Reklama

Upada kordon sanitarny. Skrajna prawica rośnie w siłę we Francji

Wielkim zwycięzcą pierwszej tury wyborów samorządowych jest Zjednoczenie Narodowe. To zapowiedź przejęcia przez nią Pałacu Elizejskiego za rok?
Zdecydowanym przegranym wyborów jest blok liberalny, w szczególności partia Emmanuela Macrona (na zd

Zdecydowanym przegranym wyborów jest blok liberalny, w szczególności partia Emmanuela Macrona (na zdjęciu podczas głosowania wraz z żoną Brigitte)

Foto: Jean-Francois Badias/Pool via REUTERS

Z tego artykułu się dowiesz:

  • Jakie są aktualne tendencje dotyczące znaczenia i wpływu skrajnej prawicy w kontekście francuskiej sceny politycznej?
  • W jaki sposób przekształcają się dotychczasowe podziały oraz sojusze pomiędzy kluczowymi ugrupowaniami politycznymi?
  • Jakie wyzwania napotykają ugrupowania centrowe i lewicowe wobec dynamicznie zmieniających się preferencji wyborczych?
  • Jak radykalizacja postaw ideologicznych wpływa na zdolność do budowania koalicji politycznych?
  • Kto może stać się kluczowym kandydatem w nadchodzących wyborach prezydenckich i jakie są ich pozycje?
  • Jakie są przyczyny obserwowanego spadku zaufania społecznego do francuskiego systemu demokratycznego?

Niedziela była przede wszystkim dniem lokalnych autorytetów. Aż 96 proc. kandydatów na 35 tys. merów od razu uzyskało ponad połowę głosów. Ludzie stawiali na tych, których dobrze znali. Tym bardziej, że w przytłaczającej większości chodziło o wioski czy małe miejscowości. 

Ale w większych miastach starcie ma już zupełnie inny kształt. To jest walka wielkich ugrupowań. I zapowiedź tego, co się stanie w maju 2027 r., kiedy Francuzi rozstrzygną o tym, kto zostanie prezydentem czy prezydentką kraju. W jakim kierunku pójdzie Francja, a z nią cała zjednoczona Europa. 

Czytaj więcej

Francja przed diabelskim wyborem

Za dużo powodów do optymizmu nie ma. Do tej pory skrajnie prawicowe Zjednoczenie Narodowe (ZN) rządziło w kilkunastu miejscowościach. I je utrzymało. W pierwszej turze 120-tysięczne Perpignan przy granicy z Hiszpanią zachował Louis Aliot, w przeszłości wieloletni partner liderki partii Marine Le Pen. Na drugim końcu kraju merem Hayenge nadal będzie Fabien Engelmann, uzyskując przeszło 70 proc. głosów. To jest region dawnych kopalń i hut, który nie zdołał ani przełamać kryzysu, ani ułożyć sobie relacji z muzułmańską mniejszością, często pozbawioną pracy.

Reklama
Reklama

Marsylia, drugie miasto kraju, w zasięgu skrajnej prawicy

– Przeszedłem do Zjednoczenia Narodowego, bo lewica zdradziła Francuzów w dwóch fundamentalnych punktach. Po pierwsze wykorzystywała do atakowania Kościoła katolickiego restrykcyjne reguły oddzielenia państwa od związków wyznaniowych zwane zbiorczo laickością (laïcité). Ale tego samego nie zrobiła w odniesieniu do islamu, który rozwija się bez jakichkolwiek ograniczeń. Po wtóre François Hollande (socjalistyczny prezydent w latach 2012-17) obiecał, że uratuje hutę w Florange, a tego nie zrobił. Zdradził. Mój poprzednik, socjalistyczny mer Philippe David, pozwolił na zamknięcie w szpitalu chirurgii, oddziału ratunkowego. Straciliśmy sąd. Z komisariatu policji zostało zwykłe biuro. Kolejne zdrady! – mówił latem zeszłego roku Engelmann „Rzeczpospolitej”.

