Reklama

Japonia nie ufa Donaldowi Trumpowi

Amerykański prezydent wstrzymał pomoc dla Ukrainy. Czy zostawiłby też Japończyków w obliczu chińskiego zagrożenia? Tokio woli się na taki scenariusz przygotować.

Publikacja: 31.01.2026 18:02

Sanae Takaichi i Donald Trump

Sanae Takaichi i Donald Trump

Foto: REUTERS/Kim Kyung-Hoon

Z tego artykułu się dowiesz:

  • Dlaczego Japonia obawia się zmiennej polityki Stanów Zjednoczonych pod rządami Donalda Trumpa?
  • Jak Japonia przygotowuje się na potencjalne zagrożenia związane z Chinami i Koreą Północną?
  • Jakie kroki Tokio podejmuje w celu zwiększenia swojej zdolności do samoobrony?
  • W jaki sposób zmiany w globalnej polityce wpływają na japońsko-amerykański sojusz obronny?
  • Jakie są potencjalne następstwa dla Tajwanu i Japonii w kontekście chińskich działań militarnych?
  • Dlaczego w Japonii pojawiają się rozważania nad posiadaniem własnej broni jądrowej?

Korespondencja z Tokio

Japończycy dzielą bazę marynarki wojennej Yokosuka w pobliżu Tokio z Amerykanami. Ale to nie jest równy podział. Po jednej stronie większość nabrzeży jest pustych. Tylko przy niektórych stoją niewielkie okręty. Powiewają nad nimi bandery Wschodzącego Słońca, te same, pod którymi Japończycy zaatakowali 7 grudnia 1941 r. Pearl Harbor, wypowiadając wojnę Stanom Zjednoczonym. Dziś to jednak znak rozpoznawczy Japońskich Sił Samoobrony, bliskiego sojusznika Ameryki.

– Reszta jednostek wyszła w morze – tłumaczy „Rzeczpospolitej” kapitan Nishio Minoru, wskazując na Zatokę Tokijską i dalej bezkres wód Pacyfiku.

Nabrzeże po drugiej, amerykańskiej stronie portu to już inna bajka. Tu góruje George Washington, jeden z największych lotniskowców świata o napędzie atomowym. Wokół niego niszczyciele i cała armada jednostek ochrony. Na pokładzie dziesiątki myśliwców. To widok, który w pewien sposób streszcza politykę bezpieczeństwa Japonii ostatnich ośmiu dekad. Rodzime jednostki odgrywały w niej tylko pomocniczą rolę dla chroniącej Japończyków Ameryki. Baza Yokosuka, którą po drugiej wojnie światowej Japonia oddała Amerykanom, wpisywała się w mnogość innych instalacji amerykańskich na całym archipelagu. Dziś stacjonuje tu łącznie przeszło 50 tysięcy amerykańskich żołnierzy.

Reklama
Reklama

Ameryka–Japonia, sojusz nie tak wspaniały

W październiku to właśnie do Yokosuka przyjechał Donald Trump na spotkanie z załogą George Washington. – Co za ludzie! Mistrzowie! To jest wyjątkowa grupa patriotów, zwycięzców. Chciałbym mieć waszą robotę! – zapewniał prezydent aż jego słowa zagłuszył tłum skandujący „USA, USA!”. 

– Przyjmując prezydenta Trumpa, premier Takaichi powiedziała, że nie ma na świecie wspanialszego sojuszu niż ten łączący Japonię i Stany Zjednoczone. Nasze relacje są faktycznie znakomite – przekonuje mnie Keita Machimura, który jest odpowiedzialny w japońskim MSZ za stosunki z Ameryką. 

Czytaj więcej

Premier Sanae Takaichi chce obudzić Japonię. Dokąd zmierza Kraj Kwitnącej Wiśni?

