Reklama

Premier Sanae Takaichi chce obudzić Japonię. Dokąd zmierza Kraj Kwitnącej Wiśni?

Sanae Takaichi, pierwsza w historii kobieta na czele japońskiego rządu, zagrała pokerowo. Rozpisała przedterminowe wybory, aby uzyskać większość w parlamencie i uwolnić energię kraju, który od czterech dekad właściwie stoi w miejscu.

Publikacja: 22.01.2026 15:00

Sanae Takaichi

Sanae Takaichi

Foto: REUTERS

Z tego artykułu się dowiesz:

  • Jakie wyzwania stoją przed młodymi Japończykami w kontekście mieszkalnictwa i życia rodzinnego.
  • Jakie czynniki wpłynęły na zastój gospodarczy Japonii w ostatnich dekadach.
  • Dlaczego imigracja stanowi kluczową kwestię dla przyszłości gospodarki Japonii.
  • W jaki sposób Japonia planuje wrócić do grona najbardziej innowacyjnych gospodarek świata.
  • Jak postrzegane są relacje Japonii z USA w kontekście obecnej polityki zagranicznej.

Korespondencja z Tokio

 Satomi Tomita nie bardzo wierzy w przyszłość. Ale zostawia sobie jednak szansę.

– Zamroziłam swoje jajeczka. To koszt 20 tysięcy dol. Może za dziesięć lat życie będzie lepsze i pojawi się też mężczyzna, w którym się zakocham. Wtedy będę już za stara, aby zajść w ciążę, ale skorzystam z usług surogatki – mówi „Rzeczpospolitej” na oko czterdziestoletnia kobieta. 

Siedzimy w kafejce w pobliżu japońskiego parlamentu. To dzielnica biznesu, pełna elegancko ubranych mężczyzn i kobiet. Choć jest już późno, większość dopiero wychodzi z pracy. Satomi czeka jeszcze godzina jazdy metrem i pociągiem podmiejskim, aby dotrzeć do mieszkania. Ale nie swojego, tylko mamy. Choć jest starannie wykształcona i ma dobrą pracę, to ceny mieszkań są w Tokio zbyt wysokie, aby mogła się usamodzielnić. 

Reklama
Reklama

– Tu nie chodzi tylko o pieniądze. Rodzice całe życie zasuwali od świtu do nocy, aby dać dobre wykształcenie mi i braciom. Ale w ogóle ich nie widywaliśmy w domu, zabrakło ciepłej więzi. Dziś żyją osobno. A i ja mam poczucie, że nie jestem psychicznie przygotowana na dziecko – tłumaczy. 

Czytaj więcej

Ranking gospodarek: Indie przeskoczą Japonię. Chcą przeskoczyć Niemcy

Pod koniec lat osiemdziesiątych Polska była bankrutem, wychodziła z komunizmu. Japonia pozostawała u szczytu potęgi. Sony właśnie kupił Columbia Pictures, Mitsubishi przejął nowojorski Rockefeller Center. Wydawało się, że świat należy do Japończyków. Ale przez kolejne cztery dekady japońska gospodarka właściwie buksowała w miejscu, podczas gdy polska niemal bez przerwy dynamicznie rosła. Kolejne roczniki Japończyków nie chciały już żyć, jak ich rodzice. Nie mieć nic poza pracą. I, rzecz trudna do uwierzenia, w zeszłym roku dochód na mieszkańca w naszym kraju, przy uwzględnieniu realnej mocy nabywczej złotego, przekroczył japoński – szacuje MFW. 

Aby przynajmniej w jakimś stopniu zrozumieć, co się z krajem Kwitnącej Wiśni stało, wystarczy rozejrzeć się po Tokio. Tu wszystkie budynki wyglądają jakby nowe. Owszem, miasto bardzo poważnie ucierpiało z powodu amerykańskich nalotów w czasie drugiej wojny światowej. Ale jeszcze większym problemem są regularne trzęsienia ziemi. Wyrządzają tak gigantyczne szkody, że gdy pojawiają się nowe normy zabezpieczenia konstrukcji, na miejscu starszych budowli pojawiają się nowsze. Zabytki znaleźć więc trudno.

Premier Sanae Takaichi mówi prosto z mostu. Co się stało z krajem Kwitnącej Wiśni?

 – Kiedy ziemia się trzęsie, sam się nie uratujesz. Musisz współdziałać z innymi. To głęboko przeniknęło w psychikę japońskiego społeczeństwa. Ukształtowało ją trochę tak, jak regulacja wody Nilu wymusiła organizację starożytnego Egiptu. To jest więc naród, dla którego harmonia liczy się bardziej od innowacji. Dlatego tak trudno jest przeprowadzić poważne reformy, radykalnie zmienić budżet – przyznaje „Rzeczpospolitej” źródło w japońskim rządzie. 