Ale teraz formacja wchodzi do zupełnie innej ligi. Nie tylko stoi u progu zdobycia o wiele większych ośrodków, niż Perpignan. Ale także takich, które nie leżą we Francji B. Koronnym przykładem okazała się Nicea. W 350-tysięcznej stolicy Lazurowego Wybrzeża zdecydowane zwycięstwo (43,43 proc.) odniósł Eric Ciotti. Jeszcze jako przewodniczący gaullistowskich Republikanów, u progu wyborów parlamentarnych w 2024 r. wezwał do aliansu ze Zjednoczeniem Narodowym. Został z tego powodu wyrzucony ze swojego ugrupowania, ale założył nowe (Unia Sił Prawicowych dla Republiki, UDR), de facto przybudówkę partii Le Pen. Rządzący Niceą od 9 lat liberał (Horizons) Christian Estrosi przyciągnął ledwie 30,92 proc. wyborców. 

W Marsylii, drugim mieście Francji, występujący pod barwami skrajnej prawicy Franck Allisio (35,02 proc.) zdobył niemal tyle samo głosów, co wywodzący się z Partii Socjalistycznej Benoît Payan (36,7 proc.). Wynik ostatecznego starcia jest tym bardziej niepewny, że Payan nie zgodził się na formalne porozumienie z radykalnie lewicową Francją Niepokorną (LFI). 

Czytaj więcej

Czy Emmanuel Macron zdoła przekształcić UE w potęgę równą USA?

W 2024 r. drużyna Le Pen nie przejęła większości w Zgromadzeniu Narodowym, bo ukształtował się „front republikański”: sojusz wszystkich pozostałych ugrupowań centrowych i lewicowych. W drugiej turze wyborów wyłaniano z tego bloku tylko jednego kandydata, a pozostali wycofywali się z walki wyborczej. Teraz przykład Marsylii stawia pod ogromnym znakiem zapytania powtórzenie się takiego scenariusza w przyszłym roku. 

Bruno Retailleau, lider Republikanów (umiarkowana prawica), powiedział w niedzielny wieczór: jedynym zaleceniem, jakie daję naszym wyborcom, to żadnego głosu na rzecz Francji Niepokornej (LFI). To jest najgorsze z ugrupowań lewicowych, jakie można sobie wyobrazić! 

Reklama
Reklama

W ten sposób nie tylko zdaje się znikać kordon sanitarny, jaki roztoczono wokół Zjednoczenia Narodowego (ZN, wcześniej Frontu Narodowego) od początku lat siedemdziesiątych XX wieku, ale przepływ elektoratu między umiarkowaną i skrajną prawicą staje się coraz bardziej płynny. Rodzące się szanse na przejęcie władzy doskonale wyczuł formalny lider ZN Jordan Bardella, który, jeśli sąd wyższej instancji podtrzyma wyrok skazujący na Le Pen za korupcję, będzie walczył o Pałac Elizejski.

– Wszędzie, gdzie lokalne uwarunkowania na to pozwalają, ZN wyciąga rękę do kandydatów z list szczerej prawicy, z list niezależnych i do wszystkich tych, którzy odrzucają chaos skrajnej lewicy – oświadczył Bardella. 

Na taki sojusz z radykalną lewicą znacznie trudniej zdecydować się umiarkowanej lewicy. A to dlatego, że inaczej niż Jordan Bardella, lider LFI Jean-Luc Mélenchon coraz bardziej radykalizuje swój program. Nie tylko zapowiada przejęcie największych majątków kraju i rozbudowę osłon socjalnych w sposób, który będzie prowadził do bankructwa kraju, ale nie wyklucza zdobycia władzy siłą, poza procesem wyborczym. Krótko mówiąc, wraca do swoich trockistowskich korzeni.

Sojusz z Mélenchonem? Dylemat Partii Socjalistycznej

Nigdzie dylemat, przed jakim w tej sytuacji staje Partia Socjalistyczna (PS), nie jest lepiej widoczny niż w Paryżu. Tu socjalista Emmanuel Grégoire zdobył w pierwszej turze znakomity wynik (37,98 proc.). Zdecydowanie wyprzedził wywodzącą się z Republikanów byłą minister sprawiedliwości Rachidę Dati (25,46 proc.). W ten sposób umiarkowana lewica ma wszelkie szanse utrzymać stolicę, gdzie rządzi już od ćwierć wieku. Tyle, że trudno to będzie osiągnąć bez wyborców reprezentującej LFI Sophii Chikirou (11,72 proc.). Lider PS Olivier Faure co prawda wykluczył formalne porozumienie z ugrupowaniem Mélenchona na poziomie krajowym, ale pozostawił otwartą furtkę do podobnych umów na poziomie lokalnym. 