Przyjmując Trumpa Sanae Takaichi zaledwie od kilkunastu dni była premierem Kraju Wschodzącego Słońca. A jednak udało jej się znacznie lepiej, niż europejskim przywódcom, ominąć w rozmowach z prezydentem USA rafy, na których mogłyby się rozbić japońsko-amerykański sojusz. Obiecała, że inwestycje Japonii w Stanach, i tak już największe ze wszystkich krajów świata, wzrosną o astronomiczne 550 mld dol. Trumpa przyjął cesarz Naruhito. Amerykanin wyjechał też do Stanów z zestawem do golfa zamordowanego cztery lata temu premiera Shinzo Abe, z którym się przyjaźnił. A Takaichi zamiast, jak to robią Europejczycy, bronić liberalnego porządku, zaprezentowała się jako gorąca zwolenniczka trumpowej ideologii, takiej MAGA po japońsku.

Ale to nie są czasy, w których można budować bezpieczeństwo kraju na słowie czy dobrym nastroju amerykańskiego przywódcy. W szczególności takiego, jak Donald Trump, który potrafi jednego dnia zmienić kilka razy zdanie. Dlatego za fasadą oficjalnych deklaracji Tokio szykuje się na każdy scenariusz.

– Zagrożenie dla bezpieczeństwa Japonii od drugiej wojny światowej nigdy nie było tak wielkie. Rosja łamie wszystkie reguły prawa międzynarodowego, Korea Północna rozwija arsenał jądrowy. Ale dla nas bez wątpienia największe niebezpieczeństwo płynie z Chin – mówią „Rzeczpospolitej” osoby zaangażowane w politykę obronną Kraju Kwitnącej Wiśni. – Obserwujemy z bliska wojnę w Ukrainie i wyciągamy z niej szereg wniosków dla Japonii. Pierwszym jest to, że Putin zdecydował się na inwazję, bo był przekonany, że Ukraińcy nie są gotowi na wojnę. My nie możemy sprawiać takiego wrażenia. Drugi wniosek płynie z tego, że nawet jeśli początkowo Ukraińcy mieli wsparcie amerykańskich sojuszników, to w pewnym momencie się ono skończyło. Trzeba przygotować się na samodzielne prowadzenie walk – dodają nasi rozmówcy. 

Reklama
Reklama

Tsuneo Watanabe, profesor tokijskiej Sasakawa Peace Foundation, mówi mi wprost: „żaden sojusz, także japońsko-amerykański, nie jest wieczny. Zmiana polityki Stanów Zjednoczonych zaczęła się już za Baracka Obamy. To wtedy Japonia zaczęła rozumieć, że musi zbudować własny potencjał samoobrony. Taką decyzję podjął jeszcze premier Fumio Kishida w 2024 r., a więc przed powrotem do Białego Domu Trumpa”. 

Nawet sam Trump nie wie, czy przyjdzie na odsiecz Tajwanu

Jednak już pod rządami Takaichi w Tokio zaczęło panować przekonanie, że nie ma czasu do stracenia, działać trzeba natychmiast. Wydatki na obronę, przez dekady utrzymane poniżej 1 proc. PKB, poszybowały już w zeszłym roku do 2 proc., blisko 60 mld dol. rocznie. 

Przez lata tokijskie władze wierzyły, że inaczej niż Europejczyków, Amerykanie nie opuszczą Japończyków, bo to dla nich niezbędny sojusznik w starciu z Chinami, krajem, który chce odebrać Stanom Zjednoczonym tytuł największej potęgi wojskowej i gospodarczej świata. Czyż nie taki był sens „zwrotu ku Azji” (pivot to Asia) zainicjowany przez Obamę? 

Czytaj więcej

Jerzy Haszczyński: W jak bardzo złym stanie jest nasz świat?

