Równo rok temu, 1 lutego 2021 r., w nowej stolicy Naypyidaw, siedzibie królów, miał się zebrać Hluttaw, czyli birmański parlament wybrany w wyborach z listopada 2020 r. Ponownie zdecydowanie wygrała je noblistka Aung San Suu Kyi (ASSK) i jej Narodowa Liga na rzecz Demokracji (NLD). Zamiast tego na ulicach pojawiły się czołgi i samochody opancerzone, co nawet mogliśmy oglądać w internecie, bo ciężkie wozy toczyły się w tle za energiczną Birmanką prowadzącą akurat przed kamerą lekcję aerobiku. Po dziesięciu latach odwilży i licencjonowanej demokracji, polegającej na oddzieleniu cywilnej administracji od resortów siłowych, doszło do kolejnego wojskowego puczu. Przeprowadził go szef armii całego tego okresu gen. Min Aung Hlaing, który stanął na czele nowej junty.

Karma dla psa

Uderzono mocno, aresztując wszystkich parlamentarzystów (poza wojskowymi, mającymi jedną czwartą wszystkich foteli) oraz całą czołówkę partii z ASSK i prezydentem z jej nadania Win Myintem na czele. Potem większość z nich wypuszczono, ale nie tę ostatnią dwójkę, której urządzono proces. Miał się zakończyć już w lipcu ubiegłego roku, ale trwa do dziś, a oskarżeni siedzą w aresztach, nawet do końca nie wiadomo gdzie (tyle że w Naypyidaw).

Bogdan Góralczyk

Autor jest profesorem politologii, sinologiem, dyrektorem Centrum Europejskiego na UW. Był ambasadorem w Związku Mjanmy w latach 2004–2008. Autor książki „Złota ziemia roni łzy. Esej birmański” (2021)

Dopiero w grudniu wydano pierwszy wyrok na ASSK, skazując ją na cztery lata więzienia za rzekome nieprzestrzeganie wymogów sanitarnych podczas pandemii, choć szef junty niemal natychmiast obniżył karę do dwóch lat. Drugi wyrok zapadł w początkach stycznia – znów ją skazano na cztery lata, tym razem za posiadanie walkie-talkie i nielegalnego sprzętu elektronicznego, co wobec osoby faktycznie rządzącej państwem przez poprzednie pięć lat jest zarzutem jeszcze bardziej absurdalnym niż poprzedni.

Na tym nie koniec, bo noblistkę czekają kolejne zarzuty, za które – jak policzono – można ją będzie skazać łącznie na ponad 100 lat (ona sama liczy ich 76). Przy czym dostęp do uwięzionych jest całkowicie niemożliwy, a o powadze sytuacji niech świadczy fakt, że raz – poprzez swoich prawników (potem i to stało się niemożliwe) – ASSK zaapelowała o większe racje żywnościowe dla uwięzionych współtowarzyszy, a nawet siedzącego wraz z nią ulubionego psa Taichito, podarowanego jej kiedyś przez syna.

Na dramat polityków nakłada się dramat społeczeństwa, które w pierwszej chwili przyjęło zamach ze zdumieniem i niemą ciszą, ale po kilku tygodniach przeszło do czynnego oporu – walk ulicznych oraz masowych demonstracji. Chociaż od początku brutalnie je tłumiono, wiadomości o kolejnych aktach przemocy, tak ze strony armii pacyfikującej wsie i większe miejscowości, jak też zbuntowanego społeczeństwa, napływają do dziś. Szacunki mówią, że liczba ofiar śmiertelnych przekroczyła 1600, natomiast aresztowanych i więzionych jest ponad 10 tys. Ile dokładnie, nikt nie wie, bowiem – ku zdumieniu generałów – trwający od drugiej połowy lutego ubiegłego roku ruch obywatelskiego nieposłuszeństwa wobec władz nadal jest aktywny. To bodaj największa zasługa, ale też tragedia poprzedniej dekady politycznej odwilży.

Czytaj więcej

Mjanma: Aung San Suu Kyi skazana na więzienie za posiadanie walkie-talkie

Czemu z nią skończono? Oczywiście, jesteśmy skazani na domysły, bowiem szef junty i 11 jej członków milczą. Możemy jednak spekulować, będąc na granicy pewności, że po wyborach w listopadzie 2020 r. ASSK nie chciała iść na kolejne ustępstwa i zakulisowe układy, jak po wygranej przed pięciu laty, co wówczas pozwoliło jej rządzić. Zagrała va banque, chcąc mieć więcej władzy, ale wojskowi szybko przypomnieli jej, gdzie tak naprawdę tkwi siła i moc. A do tego dochodziły jeszcze osobiste animozje generalicji z ASSK i jej najbliższym otoczeniem, chociaż ona sama, sprawując władzę, starała się armii, zwanej Tatmadaw, nie wchodzić w drogę.

Wojna domowa

Nawet więcej, ASSK poparła Tatmadaw, założoną niegdyś przez jej ojca, i broniła jej przed międzynarodowym trybunałem w Hadze, chcąc mieć większe poparcie społeczne. Utrzymała je, co potwierdziły wyniki wyborów, ale zaufania armii nie zdobyła. Ta natomiast dokonała czystki etnicznej muzułmańskiego ludu Rohingya, żyjącego na pograniczu z Bangladeszem, a od 2017 r. w wielkim obozie dla uchodźców Kutapalong, gdzie mieści się ok. 800 tys. osób. To ten dramat zaprowadził ASSK do Hagi, co jednak nie pomogło, bowiem armia do dziś dokonuje podobnie brutalnych pacyfikacji na innych obszarach.

