Jeszcze w połowie ubiegłego tygodnia Donald Tusk deklarował w Sejmie, że „nie podziela wiary czy entuzjazmu tych, którzy sądzą, że interwencja w Syrii przyniesie właściwe efekty czy skutki”. Ale już w niedzielę, w trakcie wystąpienia na Westerplatte przy okazji rocznicy wybuchu II wojny światowej, zapewniał, że „interwencja USA w Syrii to reakcja zrozumiała i potrzebna, oby skuteczna”.
Owszem, sprawa Syrii w wielu krajach jest kontrowersyjna. We Francji większość opinii publicznej jest przeciwna wojennym planom prezydenta François Hollande, w Wielkiej Brytanii parlament wręcz zablokował zamiary premiera Davida Camerona, a w Niemczech socjaldemokratyczna opozycja ma nadzieję, że poparcie dla amerykańskiej interwencji może pokrzyżować plany kanclerz Angeli Merkel w nadchodzących wyborach do Bundestagu. Nigdzie jednak nie zdarzyło się, aby sam rząd miotał się od ściany do ściany w tej sprawie. Raz interwencji się sprzeciwiał, a zaraz potem ją jednak popierał.