Rz: Prezydent Łukaszenko nie wpuścił do parlamentu ani jednego opozycjonisty, a mimo to się domaga, by Unia zniosła nałożone na jego kraj sankcje. Jak traktować tego typu wypowiedzi?

Robert Tyszkiewicz:

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że ten człowiek stracił kontakt z rzeczywistością. Wydaje mu się, że wystarczy, aby podczas wyborów nikogo nie pobito ani nie aresztowano, i już Unia powinna mu za to zapłacić. Może jednak Łukaszenko prowadzi jakąś grę. Jeżeli tak – to tym razem przelicytował. Wydawało mu się, że Zachodowi tak zależy na porozumieniu z Białorusią, że może postawić go pod ścianą i dyktować swoje warunki.

Tak nie jest?

Nie. Nie wyobrażam sobie teraz konstruktywnego dialogu pomiędzy Unią a Białorusią. Aby ponownie rozpocząć rozmowy o rozpoczęciu rozmów – bo na takim etapie byliśmy – Europa musi widzieć, że Białoruś jest wiarygodnym partnerem. Tymczasem w trakcie tych wyborów Mińsk się skompromitował. Zresztą można się było tego spodziewać. Jeszcze przed głosowaniem Łukaszenko rozmawiał z Javierem Solaną i powiedział mu, że Zachód powinien uznać jego „demokratyczną dyktaturę”. Gdy o tym usłyszałem, zdałem sobie sprawę, że mówiąc o tym samym, mamy na myśli coś zupełnie innego. Teraz, żeby Europa chciała podjąć rozmowy, Łukaszenko musiałby wykonać jakiś znaczący gest – na przykład rozpocząć prawdziwy dialog z opozycją.

Mówi pan, że Łukaszenko przelicytował. Tymczasem on triumfuje.

Myślę, że w tej rozgrywce jednak poniósł porażkę. Jakiekolwiek porozumienie z Unią dałoby mu przecież doskonałą kartę przetargową w rozmowach z Rosją. Pozwoliłoby na uzyskanie w przyszłości unijnej pomocy i wykorzystanie pozycji państwa tranzytowego między Wschodem a Zachodem. Jego kraj stałby się bardziej samodzielny. Czyli najbardziej zyskała Rosja. Czy ten kraj starał się wpływać na przebieg wyborów na Białorusi?

W polityce istnieje zasada, żeby sprawdzić, kto z danego działania odniósł największą korzyść. Na Białorusi Rosjanie mają wielkie wpływy. Gospodarcze i wojskowe. Obecne są tam także rosyjskie służby specjalne. Można więc z dużym prawdopodobieństwem stwierdzić, że rosyjskie lobby się uaktywniło. Nie wykluczam też jednak, że Łukaszenko, rezygnując z oferty Zachodu, chciał dać jasny sygnał najbardziej twardogłowej części swojego obozu władzy: niczym się nie martwcie, kontroluję sytuację, nic się nie zmieni. Może białoruski prezydent się obawiał, że jak raz pójdzie na ustępstwa, to kolejnych zmian nie da się powstrzymać.