Idea jednej listy opozycyjnej w najbliższych wyborach parlamentarnych zdaje się mieć więcej głów niż mityczna hydra. I zamiast zajmować się dyskusją, co partie opozycyjne mogą wspólnie zaproponować wyborcom, by pokonać PiS, po raz kolejny przez media przetacza się dyskusja, kto jest winny, że nie będzie wspólnej listy opozycyjnej. Padają oskarżenia o zdradę demokratycznych ideałów, wspomaganie PiS i przedkładanie własnych ambicji ponad dobro ogółu, dobro, które dodajmy do tej pory nigdzie nie zostało zdefiniowane we wspólnym programie.

Tymczasem najprostsza odpowiedź na pytanie, kto jest winny temu, że nie będzie wspólnej listy, brzmi: ten, kto ją zaproponował. Jest ona bowiem sprzeczna nie tylko z naturą demokracji partyjnej, ale także ze zdrowym rozsądkiem i doświadczeniem. Pisałem już na tych łamach, że ideę wspólnej listy opozycyjnej wypróbował Grzegorz Schetyna w najbardziej sprzyjających okolicznościach, czyli w wyborach do europarlamentu, i je przegrał. Krytycy odpowiadali, że lista opozycyjna nie była prawdziwie wspólna, gdyż osobno wystartowała efemeryczna partyjka Wiosna Roberta Biedronia. Otóż to! Na tym właśnie polega największa słabość jednej listy opozycyjnej, że każdy, kto się wyłamie i wystartuje osobno, dostaje ponadproporcjonalną premię za nowość i spójność programową. Rozumiał to dobrze PiS, gdy wysyłał w polityczne harce niejaką Mariannę Schreiber, żonę ważnego pisowskiego ministra. Jej absurdalna partyjka Mam dość! tworzona z freak fighterką Mają Staśko ocierała się w sondażach o 2 proc. poparcia!

Czytaj więcej

Sondaż. Poparcie dla PiS znów rośnie. Prof. Dudek: Opozycja nie jest alternatywą

Skłonności samobójcze

Tymczasem, mówiąc o wspólnej liście opozycji, nikt nie zakładał wspólnego startu ani z Konfederacją, ani z Agrounią. Agrounia przy wspólnej liście tuczyłaby się sloganem, że PSL zdradził wieś, a z kolei dla młodych, dla których Tusk jest takim samym dziadersem jak Kaczyński, Konfederacja o twarzy Sławomira Mentzena jawiłaby się jako atrakcyjna alternatywa, zwłaszcza że przekaz lidera wydaje się wprost skrojony na światopogląd 16-latka.

Przy wspólnej liście rośnie także zniechęcenie wyborców wprost nielubiących lidera takiej listy albo liderów posiadających jedynkę w danym okręgu. Jako stary antykomunista prędzej bym się zastrzelił, niż zagłosował na listę, której „jedynką” w okręgu byłby Włodzimierz Czarzasty. A nie mam żadnych skłonności samobójczych.

Czytaj więcej

Mentzen wyklucza wspólny start z partią Ziobry. "Nie obawiam się Solidarnej Polski"

Wreszcie – w chwili ogłoszenia wspólnej listy jej sygnatariusze stają się podatni na rozmaite szantaże. Polityczni cynicy z obrzeży wielkiej polityki natychmiast dostrzegają szansę powiększenia swego stanu posiadania. Na wspólnej liście opozycji w wyborach do europarlamentu SLD dostało znacznie więcej jedynek, niżby to wynikało z rzeczywistego poparcia. Groźba osobnego startu sprawiła jednak, że Schetyna nie miał wyjścia – dla zachowania listy dawał to, co musiał. A musiał nadmiernie dużo.

Pałka na Hołownię

Nie inaczej byłoby i teraz. A przede wszystkim nic i nikt nie powstrzymałoby kilku ambitnych polityków przed założeniem nowej partii, która zażądałaby udziału we wspólnym torcie, grożąc osobnym startem lub wprost ogłaszających niezależny start pod hasłem „Dość już duopolu Kaczyński–Tusk”. W ten sposób Polska 2050 Szymona Hołowni, który pod tym właśnie hasłem wykręcił nadspodziewanie dobry wynik w wyborach prezydenckich, straciłaby swój największy atut na rzecz kogoś innego. Na wspólnej liście nie mógł się też znaleźć PSL, który na wsi nie tylko broni się przed ofensywą PiS-u, ale także przed nową Agrounią. I w gruncie rzeczy nie ma interesu wspólnego startu zjednoczona wreszcie jako tako Lewica, jeśli chce w przyszłości odgrywać rolę jednego z wielkich konsolidatorów sceny politycznej według tradycyjnego podziału prawo-lewo.

Czytaj więcej

Najnowszy sondaż. Rośnie poparcie dla PiS

Dlatego byłem od dawna absolutnie przekonany, że żadnej wspólnej listy nie będzie. I jestem pewien, że od równie dawna wiedzieli o tym wszyscy inni polityczni gracze. Skąd więc drama, melodrama i zarzuty o zdradę? Wspólna lista nie była przecież żadną realną alternatywą, lecz rodzajem broni, którą można uderzyć w rozpychającego się na rynku politycznym nowego gracza – bronią przeciw Polsce 2050. Szymon Hołownia konkuruje bowiem o elektorat zbyt podobny do elektoratu PO, by pozwolić mu na swobodną działalność. Zarzuty o zdradę i wściekłe ataki w social mediach różnych Lisów i Moralesów są niczym innym niż próbą wykopania muru między elektoratem PO a elektoratem Hołowni.

Szkopuł polega na tym, że opozycja, by pokonać PiS, musi przekonać Polaków, że po wyborach jest w stanie wspólnie rządzić. Wojenka między opozycyjnymi partiami jest więc czymś, o czym marzy PiS. Tymczasem zamiast wspólnej listy dużo ciekawszy byłby opozycyjny gabinet cieni wskazujący, za jakie obszary, która partia chciałaby odpowiadać. Nawet gdybyśmy mieli trzech ministrów finansów czy czterech ministrów obrony, byłoby to mniej kłopotliwe niż obecna wojenka. Ale jak konstruować plany rządzenia ze „zdrajcą” albo tym, który zdradę zarzuca?

Wspólna lista jest więc pałką, którą wymachuje najsilniejszy z opozycyjnych graczy, nie rozumiejąc, że tak naprawdę tę pałkę wkłada mu w ręce Jarosław Kaczyński.

Autor jest producentem filmowym, scenarzystą i publicystą