Eksperci apelują do szefów resortów zdrowia i infrastruktury. Chcą, przynajmniej czasowo, obniżyć prędkość w związku z zagrożeniem, jakie niesie z sobą rozprzestrzenianie się pandemii koronawirusa. W specjalnym wniosku do obu ministrów proponują: na autostradzie – 120 km/h; na dwujezdniowej drodze ekspresowej – 110 km/h; na jednojezdniowej drodze ekspresowej oraz na drodze dwujezdniowej co najmniej o dwóch pasach przeznaczonych dla każdego kierunku ruchu – 90 km/h.; na pozostałych drogach poza obszarem zabudowanym – 80 km/h, a w terenie zabudowanym 50 km/h – bez względu na porę. Powód? Mniejszy ruch, mniej drobnych kolizji, ale więcej ciężkich wypadków drogowych.

– Rzeczywista redukcja prędkości jest skutecznym środkiem ograniczenia liczby ofiar wypadków drogowych – tłumaczy dr Jeremi Rychlewski z Zakładu Budowy Mostów i Dróg Kolejowych Politechniki Poznańskiej, jeden z autorów podpisanych pod wnioskiem. Dodaje, że obok nowych limitów ważna jest egzekucja przepisów.

Co takie ograniczenie ma przynieść? – Zmniejszenie rzeczywistej prędkości średniej o 1 km/h powoduje redukcję liczby ofiar wypadków o 3–5 proc. – twierdzą eksperci. I podają, że np. obniżając limit o 10 km/h, można oczekiwać zmniejszenia średniej prędkości o ok. 2,5 km/h, ale nawet przy takiej reakcji kierowców na odcinkach ze zmianą limitu prędkości spodziewana jest redukcja liczby ofiar wypadków, w zdecydowanej większości wymagających długiej hospitalizacji, o ok. 10 proc.

Czytaj też:

Drogi puste, kierowcy wciskają gaz

Będą wysokie mandaty za bezzasadne podróże

Dopuszczalna prędkość na autostradach nie powinna być większa niż 120 km/h. Taka prędkość to granica sprawnego uczestniczenia w ruchu „przeciętnego człowieka" – przekonują ministrów naukowcy. Apelują też do sądów, by te uznawały przekraczanie dopuszczalnej prędkości w czasach zarazy za działanie o wysokim stopniu społecznej szkodliwości społecznej i karały w górnej granicy zagrożenia.

Co na to kierowcy?

– Radości nie widać, ale specjalnego zmartwienia także nie – mówi Andrzej Łukasik z Polskiego Towarzystwa Kierowców. Jego zdaniem ograniczenia powinny być adekwatne do warunków na drogach i czytelne dla kierowców.

– Przede wszystkich znaków powinno być mniej. Jeżdżąc po Polsce, kierowcy często wpadają w pułapki, kiedy na odcinku od 300 do 500 m ustawione są trzy znaki dotyczące różnej dopuszczalnej prędkości.