Z tego artykułu dowiesz się:

  • Dlaczego koalicja rządząca, mimo obietnic likwidacji, powiększa liczbę państwowych instytutów.
  • Jakie kontrowersje finansowe towarzyszyły działalności agencji powołanych przez poprzedni rząd.
  • Czym mają się zajmować i jakie budżety otrzymają nowe jednostki tworzone przez obecną władzę.
  • Jakie są polityczne kulisy powstawania kolejnych instytucji i trudności w realizacji wyborczych obietnic.

– Złożymy projekt ustawy o powołaniu Instytutu Ignacego Daszyńskiego. Choć nie chcę jeszcze deklarować, w jakim terminie, bo będzie to przedmiotem rozważań klubu – mówi rzecznik Nowej Lewicy Łukasz Michnik.

Czytaj więcej

Daszyński, Dmowski, Paderewski, Piłsudski. Jak II RP rozczarowała ojców niepodległości

Potwierdza ustalenia „Rzeczpospolitej”, że liczba instytutów podległych rządowi znowu się powiększy, bo zaledwie rok temu Sejm powołał Instytut im. Wincentego Witosa. Problem w tym, że liczba takich jednostek miała być mocno zredukowana. Tak wynikało z wypowiedzi polityków obecnej koalicji rządowej przed wyborami w 2023 r.

Licznie powoływane przez PiS instytuty były solą w oku ówczesnej opozycji

To właśnie bowiem za rządów PiS masowo tworzono najróżniejsze nowe jednostki: instytuty, agencje i fundusze. W 2023 r., w odpowiedzi na serię interpelacji posłanki KO Izabeli Leszczyny, resort finansów informował, że w sumie powstało aż 48 takich podmiotów, a konkretnie: dziewięć nowych jednostek budżetowych, trzy państwowe instytucje kultury, dwie agencje wykonawcze, 17 funduszy celowych, 15 państwowych osób prawnych i dwie instytucje gospodarki finansowej.

Czytaj więcej

Program Instytut Plus. PiS powołało 45 nowych podmiotów

W sumie nowych jednostek ze słowem „instytut” w nazwie – jak wynika z informacji Ministerstwa Finansów – powstało aż 14, a konkretnie: Instytut Ekspertyz Ekonomicznych i Finansowych w Łodzi, Instytut De Republica, Narodowy Instytut Kultury i Dziedzictwa Wsi, Instytut Dziedzictwa Myśli Narodowej, Narodowy Instytut Wolności-Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego, Instytut Zachodni im. Zygmunta Wojciechowskiego, Instytut Europy Środkowej, Instytut Współpracy Polsko‑Węgierskiej im. Wacława Felczaka, Polski Instytut Ekonomiczny, Krajowy Instytut Mediów, Instytut Strat Wojennych im. Jana Karskiego, Instytut Pokolenia, Instytut Rozwoju Języka Polskiego im. świętego Maksymiliana Marii Kolbego i Instytut Ekspertyz Medycznych w Łodzi. Z niejasnych względów na liście Ministerstwa Finansów brakowało Instytutu Solidarności i Męstwa im. Witolda Pileckiego, co oznacza, że łącznie instytutów powołanych za rządów PiS było 15.

I szybko zaczęły narastać wokół nich kontrowersje. Np. w 2021 r. OKO.press ujawnił, że Instytut De Republica – którego łacińska nazwa nawiązuje do traktatu Cycerona – wydał setki tysięcy złotych na gadżety promocyjne, w tym jedwabne szale i jedwabne poszetki, samochody oraz wynajem biura w prestiżowej lokalizacji w Warszawie. Później nieprawidłowości potwierdziła NIK, kwestionując m.in. zakup gadżetów z logo instytutu, usług makijażu i sprzętu fotograficznego za łącznie 876 tys. zł. W 2024 r. „Rzeczpospolita” ujawniła, że jeszcze za rządów PiS nieprawidłowości w instytucie potwierdziła nawet Kancelaria Prezesa Rady Ministrów, podległa Mateuszowi Morawieckiemu, m.in. kwestionując wydatek 36 tys. zł na czterostronicowy dokument.

876,2 tys. zł

kosztowały kubki, długopisy, torby, czekoladki, miody, pierniki i leżaki, a także opakowania prezentowe, sprzęt fotograficzny, usługi makijażu i ozdoby choinkowe, których zakup przez Instytyt De Republica zakwestionowała NIK

O Bizancjum w rządowych instytutach w czasach PiS może świadczyć fakt, że kontrola kancelarii premiera Morawieckiego wykazała też nieprawidłowości w innej jednostce: Instytucie Współpracy Polsko‑Węgierskiej im. Wacława Felczaka. Jak ujawniliśmy w „Rzeczpospolitej”, kontrolerzy zakwestionowali m.in. wypłacanie dodatków dla pracowników, najem neoklasycystycznej willi na Mokotowie, zakup porcelany z Ćmielowa i wykonanie na zamówienie kutych wieszaków.

Ogromne kontrowersje wiązały się też z działalnością Instytutu Dziedzictwa Myśli Narodowej im. Romana Dmowskiego i Ignacego Jana Paderewskiego. W 2024 r. Wirtualna Polska napisała, że instytut za 300 tys. zł sprowadził ze Szwajcarii „fortepian Paderewskiego”, który z rzeczywistym instrumentem pianisty nie miał nic wspólnego. Zaś w lipcu Wirtualna Polska ujawniła wyniki audytu Krajowej Administracji Skarbowej, z którego wynika, że nieprawidłowościami obarczonych było aż 94 proc. wydatków publicznych instytutu.

Likwidacja instytutów idzie słabo, za to koalicja powołuje nowe

Za czasów PiS często zarzucano instytutom, że są przechowalnią dla partyjnych kolegów – np. dyrektorem Instytutu De Republica był Andrzej Przyłębski, mąż szefowej Trybunału Konstytucyjnego Julii Przyłębskiej. Ówczesna opozycja odgrażała się, że po przejęciu władzy będzie masowo je likwidować. – Mimo wzniosłych haseł realizowały jeden cel: były przepompownią środków i przechowalnią dla nienażartych PiS‑owskich gąb. Wprost dublują też zadania innych instytucji takich jak PAN czy IPN! – grzmiał wówczas europoseł KO Michał Szczerba.

Czytaj więcej

Przyłębskiej może grozić do 10 lat więzienia. Jest zawiadomienie do prokuratury

– Nawet jeśli część z nich robi coś pożytecznego, można odnieść wrażenie, że większość powstała, by wspierać kolejne podmioty powołane w celu konsumowania publicznych pieniędzy – komentowała Izabela Leszczyna.

A na liście „100 konkretów na 100 dni rządu” autorstwa Koalicji Obywatelskiej zapisano wprost: „zlikwidujemy Narodowy Instytut Wolności, Fundusz Patriotyczny, Instytut De Republica i 14 innych powołanych przez PiS agencji i instytutów, które są przechowalnią pisowskich aparatczyków”.

Z realizacją tej obietnicy idzie słabo. Na liście „100 konkretów” KO przyznaje, że udało się zlikwidować tylko dwa instytuty: Pokolenia oraz De Republica. Ponadto zlikwidowano Krajowy Instytut Mediów, jednak trudno uznać to za zasługę rządu, bo podlegał Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji, którą wybrano jeszcze za rządów PiS.

Dlaczego redukcja idzie tak słabo? Politycy KO najczęściej tłumaczą, że w większości przypadków do likwidacji potrzebna jest ustawa, a więc również podpis prezydenta, który wywodzi się z przeciwnego obozu politycznego. Problem w tym, że po drodze koalicja utworzyła nowy instytut – właśnie Wincentego Witosa.

Jego powołanie zapowiedział w Święto Wojska Polskiego 2024 r. szef MON i prezes PSL Władysław Kosiniak‑Kamysz. Uzasadniał, że celem jest „upamiętnienie tradycji nie tylko Bitwy Warszawskiej, ale całej roli premiera naszej wolności w odzyskiwaniu i umacnianiu niepodległości”.