Ale Faure nie jest jedynym graczem na polu umiarkowanej lewicy. Jego potężnym konkurentem stał się Raphaël Glucksmann, założyciel ugrupowania Place Publique. Przyjął on znacznie bardziej pryncypialne stanowisko wobec radykalnej lewicy. „Jeśli chcemy być tamą, która nie pozwoli na to, aby władza wpadła w ręce ZN, to musimy zachować wierność naszym wartościom, pokazać, że lewica republikańska nie ulegnie namowom LFI” – mówi syn nieżyjącego już filozofa żydowskiego pochodzenia André Glucksmanna. W ostatnim czasie Mélenchon powrócił do swoich antysemickich komentarzy, po części, aby przyciągnąć głosy siedmiomilionowej mniejszości muzułmańskiej. 

Zdecydowanym przegranym tych wyborów pozostaje natomiast blok liberalny, w szczególności partia Emmanuela Macrona Renaissance. Prezydent doszedł do władzy w 2017 r. budując ogromny sojusz ugrupowań centrowych i marginalizując najpierw umiarkowaną lewicę (PS), a potem umiarkowaną prawicę (RN). Teraz ta klamra w historii politycznej współczesnej Francji zamyka się. Ale zamiast wrócić do partii umiarkowanych Francuzi stawiają teraz na coś znacznie bardziej niebezpiecznego: siły radykalne. 

Reklama
Reklama

Czytaj więcej

Nowy parasol atomowy dla Europy. Emmanuel Macron wskazał m.in. Polskę

Jedynym pocieszeniem jest bardzo dobry (43 proc.) wynik dotychczasowego mera portowego Hawru Édouarda Philippe’a. Co prawda od dawna w sondażach przed wyborami prezydenckimi prowadzi Bardella, uzyskując już w pierwszej turze 36 proc., ale to właśnie Philippe (16 proc.) zdawał się do tej pory mocnym kandydatem do wejścia do drugiej tury i podjęcia ostatecznej walki o prezydenturę. Właśnie o ile jego szans nie pogrzebią wybory lokalne. 

Philippe, były premier, wydaje się póki co marginalizować innych kandydatów do schedy po Macronie, w tym innego byłego szefa rządu Gabriela Attala (11 proc. w sondażach) czy obecnego ministra sprawiedliwości Géralda Darmanina (6 proc.). Przynajmniej równie niejasna jest sytuacja na lewicy, gdzie łeb w łeb idą Mélenchon (10-11 proc.) i Glucksmann (10-12 proc.). Tyle, że ten pierwszy zawsze na ostatniej prostej kampanii wyborczej radykalnie poprawia swój wynik. 

Tegoroczne wybory przyniosły najniższą (57 proc.) frekwencję w historii V Republiki poza czasem Covidu. To wyraz ogromnej niechęci do systemu politycznego. W niedawnym sondażu dla instytutu Cevipof aż 51 proc. Francuzów deklaruje, że „nie ma z czego być dumnym” z powodu istnienia w kraju demokracji. 

Polityka
Kazachstan. Coraz więcej władzy prezydenta, coraz mniej swobody
Materiał Promocyjny
Jak zostać franczyzobiorcą McDonald’s?
Materiał Promocyjny
OTOMOTO rewolucjonizuje dodawanie ogłoszeń
Polityka
USA stawiają Zambii ultimatum: leki na HIV za dostęp do surowców
Polityka
Niemcy mają inne problemy niż SAFE. Młodzi sprzeciwiają się poborowi do Bundeswehry
Polityka
Widmo poważnego kryzysu nad Ukrainą. Wołodymyr Zełenski ma poważny problem
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama