Mirosław Drzewiecki nie został przesłuchany w piątek. Stanie przed komisją za kilka dni. To jedyny zysk zwolenników odwleczenia zeznań byłego ministra sportu. Jednak by osiągnąć tak mizerny cel, posłowie Platformy Obywatelskiej przegrali wiele innych, znacznie ważniejszych dla nich spraw.
Po pierwsze – porażka wizerunkowa. Piątkowa awantura o przesłuchanie Drzewieckiego była swoistym przypomnieniem wojny o wykluczenie z komisji Zbigniewa Wassermanna i Beaty Kempy. Na mniejszą skalę, ale za pomocą podobnych formalnych trików i przegłosowywania opozycyjnej mniejszości. I przy kunktatorskim zachowaniu przedstawiciela koalicyjnego PSL, który w najbardziej drażliwych momentach wstrzymywał się od głosu. Co zgodnie z ustawą o komisji śledczej znaczy tyle, że trzyosobowa reprezentacja PO głosem przewodniczącego Mirosława Sekuły zawsze przeważy nad trójką posłów opozycji.