Tsuneo Watanabe, profesor tokijskiej Sasakawa Peace Foundation, tłumaczy „Rzeczpospolitej”: jeśli poza krótkimi wyjątkami u władzy w Japonii pozostaje Partia Liberalno-Demokratyczna (LDP), to dlatego, że wyborcy ponad wszystko przekładają stabilność. Mimo wszystko w październiku doszło w Japonii do rewolucji. W tym zdominowanym przez mężczyzn kraju walkę o przywództwo w LDP i tym samym stanowisko premiera wygrała po raz pierwszy kobieta. I to taka, która wywodzi się ze skromnej rodziny, a nie jednego z tradycyjnych rodów politycznych.

Reklama
Reklama

Czytaj więcej

Japonia nie będzie miała pierwszej w historii premier? Koalicja rządząca się rozpadła

Ugrupowanie było tak pogrążone skandalami korupcyjnymi, że jego kierownictwo uznało, iż tylko jakiś nadzwyczajny ruch może je utrzymać u władzy. Takaichi mówi prosto z mostu. Nie owija w bawełnę, jak to do tej pory robili politycy. Potrafi szybko podejmować decyzje – przekonuje Satomi. W grupie młodych kobiet zaufanie do szefowej rządu w ciągu ledwo trzech miesięcy poszybowało do przeszło 80 proc. A w całym społeczeństwie skoczyło do 76 proc. Takiego wzlotu co prawda nie doświadcza sama LDP, ale i jej notowania wzrosły z 25 do 35 proc. Dlatego Takaichi zdecydowała się na rozpisanie przedterminowych wyborów. Ma nadzieję, że na początku lutego Japończycy dadzą jej partii większość w parlamencie. I pozwolą na przeprowadzenie reform, które obudzą japońskiego giganta. 

- Równe z mężczyznami pensje – tego oczekują przede wszystkim od Takaichi kobiety – mówi mi Hiroko, ekspedientka w jednej z sieci spożywczych japońskiej stolicy. 

Ale na razie wcale nie jest pewne, czy nowa premier pójdzie tą drogą. Przeciwnie, bardzo konserwatywna, mianowała w swoim gabinecie ledwie dwie kobiety. I opowiedziała się przeciw prawu kobiet do zachowania panieńskiego nazwiska po ślubie. Tyle sygnałów, że szefowa rządu nie jest gotowa do cywilizacyjnej rewolucji.

Czy Sanae Takaichi przeprowadzi rewolucję w Japonii? 

Przynajmniej równie poważnym problemem jest imigracja. Przyjezdnego z Europy od razu uderza wyjątkowość japońskiego społeczeństwa. Ulice Tokio, największej (40 milionów osób) aglomeracji świata, są tak czyste, że wydają się wręcz sterylne. W metrze panuje niemal zupełna cisza, tak podróżni starają się nie zwracać na siebie uwagi. Taksówkarze, bez wyjątku, przyjmują pasażerów ubrani w lśniące garnitury i w białych rękawiczkach. A nawet krótka wymiana zdań zobowiązuje do przynajmniej kilkukrotnego skłonienia głowy na znak szacunku dla drugiej osoby.

Reklama
Reklama

– Jesteśmy wyspiarzami, przez wieki nasze społeczeństwo żyło w izolacji. Tak wytworzył się pewien kodeks zachowania. Kiedy cudzoziemcy go nie przestrzegają, zachowują się głośno, śmiecą, a nawet pozostawiają bazgroły na świątyniach ku czci naszych przodków, jest to dla nas niedopuszczalne – tłumaczy nie bez pewnego oburzenia Satomi. Kobieta ma za sobą studia w Stanach i Australii i, jak sama przyznaje, poza jedną koleżanką z dzieciństwa wszystkich przyjaciół ma za granicą. O ileż silniejsza musi być więc niechęć do obcych na prowincji czy w ogóle wśród tej ogromnej większości Japończyków, która nigdy nie wyjechała z kraju. 

Takaichi po części zbudowała karierę polityczną na tym, nazwijmy to, szowinizmie. Oskarżyła turystów, że w jej rodzimej Narze poklepują czy może nawet uderzają święte jelenie pilnujące znajdujących się tu tysiącletnich świątyń: najstarszych budowli drewnianych świata. Chciała w ten sposób powstrzymać odpływ wyborców z LDP do ultranacjonalistycznego, populistycznego ugrupowania Sanseitō.

Umiejętna gra z Sanae Takaichi z Donaldem Trumpem. Jaką politykę prowadzi Japonia wobec USA?

Tyle, że bez szerokiego otwarcia bram na imigrację Japonia kryzysu nie przełamie. Przeciętna kobieta ma już tylko 1,15 dziecka, przez co w zeszłym roku liczba porodów spadła już poniżej 700 tysięcy. To najmniej w historii. Jednocześnie, to kolejny smutny rekord, liczba ludności skurczyła się rok do roku o 900 tys. osób. 

