Podniesienie kwestii reparacji wojennych, jakie Niemcy miałyby wypłacić Polsce, może się jeszcze rządzącym odbić poważną czkawką. I nie mam tu bynajmniej na myśli konsekwencji w polityce międzynarodowej, pogorszenia i tak już w zasadzie niepogarszalnych relacji naszego rządu z Niemcami. W tej kwestii bardzo wiarygodna wydaje mi się opinia, którą podzieliła się niegdyś ze mną osoba doskonale zorientowana w relacjach polsko-niemieckich: Berlin postanowił po prostu rządy PiS-u przeczekać. Nie można ani pogorszyć, ani poprawić czegoś, co jest zahibernowane.

Jeżeli drobiazgowe wyliczenie kosztów i strat, jakie Polska poniosła podczas II wojny światowej, jest realnym zagrożeniem dla jakiegoś „odcinka”, to nie tego międzynarodowego, ale dla polityki historycznej. Oto bowiem po raz pierwszy na taką skalę i z takim społecznym rezonansem pojawił się w debacie publicznej wojenny bilans udziału Polski w ostatnim światowym konflikcie. I tak jak raz na kilka lat, zazwyczaj w okolicach 9 maja, odbywa się rytualna dyskusja na temat: „czy Polska aby przypadkiem nie przegrała drugiej wojny”, tak samo twarde i bezduszne wyliczenie faktów, które pojawia się w raporcie o stratach wojennych poniesionych przez Polskę, de facto tę dyskusję zamyka. Nie chodzi nawet o samą niewyobrażalną sumę ponad 6 bilionów złotych, ale przede wszystkim o zapaść demograficzną. Jak wyliczyli autorzy raportu, gdyby nie było wojny, liczba mieszkańców Polski byłaby w 1950 roku wyższa o ponad 13 milionów.

Wszystkie zebrane w raporcie liczby i szacunki były dotychczas używane raczej przez historycznych rewizjonistów podważających narrację o bezalternatywnej sytuacji Polski, o strategii przyjętej od wakacji 1939 roku jako jedynej sensownej i możliwej polityce, jaką nasz kraj mógł wówczas prowadzić. W zderzeniu z wyliczoną precyzyjnie skalą strat, które w wyniku tej polityki ponieśliśmy, trudno nie zadać sobie pytania: czy naprawdę nie było innego wyjścia? Czy ofiara, jaką ponieśliśmy, musiała być aż tak niebotyczna? Udzielenie na nie twierdzącej odpowiedzi oznaczałoby zgodę na okrutny dziejowy fatalizm. Ale nawet jeśli, pytanie to warto sobie stawiać. W polityce bowiem rzadko bywają sytuacje bez absolutnie żadnych alternatyw. O czym zawsze, a zwłaszcza w obecnych czasach, warto pamiętać.