Autopromocja
Subskrybuj nielimitowany dostęp do wiedzy

Unikalna oferta

Tylko 5,90 zł/miesiąc


WYBIERAM

Związek Mjanmy jest bowiem istną językową wieżą Babel i narodową mozaiką. Od wojskowego zamachu co najmniej cztery krainy, Qin na pograniczu z Bangladeszem i Indiami, Kachin z Chinami oraz Shan i Karen z Tajlandią, znów znajdują się w ogniu. Kraj ten dzierży jeden z rekordów świata, wątpliwej konduity: najdłuższej wojny partyzanckiej na globie – od jej wyjścia spod brytyjskiej kolonizacji w 1948 r. aż do odwilży z 2011 r.

Teraz na scenę powróciły etniczne armie – i walczą, obok wspomnianego społeczeństwa obywatelskiego, na terenie samej etnicznej Birmy. Efektem jest też kolejna fala uchodźców, czy to w kierunku Indii, czy Tajlandii, a końca tych walk nie widać na horyzoncie. Natomiast Tatmadaw odpowiada wszędzie siłą – i zaopatruje się w nową broń, przede wszystkim z Rosji. Min Aung Hlaing nawet w czerwcu ubiegłego roku udał się do Moskwy, a tam m.in. na jednej z wojskowych uczelni nadano mu honorową profesurę, bowiem – jak wszystko na to wskazuje – junta dobrze płaci za dostawy.

Federacja Rosyjska jako jedyna otwarcie juntę wspiera, natomiast mające tam rozległe interesy Chiny dbają jedynie o nie. Kiedy w pewnym momencie zapłonęły sklepy i przedsiębiorstwa należące do Chińczyków z pochodzenia (i z ich współudziałem czy współwłasnością), natychmiast do Naypyidaw udał się szef chińskiej dyplomacji Wang Yi i tam domagał się – skutecznie – obrony chińskich interesów, w tym bezpieczeństwa dla rurociągów z ropą i gazem, poprowadzonych w poprzek Mjanmy z Zatoki Bengalskiej do prowincji Yunnan.

Związek Mjanmy od lipca 1997 r. jest członkiem Stowarzyszenia Narodów Azji Południowo-Wschodniej (ASEAN). Ten natomiast tradycyjnie trzyma się zasady nieingerencji w sprawy wewnętrzne swych państw członkowskich. Owszem, obecna brutalność junty wzbudziła pewne niepokoje, szczególnie na terenie Indonezji, Malezji, Singapuru i Filipin, ale inni członkowie tego ugrupowania, począwszy od sąsiedniej Tajlandii, mają na ten temat inne zdanie – i pełnego ostracyzmu nie stosują.

Obojętność

Stowarzyszenie to na szczycie w Dżakarcie 24 kwietnia 2021 r., wtedy z udziałem Min Aung Hlainga, wypracowało pięciopunktowy konsensus w sprawie Mjanmy, domagając się zaprzestania walk i aktów przemocy, nawiązania prawdziwego dialogu oraz pragnąc skierować tam własnego wysłannika. Ponieważ dosłownie nic z tymi postulatami nie zrobiono, na listopadowy szczyt ASEAN szefa junty już nie zaproszono.

Ku zdumieniu generałów ruch obywatelskiego nieposłuszeństwa wobec władz nadal jest aktywny

Natomiast w początkach stycznia do Mjanmy trafił długoletni władca Kambodży Hun Sen, bo to jego kraj od początku tego roku przejął przewodnictwo w ugrupowaniu. Był tam pompatycznie przyjmowany niczym „brat”, bo teraz Mjanma jest praktycznie całkowicie zamknięta i izolowana, ale po powrocie do Phnom Penh powtórzył żądania zawarte w poprzednim konsensusie. Tyle że już wiemy, iż wojskowi nic sobie z tego nie robią, bowiem za słowami i deklaracjami nie idą żadne sankcje gospodarcze i handlowe.

Te, owszem, ponownie zastosował Zachód, ale to nie on jest najbardziej intratnym partnerem tego państwa. ONZ natomiast ponownie okazał się być Organizacją Narodów Zagubionych, bo – jak się okazuje – i w takich dramatycznych sytuacjach jest bezzębny. Żadne rezolucje czy werbalne deklaracje nie są w Naypyidaw poważnie branie pod uwagę. Tam liczy się naga siła, przemoc, a nawet nie tak rzadko stosowany terror.

Czy jest jakieś okienko nadziei? Na razie takiego nie widać. Min Aung Hlaing, który miał początkowo rządzić przez rok, już naturalnie sobie kadencję przedłużył – bezterminowo. Spodziewanych, przynajmniej w początkowej fazie wydarzeń, pęknięć czy głębokich podziałów w Tatmadaw nie dostrzeżono. Generałowie i ich podwładni doskonale wiedzą, że są uprzywilejowanym państwem w państwie i że są głęboko znienawidzeni. Pęknięcie w ich szeregach oznaczałoby koniec. Dlatego żadnych rys tam nie widać.

Trudno też mieć nadzieję na dalszą polityczną przyszłość Aung San Suu Kyi. Generałowie jej, brylującej po światowych salonach i znanej na całym świecie, w przeciwieństwie do nich, szczerze nienawidzą. Nie usuną jej fizycznie, bowiem jest córką ojca państwowości gen. Aung Sana. Zrobią natomiast wszystko, jak wiele na to wskazuje, by jej powrót na polityczną scenę nie był już możliwy. Przy obojętności lub milczeniu zewnętrznego świata.