Na razie Takaichi woli jednak trzymać się starych przepisów na pobudzenie gospodarki. I to mimo iż w przeszłości nie zdały one egzaminu. Jeszcze w październiku, a więc zaraz po objęciu władzy, premier przedstawiła plan rekordowych dotacji do gospodarki: 135 mld dol. Połączone z ulgami podatkowymi, jeszcze bardziej zwiększą dług państwa, który i tak bije rekordy, osiągając 250 proc. PKB.

Czytaj więcej

USA i Japonia zawarły umowę w sprawie metali ziem rzadkich
Reklama
Reklama

– Liczymy na to, że dzięki przyspieszeniu wzrostu gospodarczego udział zobowiązań w dochodzie narodowym spadnie. 90 proc. papierów dłużnych pozostaje zresztą w rękach japońskich inwestorów. A ci są skłonni do poświęceń dla dobra ojczyzny – przekonuje wspomniane już źródło rządowe. 

Ale światowe rynki tak optymistyczne mogą nie być. Rentowność długoterminowych japońskich obligacji, a więc premia, jakiej domagają się inwestorzy za ryzyko zakupu długu Japonii, po raz pierwszy od dekad przekroczyła 4 proc. Jeśli ten wzrost nie zostanie powstrzymany, kraj może wpaść w pętlę długu. 

Na ulicach Tokio trudno znaleźć samochody elektryczne. Nie ma też japońskich firm wśród Big Techów: największych firm technologicznych, które dyktują dziś warunki działania internetu. Ale Japonia chce znów wrócić do grona najbardziej innowacyjnych gospodarek świata. Rząd szykuje taki system ulg, które mają zachęcić największe koncerny do inwestycji w nowe technologie. Priorytetem ma być sztuczna inteligencja (AI) i produkcja najbardziej zaawansowanych półprzewodników, do tej pory specjalność Tajwanu. 

Premier już w pierwszych tygodniach urzędowania bardzo sprawnie poradziła sobie z nieprzewidywalnym Donaldem Trumpem. Cesarz Naruhito wydał na cześć prezydenta USA niezwykłą kolację. Zadbano o takie szczegóły jak podarowanie prezydentowi USA kija golfowego należącego do zabitego byłego premiera Shinzo Abe, patrona Takaichi i bliskiego sojusznika Trumpa za jego pierwszej kadencji w Białym Domu. Japońskie koncerny, które już zainwestowały w Stanach Zjednoczonych 820 mld dol. (rekord świata) obiecały zaangażować kolejne 500 mld dol. Ale obok obietnic i komplementów były też twarde rokowania za zamkniętymi drzwiami, które premier przeprowadziła na tyle umiejętnie, że Biały Dom przystał na w miarę umiarkowane, 15-procentowe cła eksportowe. 

Czytaj więcej

Po śmierci Shinzo Abe. Zamach, japońskie tabu
Reklama
Reklama

Na razie MFW przewiduje, że w tym roku wzrost gospodarczy wyniesie ledwie  0,7 proc. wobec 1,1 proc. w 2025 roku. Nie widzi więc możliwości przyspieszenia. Popularność Takaichi może szybko wyparować. Tym bardziej, że już teraz połowa Japończyków w ogóle nie ma nadziei na zmianę: frekwencja w wyborach ledwo przekracza 50 proc. 

W środę na karę dożywocia został skazany Tetsuya Yamagami, który przeszło trzy lata temu zamordował byłego premiera Shinzo Abe. 

– Żal mi go – przyznała ku mojemu zaskoczeniu Hiroko. Nie ona jedna. Yamagami przeżył rodzinną tragedię. Gdy był dzieckiem jego ojciec popełnił samobójstwo. Podobnie jak starszy brat. Matka, szukając otuchy, przekazała cały majątek (650 tys. dol.) Kościołowi Zjednoczeniowemu, sekcie utrzymującej bliskie relacje ze światem japońskiej polityki. Nie mogąc dosięgnąć przywódcy ruchu, zemścił się na Abe, który chwalił Kościół. Desperacja u niektórych Japończyków jest na tyle duża, że pozwala nawet usprawiedliwić zbrodnię. 

Społeczeństwo
Wznowiono pracę największej elektrowni jądrowej na świecie. Nie działała 15 lat
Społeczeństwo
Tysiące osób na ulicach duńskich miast. Nie chcą oddać USA Grenlandii
Społeczeństwo
Sondaż: Niemal co trzeci Kanadyjczyk obawia się najazdu USA
Społeczeństwo
Dr Mateusz Kłagisz: Iran z okresu monarchii też był krajem niesprawiedliwym
Społeczeństwo
Korea Płd.: W XXI wieku „zniknęło” niemal 58 proc. uczniów I klas szkół podstawowych
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama