Rz: Dlaczego zdecydował się pan na samotną walkę o mandat senatora?

Włodzimierz Cimoszewicz: To był mój osobisty sprzeciw, obywatela Włodzimierza Cimoszewicza, przeciwko temu, co się w Polsce działo. Bardzo krytycznie oceniam dwa lata rządów Prawa i Sprawiedliwości. Uważam, że ta partia wyrządziła naszemu społeczeństwu wiele szkody. Chciałem przyłożyć rękę do odsunięcia PiS od władzy. A ponieważ wiedziałem, że moje województwo, dawne białostockie, jest bardzo konserwatywno-prawicowe, a tym samym popierające PiS, postanowiłem odebrać tej formacji choć jeden mandat.

Włodzimierz Cimoszewicz był już premierem, szefem MSZ, ministrem sprawiedliwości i marszałkiem Sejmu

Ale należy pan do SLD?

Tak i nie będę z SLD występował, bo nie mam specjalnego powodu. Ale czasy, kiedy tolerowałem jakiekolwiek kierownictwo, już minęły. Może moje podejście jest nieco anarchistyczne, ale ja nie potrzebuję, żeby ktoś mi mówił, co jest słuszne, a co nie.

Co pan będzie robił w Senacie sam jeden między PiS a PO? Nie przepada pan ani za jedną, ani za drugą formacją.

Jestem prawnikiem i mam swój dorobek polityczny. Mogę się przydać w procesie legislacyjnym. Ale oczywiście moja pozycja będzie zależała od sytuacji w parlamencie. Jeżeli dojdzie do brutalnej konfrontacji politycznej między PiS i PO, to rzeczywiście moja rola będzie bardzo ograniczona. Wówczas znajdę się między dwoma grupami, do których nie będą trafiały racjonalne argumenty. Ale w Senacie Platforma ma ogromną przewagę nad PiS – 21 głosów. Nie musi się więc tak bardzo mobilizować. To stwarza szansę na racjonalne debaty. A jeżeli nie, to moja satysfakcja będzie ograniczona wyłącznie do faktu, że zabrałem PiS jeden mandat.

To niewiele. Może chce pan wrócić do działalności w partii?

Nie mam takich planów. Zrealizowałem swoje zadanie wyborcze. W tej chwili chcę przyzwoicie wypełniać swoje obowiązki.

Autopromocja
LOGISTYKA.RP.PL

Branża, która napędza polską gospodarkę

CZYTAJ WIĘCEJ

Nie widzi pan dla siebie roli do odegrania w koalicji LiD?

Na razie nie. Uważam jednak, że mimo porażki wyborczej tej formacji powołanie LiD było słuszne, tylko że spóźnione o 14 lat. Szansa powodzenia tej inicjatywy była największa w 1993 roku. Niestety, wówczas Unia Demokratyczna nie chciała rozmawiać z Sojuszem Lewicy Demokratycznej o wspólnym rządzie. Ta decyzja utrwaliła podział sceny politycznej wedle biografii, a nie wedle programów.Koalicja LiD, która formalnie powstała w 2006 r., nie wypracowała spójnego wizerunku i nie zdołała przekonać wyborców, że mają do czynienia z nowym, poważnym projektem politycznym. Bardziej wyglądało to na pomysł taktyczny, jak wspólnie znaleźć się w parlamencie. Nawet nazwa Lewica i Demokraci bardziej podkreśla różnice niż wspólne elementy tej formacji. A wyborcy przede wszystkim chcieli odsunąć PiS od władzy i dlatego zagłosowali na Platformę.

Czy pana zdaniem ta koalicja przetrwa próbę czasu?

Okres po porażce wyborczej jest bez wątpienia trudny. Ale jeżeli LiD nie przetrwa, to politycy, którzy ją stworzyli, potwierdzą ocenę, że powołanie tej koalicji miało charakter wyłącznie taktyczny. Lewicy i Demokratom przede wszystkim potrzeba chyba przywódcy.W ogóle o tym nie myślę. Działalność partyjna nigdy mnie nie pociągała. W moim przekonaniu zajmowanie się sprawami publicznymi jest tysiąc razy ciekawsze niż zdobywanie popularności wewnątrz partii. Zresztą centrolewica musi się nastawić na ciężką pracę u podstaw. Przez ostatnie dwa lata tej pracy nie było. Wybory w dzisiejszych czasach wygrywa się dzięki mediom i pieniądzom. Ale budowanie trwałego zaufania społecznego wymaga tysięcy spotkań z ludźmi. Na początku lat 90. 60 posłów SLD odbyło przez dwa lata 20 tys. spotkań z ludźmi. A odnoszę wrażenie, że w ostatniej kadencji Sejmu posłów lewicy bardziej interesowało śniadanie z Radiem Zet niż odbycie 20 spotkań w małych miasteczkach.

Pan też się nie pali do pracy partyjnej.

To prawda, jestem gotów z pozycji doświadczonego kolegi brać udział w debacie na temat LiD. Ale nie mam najmniejszej ochoty na organizowanie struktur i inne tego typu sprawy.

Czy według pana Sojusz Lewicy Demokratycznej ma szansę przetrwać na scenie politycznej, czy to jest koniec tej formacji?

Trudno to dzisiaj przewidzieć. Ale jedno jest pewne. Trzeba się zdobyć na autentyczną analizę wyniku wyborczego, bo powtórzenie wyniku sprzed dwóch lat to dzwonek alarmowy. Przecież chyba nikogo nie interesuje działalność w partii niszowej, która nie ma na nic wpływu. W moim przekonaniu to jest mało ambitna rola. Tak czy inaczej zachęcałbym polityków lewicy do inwestowania w LiD. Ta koalicja ma jeden atut, może się okazać niezbędnym sojusznikiem dla partii rządzących, gdyby prezydent Lech Kaczyński chciał walczyć z Platformą Obywatelską, wetując rządowe ustawy. Wtedy koalicja Lewicy i Demokratów może zacząć odgrywać istotną rolę na scenie politycznej. Przy czym przestrzegałbym przed targowaniem się o zapłatę lub odrzuceniem weta za każdym razem. Przede wszystkim trzeba być pryncypialnym.