Ale dziś na korytarzach władzy w japońskiej stolicy panuje daleko posunięta niepewność. Japończycy z przerażeniem obserwują, jak Ameryka grozi przejęciem Grenlandii, chce przekształcić Wenezuelę w swój protektorat. – Chiny nie zagrażają dziś bezpośrednio Ameryce. Waszyngton ma w tej chwili najwyraźniej ważniejsze priorytety niż Azja Południowo-Wschodnia. To jej własna strefa wpływów, Zachodnia Półkula. A Amerykanów nie stać na prowadzenie działań wojennych jednocześnie na kilku frontach – przyznają nasi rozmówcy. – Europa jest w znacznie lepszej pozycji, bo ma alternatywę dla sojuszu z Ameryką. To rozwój europejskiej obronności. My jesteśmy sami, nie mamy z kim się integrować – dodają.

– Wysłanie własnych żołnierzy na odsiecz sojusznikowi, a tym bardziej podjęcie ryzyka wojny atomowej z Chinami, to jest wielka sprawa. Nikt dziś nie wie, czy Ameryka się na to zdecyduje. Nie wie tego i sam Trump. To zależy od bardzo wielu uwarunkowań – podkreśla profesor Watanabe.

Reklama
Reklama

Czytaj więcej

Japonia nie będzie miała pierwszej w historii premier? Koalicja rządząca się rozpadła

Dla Nishio Minoru i jego kolegów służących na okrętach Japońskich Sił Samoobrony konfrontacja z Chinami to nie jest jakaś teoria, ponura wizja. To codzienność.

– Patrolujemy 24 godziny na dobę wyspy Senkaku, a chińskie jednostki też właściwie bezustannie próbują zbliżyć się do wysp. To jest taka niekończąca się zabawa w kotka i myszkę – opisuje kapitan.

Chodzi o pięć wysepek i trzy skały, które administruje Japonia, ale które Chiny nazywają Diaoyu Dao i uważają, podobnie jak pobliski Tajwan, za swoje. Jakiś czas temu żył tu latarnik. Ale nie wytrzymał.

– Tam panują straszne warunki. Ogromne fale, bardzo silne podmuchy wiatru. Nikt na dłuższą metę nie może tak żyć – tłumaczy Minoru. Jego zdaniem do tej pory Chińczycy nigdy nie zareagowali otwarciem ognia w kierunku Japończyków. Ale jeśli któregoś dnia to się stanie? Jak zareaguje Tokio? 

Reklama
Reklama

W japońskiej stolicy panuje przekonanie, że Chiny nie zdecydują się na bezpośrednią inwazję na Japonię. Ale sprawa ma się zupełnie inaczej w przypadku Tajwanu. Co prawda plany Xi Jinpinga są nieznane. Ale Japończycy uważają, że bardzo forsowna rozbudowa chińskich sił zbrojnych, w tym w szczególności międzykontynentalnych rakiet atomowych zdolnych dosięgnąć terytorium Stanów Zjednoczonych może mieć na celu szachowanie przez Pekin Waszyngtonu tak, aby Amerykanie zostawili Tajpej własnemu losowi. Ale czy tak się faktycznie stanie wcale nie jest pewne.

Tajwan jest kluczową częścią pierwszego rzędu łańcucha wysp, które powstrzymują ekspansję Chin. Składają się na niego także Japonia, Filipiny, Borneo i (pozostające pod administracją Rosji) Wyspy Kurylskie. Jeśli więc Chińczycy Tajwan opanują, uzyskują dostęp do otwartego Pacyfiku, który Ameryka uważa za swoją strefę wpływów. Dalej na drodze podbojów będą już tylko same Stany Zjednoczone. Trudno sobie wyobrazić, aby Amerykanie na coś podobnego się zgodzili, nawet jeśli na tyłach wzmacniają instalacje wojskowe na Guam – mówią osoby zaangażowane w politykę obronną Japonii.

Japonia nie będzie w pojedynkę bronić Tajwanu

Ale w Tokio panuje też świadomość, że z Tajwanem może się skończyć jak z Ukrainą. Jeśli Ameryka miałaby ograniczyć się do krótkiej interwencji w obronie wyspy, jest duża szansa na to, że się na nią zdecyduje. Ale jeśli chodziłoby o znacznie dłuższy i szerszy konflikt, a w szczególności ryzyko otwartej konfrontacji atomowej z Chinami, szanse na amerykańską odsiecz gwałtownie topnieją.