Nie byłoby PSL bez Wincentego Witosa i nie byłoby wolnej Polski bez Witosa

prezes PSL Władysław Kosiniak-Kamysz, zapowiadając utworzenie instytutu

Projekt wniesiony w 2024 r. długo przeleżał w zamrażarce, a wątpliwości miało co do niego sejmowe Biuro Ekspertyz i Oceny Skutków Regulacji. Eksperci wskazywali m.in., że Instytut Witosa – z uwagi na przedmiot swoich działań – nie powinien podlegać pod Ministerstwo Rolnictwa, w którym rządzi PSL, lecz pod resort kultury. Mimo to w 2025 r. Sejm ostatecznie przyjął ustawę w sprawie instytutu, co – jak pisaliśmy w „Rzeczpospolitej” – było prawdopodobnie elementem jakiegoś większego układu między premierem Donaldem Tuskiem a Władysławem Kosiniakiem‑Kamyszem.

W ustawie zapisano, że na rozruch instytutu ma iść 10 mln zł, a następnie ma być dotowany z budżetu kwotą od 4 do 5 mln zł rocznie. Dyrektorem instytutu jest teolog i biblista prof. Piotr Kosiak. Instytut ma siedzibę na warszawskim Powiślu, a – jak wynika z jego strony internetowej – obecnie prowadzi m.in. „ogólnopolski konkurs wiedzy o ruchu ludowym ze szczególnym uwzględnieniem roli Wincentego Witosa”. Szkoły mają czas na zgłoszenie do 15 września, a „wielki finał w Warszawie” zaplanowano na 10 grudnia.

Lewica uważa, że Daszyński zasługuje na własny instytut jak mało kto

Czy Lewica chce powołania Instytutu Daszyńskiego, bo pozazdrościła ludowcom? Formalnie plan powiązany jest z obchodzonym obecnie rokiem Ignacego Daszyńskiego. – Planujemy, jako Nowa Lewica, zgłosić projekt ustawy, wydaje mi się, że procedowanie tej ustawy ze względu na marszałka Sejmu nie będzie wielkim problemem, powołania Instytutu Ignacego Daszyńskiego. Jeżeli tak się zdarzy, to uważam, że będzie to największy hołd, największa pamiątka, którą socjaliści, jednemu z ojców założycieli naszego kraju, Polski niepodległej, możemy oddać. Tym bardziej, że byłaby ona trwała – mówił w maju marszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty z Nowej Lewicy, opowiadając o różnych inicjatywach związanych z rokiem Daszyńskiego. – Projekt ustawy już jest gotowy, będziemy go wnosili we wrześniu, prosząc jednocześnie swoich koalicjantów o wsparcie – dodał.

Czytaj więcej

Estera Flieger: Więcej instytutów, Polska wytrzyma

Co konkretnie znajdzie się w projekcie? Czy instytut będzie podlegał któremuś z ministerstw kierowanych przez Lewicę i finansowany z budżetu analogicznie do Instytutu Witosa? Na te pytania nie odpowiada rzecznik Nowej Lewicy Łukasz Michnik, tłumacząc, że szczegóły projektu są jeszcze przedmiotem analiz.

A jak ma się to do zapowiedzi redukcji liczby rządowych instytutów? – Nigdy nie byliśmy przeciwko idei instytutów samej w sobie, lecz raczej temu, jak funkcjonowały one za rządów PiS, gdy niektóre z nich sprawiały wrażenie przepompowni publicznych pieniędzy. Część instytutów udało się zlikwidować, inne zreformować. Np. Instytut im. Dmowskiego i Paderewskiego nosi dziś nazwę Instytutu Myśli Politycznej im. Gabriela Narutowicza i nie słyszałem o zastrzeżeniach odnośnie jego działalności – mówi Łukasz Michnik. – Uważamy, że dziedzictwo Daszyńskiego powinno być w szczególności zaopiekowane, co chyba nie jest kontrowersyjne w przypadku osoby uważanej za jednego z ojców polskiej niepodległości. Ustawę o powołaniu instytutu innego polityka o podobnych zasługach, Wincentego Witosa, poparło nawet PiS i podpisał ją prezydent – przypomina rzecznik Nowej Lewicy.