O inwestycje przemysłu farmaceutycznego konkuruje dziś wiele państw. Chodzi nie tylko o produkcję, ale również o badania kliniczne i szerzej – działalność badawczo-rozwojową. Polska ma w tym wyścigu atuty, ale – zdaniem Michała Byliniaka, dyrektora generalnego INFARMY – nie wysyła dziś wystarczająco mocnego sygnału, że chce o takie projekty zabiegać.
Jednym z narzędzi, które mogłyby to zmienić, jest przygotowywana przez Ministerstwo Zdrowia Polityka Lekowa 2.0. Jej założenia resort przedstawił podczas Forum Ekonomicznego w Karpaczu. Byliniak przyznaje, że widać w nich dużą pracę wykonaną przez ministerstwo. Jednocześnie skala planowanych zmian jest na tyle duża, że ich przeprowadzenie nawet w ciągu sześciu lat może okazać się wyzwaniem.
Dla firm ważne będzie przede wszystkim to, czy powstanie rzeczywista strategia państwa, dająca odpowiedź na pytanie, czego rynek może spodziewać się w najbliższych latach.
Dokumenty strategiczne mają dla branży znaczenie wykraczające poza sam system refundacji. Pokazują kierunek, w którym państwo zamierza prowadzić politykę wobec sektora, a tym samym mogą mieć wpływ na decyzje inwestycyjne.
– To potencjalny dokument stymulujący inwestycje, w zależności oczywiście od tego, czy zawiera odpowiednie zapisy – mówi Byliniak.
Dlatego INFARMA chciałaby, aby Polityka Lekowa 2.0 nie pozostała wyłącznie dokumentem Ministerstwa Zdrowia. Jeżeli ma mówić również o inwestycjach, potrzebne jest zaangażowanie innych resortów.
– Bez Ministerstwa Rozwoju, bez Ministerstwa Finansów, w obszarze kadr bez Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego trudno sobie wyobrazić, abyśmy tylko przy zaangażowaniu Ministerstwa Zdrowia byli pewni, że pozostałe ministerstwa mają ten sam punkt widzenia – podkreśla Byliniak.
Dlatego – jego zdaniem – polityka lekowa powinna uzyskać możliwie wysoką rangę i być szeroko konsultowana. – Dokument powinien stanąć i być przyjętym przez rząd. Tego oczekuje rynek – wskazuje Byliniak.
Polska też musi walczyć o inwestycje
Stawka jest duża, bo firmy farmaceutyczne regularnie decydują, gdzie ulokować kolejne projekty. W grę wchodzą badania kliniczne, inne obszary badań i rozwoju, a w końcu także produkcja.
– O te inwestycje toczy się pewnego rodzaju wyścig pomiędzy państwami. Pytanie,czy Polska w tym wyścigu uczestniczy – mówi dyrektor generalny INFARMY.
Byliniak zwraca uwagę, że w przedstawionych w Karpaczu założeniach zabrakło mu szerszego, międzynarodowego kontekstu. Firmy podejmują przecież decyzje inwestycyjne w warunkach konkurencji pomiędzy państwami i regionami. O ich obecność zabiegają Stany Zjednoczone, ale również Chiny i Indie.
Jeżeli tego kontekstu nie będzie także w finalnej wersji dokumentu, zdaniem Byliniaka będzie to poważny brak. Zwłaszcza że strategia ma obejmować sześć lat, a więc okres, w którym zmienić mogą się zarówno warunki gospodarcze, jak i polityczne.
INFARMA oczekuje również konkretnych mierników. Chodzi o to, żeby po kilku latach można było sprawdzić, czy przyjęte rozwiązania rzeczywiście poprawiły sytuację pacjentów i rynku.
Jednym z celów przedstawionych przez resort jest poprawa pozycji Polski pod względem dostępu do nowoczesnych terapii – z połowy stawki do dziesiątego miejsca w rankingu. Byliniak uznaje taki sygnał za ważny, ale zastrzega, że dopiero szczegóły pokażą, co będzie on oznaczał dla pacjentów. Znaczenie będzie miało nie tylko to, ile leków zostanie udostępnionych, ale także jak duże grupy chorych będą mogły z nich korzystać.