Jesienią zeszłego roku premier Takaichi wywołała wściekłość Pekinu, gdy odpowiadając w parlamencie na pytania posłów opozycji dała do zrozumienia, że Japonia przyjdzie z pomocą Tajwańczykom, gdyby zrobiła to Ameryka.

– Japońska konstytucja nie pozwala na samodzielne wsparcie przez nasz kraj Tajwanu. To nie mieści się w definicji samoobrony. Ale jeśli do działań wojennych włączyłyby się Stany Zjednoczone, obowiązują nas układy sojusznicze – mówią nasi rozmówcy. 

Reklama
Reklama

Czytaj więcej

Ranking gospodarek: Indie przeskoczą Japonię. Chcą przeskoczyć Niemcy

Takaichi nie powiedziała więc nic nowego. To był wykład obowiązującej od lat japońskiej doktryny wojennej. Jednak w chwili, gdy Ameryka z globalnego gracza zdaje się przemieniać w obrońcę własnej strefy wpływów, oświadczenie pani premier nabrało nowego wymiaru. Dowodziło, że Chiny nie będą mogły bez przeszkód wyrąbywać własny wianuszek podległych krajów. Tym bardziej, że na Tajwanie chińskie plany się nie kończą. Pekin rozważa też sprowadzenie do jakiejś formy podległości Filipin. I chciałby też utrzymać przynajmniej pośrednią kontrolę nad Koreą Północną nawet na wypadek, gdyby Kim Dzong-un zdecydował się na zaatakowanie Seulu. 

W minionym roku Shinjirō Koizumi, japoński minister obrony, czterokrotnie był w Waszyngtonie na konsultacjach z sekretarzem wojny Petem Hegsethem. Raz pozostał nawet w amerykańskiej stolicy tydzień. Chciał nie tylko przekonywać administrację Trumpa do znaczenia wsparcia sojuszników z Azji Południowo-Wschodniej, ale też wyczuć zamiary gospodarcze.

Żaden przedstawiciel japońskich władz tego oficjalnie nie potwierdzi, ale na korytarzach oficjalnego Tokio pojawiają się do niedawna niewyobrażalne rozważania nad budową własnej broni jądrowej. Realizacja takiego scenariusza z punktu widzenia technicznego to dla Japończyków kwestia miesięcy. Ale w jedynym kraju świata, który padł ofiarą ataku atomowego, sprawa jest bardziej niż delikatna. Więcej niż trudna do zaakceptowania przez społeczeństwo. Japonia, która od trzech pokoleń buduje obraz kraju pokoju, nagle miałaby pogwałcić zakaz proliferacji broni atomowej. 

A jednak jeden z naszych rozmówców przekonuje: „gdyby Ukraina zachowała arsenał jądrowy, jej los byłby dziś zupełnie inny. Gdyby Kaddafi nie zrezygnował ze zdobycia sił atomowych, nie skończyłby tak, jak skończył. Mówiąc wprost: dla skutecznego odstraszania ewentualnego napastnika, lepiej mieć broń jądrową. Nie unikniemy debaty nad tym, czy japońska armia nie powinna zostać w nią wyposażona”. 

Polityka
Sondaż: Większość Węgrów uważa, że Viktor Orbán powinien odejść
Polityka
„Polska jest dla nas wzorem”. Liderka wolnej Białorusi przeprowadza się z Wilna do Warszawy
Polityka
Donald Trump uratował premier Danii przed utratą władzy? Odbicie w sondażach
Polityka
Minnesota: Nowe rozkazy dla funkcjonariuszy ICE. „Nie dyskutujcie, nikogo nie przekonacie”
Polityka
W Szwecji biologiczne kobiety nie będą dzieliły celi z biologicznymi mężczyznami
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama