Reklama

Francja przed diabelskim wyborem

Za czternaście miesięcy rozegra się bój o Pałac Elizejski. Najbardziej prawdopodobne jest starcie w drugiej turze lidera skrajnej prawicy Jordana Bardelli i przywódcy radykalnej lewicy Jean-Luca Mélenchona.

Publikacja: 05.02.2026 04:30

Po przeforsowaniu w parlamencie budżetu na 2026 r. do walki o najwyższy urząd w państwie szykuje się

Po przeforsowaniu w parlamencie budżetu na 2026 r. do walki o najwyższy urząd w państwie szykuje się premier Sébastien Lecornu

Foto: AFP

Z tego artykułu się dowiesz:

  • Jakie są przewidywania dotyczące kluczowych kandydatów w nadchodzących wyborach prezydenckich we Francji?
  • Dlaczego Emmanuel Macron nie wprowadził planowanej reformy emerytalnej w swojej kadencji?
  • W jaki sposób obecna sytuacja polityczna we Francji wpłynęła na pozycję socjalistów?
  • Jakie są możliwości przyszłej koalicji politycznej we Francji przed wyborami prezydenckimi?
  • Jaką rolę mogą odegrać mniejszości etniczne w nadchodzących wyborach we Francji?
  • Jakie są potencjalne konsekwencje sukcesu skrajnej prawicy we Francji?

A jednak! Po przeszło czterech miesiącach niezwykle trudnych manewrów parlamentarnych premier Sébastien Lecornu doprowadził w poniedziałek do uchwalenia budżetu kraju na ten rok. Nie będzie więc przedterminowych wyborów, a Emmanuel Macron dokończy swoją kadencję, która upływa w połowie przyszłego roku. 

Ponieważ blok liberalny, z którego wywodzi się Lecornu, nie ma większości w Zgromadzeniu Narodowym, premier potrzebował wsparcia spoza koalicji rządzącej. Uzyskał je przede wszystkim od socjalistów, ale za cenę poważnych ustępstw. W konsekwencji deficyt budżetowy kraju został tylko nieznacznie ograniczony i wyniesie w 2026 r. 5 proc. PKB wobec 5,4 proc. w minionym roku. Emmanuel Macron, który doszedł do władzy w 2017 r. pod hasłami reformy kraju i uzdrowienia jego finansów, szykuje się więc do zejścia ze sceny, pozostawiając Francję z blisko dwa razy większą dziurą w budżecie niż zezwala Bruksela. I największym poza Grecją i Włochami długiem publicznym zbliżającym się do 120 proc. PKB.

– To jest faktyczny koniec prezydenckiej kadencji – orzekł więc były premier Gabriel Attal.

– To jest koniec macronizmu – wtórował również były szef rządu Edouard Philippe. 

Reklama
Reklama

Czytaj więcej

Francja ma już wszystkiego dość. Macron ma rekordowo niskie poparcie

Obaj karierę polityczną zawdzięczają Macronowi. Jednak dziś tylko ten, kto potrafi odciąć się od bardzo niepopularnego prezydenta, może jeszcze liczyć na karierę polityczną.

– Historia się powtarza. Macron był przecież ministrem finansów u François Hollande’a, ale zbudował kampanię wyborczą na odcięciu się od swojego patrona – przypomina w rozmowie z „Rzeczpospolitą” Aurélien Duchêne, niezależny politolog ze Strasburga. 

Socjaliści nie mają jasnego kandydata

Na ostatniej prostej debaty budżetowej socjaliści uzyskali szereg ważnych ustępstw. Na plan pierwszy wysuwa się rezygnacja przez Pałac Elizejski ze sztandarowej reformy Macrona, czyli podniesienia wieku emerytalnego z 62 do 64 lat. Teraz zostaje ona „zawieszona”, a o jej losie ma zdecydować już nowy prezydent po wyborach w maju 2027 r. Studenci w całym kraju będą też mogli liczyć na obiady za symboliczne 1 euro na swoich uczelniach. A pracownicy o najniższych dochodach dostaną dodatkowe 50 euro miesięcznie. 

– Kandydat Partii Socjalistycznej w wyborach prezydenckich mógłby teraz to wszystko zdyskontować. Pokazać, że jego ugrupowanie z jednej strony zapewnia stabilność kraju, ale z drugiej skutecznie walczy o prawa socjalne pracowników – mówi Duchêne.

Tyle że socjaliści na razie nie bardzo wiedzą, kto powinien reprezentować ich barwy. Najlepsze notowania w sondażach ma Raphaël Glucksmann, syn filozofa żydowskiego pochodzenia André Glucksmanna. Jednak lansowany przez niego samego wizerunek „obywatela świata” i zwolennika globalizacji nie przechodzi dobrze wśród działaczy partii. A to oni w ostatecznym rachunku decydują, kto będzie reprezentował partię w wyborach. 

Reklama
Reklama

Brak silnego kandydata umiarkowanej lewicy może spowodować, że tak, jak w ostatnich wyborach, barwy całego „postępowego elektoratu” w drugiej turze wyborów prezydenckich przejmie zdeklarowany trockista i lider Francji Niepokornej Jean-Luc Mélenchon. Jego plany nacjonalizacji gospodarki i jej ręcznego sterowania budzą popłoch u wielu francuskich ekonomistów, strach wywołuje także konsekwentna gra Mélenchona na rzecz pozyskania głosów siedmiomilionowej mniejszości muzułmańskiej. Ukuto już na to nawet nowy termin: islamolewica.

Czytaj więcej

Marine Le Pen walczy o zachowanie szans na prezydenturę. Ale czy wyborcy w nią wierzą?

Mélenchonowi sprzyja francuska ordynacja. Już w wyborach lokalnych w marcu wielu socjalistów wejdzie z nim w alians, bo to jedyny sposób, aby zdobyć kluczowe okręgi, kluczowe miasta. A w wyborach prezydenckich może mu wystarczyć 14-15 proc. głosów, aby przejść do drugiej tury, tak rozdrobniona jest dziś francuska scena polityczna. 

I faktycznie, na szeroko pojętej, umiarkowanej prawicy i centrum na nieco ponad rok przed wyborami wciąż nie ma jasnego kandydata. Z ambicji prezydenckich w żadnym wypadku nie rezygnuje wspomniany już Edouard Philippe, lider własnej partii Horizons. Jego karierę polityczną może jednak zakończyć już w marcu porażka w staraniach o reelekcję na czele portowego Le Havre.

Ale ambicje prezydenckie ma też przywódca innego centrowego ugrupowania Ensemble Gabriel Attal. Do walki o najwyższy urząd w państwie szykuje się również obecny premier Sébastien Lecornu, który mocno zapunktował u Francuzów przeforsowaniem budżetu. O podobny elektorat stara się lider Republikanów i były szef MSW Bruno Retailleau. Ambicji prezydenckich nie ukrywa minister sprawiedliwości Gérald Darmanin. Coraz większą uwagę skupia także powiązana z liderem konkurencyjnego wobec Zjednoczenia Narodowego ugrupowania skrajnej prawicy Reconquête (Rekonkwista) Érikiem Zemmourem Sarah Knafo.

W ogniu pytań Bardella traci

Miejsca w drugiej turze wyborów może być natomiast pewne Zjednoczenie Narodowe. We wtorek w procesie odwoławczym o defraudację funduszu Parlamentu Europejskiego prokurator wystąpił o pozbawienie Marine Le Pen biernego prawa wyborczego na pięć lat oraz cztery lata w więzieniu (w większości w zawieszeniu) i 100 tys. euro grzywny. Le Pen sama przyznała, że w tej sytuacji już tylko „cud” może jej pozwolić na wzięcie udziału w wyborach prezydenckich w 2027 r.

Reklama
Reklama

Czytaj więcej

Francja w szpagacie między socjalem a globalizacją

Ale partia ma plan B. To 30-letni Jordan Bardella. Bez wyższego wykształcenia, bez doświadczenia w zarządzaniu, zbiera jednak już na wstępie 35 proc. poparcia. A 42 proc. Francuzów przyznaje, że „bliskie są im idee Zjednoczenia Narodowego”. Skrajna prawica jeszcze nigdy nie była tak blisko władzy w Paryżu.

Ale Duchêne ostrzega: teraz dopiero zaczną wychodzić słabości Bardelli. Do tej pory unikał on spontanicznych wywiadów. Ale pytany o to, jak Francja powinna zareagować na próbę przejęcia przez Trumpa Grenlandii czy ataku na Iran, nie ma zdania. 

Stąd tak kluczowe jest, kto znajdzie się w drugiej turze wyborów z liderem skrajnej prawicy. Jeśli będzie to Mélenchon, to sondaże wskazują, że Bardella ma zwycięstwo w kieszeni. Środowiska biznesu wręcz wolałyby widzieć jego w Pałacu Elizejskim, bo dzięki spodziewanej znacznej większości ZN w parlamencie, wreszcie można by przeprowadzić niektóre reformy w kraju. Są nawet teorie, że takim planom po cichu sprzyja Macron. W ten sposób mógłby on w 2032 r. ponownie starać się o prezydenturę. Tym razem w roli „zbawiciela” kraju. 

Polityka
Administracja Donalda Trumpa nadal szuka dowodów na sfałszowanie wyborów w USA?
Polityka
Administracja Trumpa wycofuje z Minnesoty część agentów. Są pozwy w związku z działaniami ICE
Polityka
Giorgia Meloni aniołem? Kontrowersyjny fresk usunięty z bazyliki
Polityka
USA-Rosja: czy to początek nuklearnego wyścigu zbrojeń?
Polityka
Norwegia nie zmieni ustroju. Parlament zdecydował
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama