubowania od czworga sędziów, eskaluje konflikt wokół TK. Jednak aż 25 pr...
Jakie jeszcze białe plamy ma pan na myśli?
Choćby w kwestii obronności. Mieliśmy już konflikt pomiędzy prezydentem a ministrem obrony narodowej – nawet z jednego obozu politycznego – dotyczący nominacji generalskich. Ogromną białą plamą pozostaje także funkcjonowanie państwa w sytuacji wojennej. W konstytucji jest zapisane, że prezydent jest najwyższym zwierzchnikiem sił zbrojnych, a następnie, że w czasie pokoju sprawuje to zwierzchnictwo za pośrednictwem ministra obrony narodowej. A w czasie wojny? Wiadomo, że powołuje Naczelnego Wodza, ale jakie są relacje między nimi – to pozostaje niejasne. To pokazuje, że gdy tworzono konstytucję, nikt nie zakładał scenariusza wojny. Podobnie było z regulacjami dotyczącymi stanu klęski żywiołowej – myślano raczej o powodzi niż np. o epidemii.
Tak więc konstytucja może działać pod warunkiem, że wszystkie strony są gotowe do współdziałania. Zresztą sama ustanawia zasadę współdziałania władz.
To prawda, choć wynika to z preambuły.
To, że jest to zapisane w preambule, nie odbiera tej zasadzie znaczenia. Nie jest to bowiem jedynie deklaracja, lecz zasada prawna rozwinięta w orzecznictwie „starego” TK i traktowana jako norma prawna. Dlatego organy władzy, które działają wbrew zasadzie współdziałania, również naruszają konstytucję.
Jeżeli konstytucja jest wykorzystywana jako narzędzie legitymizowania wątpliwych działań albo jest całkowicie ignorowana, to nie ma szans się obronić. Wówczas obok rzeczywistej konstytucji zaczyna funkcjonować jej alternatywna wersja.
I wtedy – jak w platońskiej jaskini – musimy sobie odpowiedzieć na pytanie, czy konstytucja, którą widzimy, to tylko cienie na ścianie, czy też rzeczywistość, która te cienie tworzy. W obecnych realiach trudno na to pytanie odpowiedzieć.
Czytaj więcej
Spór o sędziów Trybunału Konstytucyjnego wchodzi w nową fazę, a jego konsekwencje mogą być odczuwalne dla każdego obywatela. W rozmowie z Ewą Szadk...