– My jako INFARMA dokładnie o to postulowaliśmy, abyśmy w końcu mieli pewne KPI, czyli punkty, które mierzymy – mówi.
Takie wskaźniki pozwoliłyby oceniać skuteczność polityki niezależnie od tego, kto w danym momencie kieruje resortem zdrowia czy rządem.
Najpierw kierunek, potem przepisy
Zastrzeżenia branży budzi natomiast kolejność prac. Ministerstwo prowadzi obecnie szerokie działania legislacyjne, podczas gdy nadrzędna polityka wciąż nie została ostatecznie przyjęta.
– Trochę mamy odwrotną kolejność, czyli najpierw mamy projekty, a potem mamy politykę – zauważa Byliniak.
Najpierw państwo powinno jasno określić cele, a dopiero później dobierać do nich konkretne rozwiązania prawne. Łatwiej byłoby wówczas zrozumieć, czemu mają służyć poszczególne przepisy.
Ten problem widać przy tzw. SZNUR, czyli szybkiej nowelizacji ustawy refundacyjnej. Prace nad projektem się opóźniają, a INFARMA – jak mówi Byliniak – nie zna oficjalnych przyczyn. Branża sama zgłaszała jednak zastrzeżenia do części proponowanych zmian.
Największe zdziwienie wywołało pojawienie się, już po długich rozmowach i konsultacjach, nowych zapisów, które wcześniej nie były przedmiotem dyskusji. Według INFARMY mogą one mieć znaczenie dla dostępu pacjentów do leków innowacyjnych i nowoczesnych terapii.
Byliniak wskazuje m.in. na ograniczenia dotyczące liczby opakowań i poziomu refundacji. Branża obawia się, że w określonych sytuacjach pod koniec roku mogłoby zabraknąć zakontraktowanych leków dostępnych w ramach decyzji refundacyjnej.
INFARMA nie kwestionuje potrzeby racjonalizacji wydatków. Pyta jednak, co dzieje się z pieniędzmi, które dzięki takim mechanizmom pozostają w systemie.
– Powinniśmy dyskutować o tym, czy oszczędności uzyskiwane w ramach budżetu refundacyjnego są reinwestowane w nowoczesne terapie – mówi Byliniak.
Wskazuje przy tym na wpłaty firm farmaceutycznych wynikające z instrumentów dzielenia ryzyka. Zgodnie z liczbami przywołanymi w rozmowie w tym roku mają one wynieść 2,5 mld zł, a w przyszłym mogą przekroczyć 3 mld zł.
- Tylko czy pieniądze te wracają do systemu refundacyjnego i finansują kolejne terapie, czy trafiają do wspólnej puli przeznaczanej także na inne potrzeby -pyta dyrektor generalny.
Zdaniem INFARMY podobnie powinno się patrzeć na efekty już sfinansowanego leczenia. Dziś rachunek koncentruje się przede wszystkim na wydatkach. Tymczasem skuteczna terapia może oznaczać, że pacjent wraca do pracy, nie przechodzi na rentę i w mniejszym stopniu korzysta z innych świadczeń.
Zdrowie to nie koszt
– Od lat mówimy, że zdrowie jest inwestycją, ale powinniśmy pójść krok dalej. Nie tylko o tym mówić, ale zacząć to liczyć – przekonuje Byliniak.
Jako przykład wskazuje terapie, które pozwalają pacjentom wrócić do normalnego funkcjonowania. W takim rachunku trzeba brać pod uwagę nie tylko koszt leku, ale również to, co dzięki skutecznemu leczeniu zyskują NFZ, ZUS, rynek pracy i cała gospodarka.
Branża deklaruje przy tym gotowość do dialogu oraz elastyczności w negocjacjach refundacyjnych. Jej celem jest – jak mówi Byliniak – aby jak najwięcej terapii trafiało na listę leków refundowanych.