Komisarz ds. obrony i jednolitego rynku UE: W Europie trzeba produkować więcej broni

Trzeba niezwykle poważnie traktować to, co robi i mówi Putin. Pozostaje nam jedno wyjście: bardzo znacząco zwiększyć potencjał produkcji broni i amunicji w Europie – uważa Thierry Breton, komisarz ds. obrony i jednolitego rynku UE.

Aktualizacja: 26.01.2024 06:05 Publikacja: 26.01.2024 03:00

Komisarz ds. obrony i jednolitego rynku UE: W Europie trzeba produkować więcej broni

Foto: materiały prasowe

Zdaniem portalu Politico w połowie stycznia tak relacjonował pan rozmowę Donalda Trumpa z przewodniczącą Komisji Europejskiej Ursulą von der Leyen w Davos w 2020 r.: „Musi pani zrozumieć, że jeśli Europa zostanie zaatakowana, nigdy nie przyjdziemy wam z pomocą, nigdy was nie wesprzemy. Zresztą NATO jest martwe i my z niego wyjdziemy, opuścimy NATO”.

To nie jest dokładnie tak, jak powiedziałem. Odniosłem się do spotkania, które było pierwszą okazją do kontaktu między prezydentem USA i przewodniczącą Komisji Europejskiej. Donald Trump przekonywał, że Europa musi znacznie poważniej podejść do własnej obrony, musi w większym stopniu wziąć ją w swoje ręce. Wszystkie kraje NATO powinny przeznaczać należną cześć budżetu na obronę i jeśli któryś z nich tego nie robi, to w praktyce inni muszą przejąć ciężar jego obrony, w szczególności Stany Zjednoczone – przekonywał. W tamtym czasie większość aliantów nie wydawała na ten cel 2 proc. PKB. Prezydent dowodził, że to jest nie do utrzymania. Ale każdy też wie, w jakie słowa Trump ubiera swoje wypowiedzi.

Czytaj więcej

Wielka Brytania będzie potrzebować "armii ochotników", która przestraszy Rosję?

Jeśli wróci do Białego Domu, Donald Trump może spełnić swoją groźbę i wyprowadzić USA z NATO?

Zobaczymy. Do tego potrzeba większości dwóch trzecich w amerykańskim Senacie, a nie mam wrażenia, aby ona była. Ale mówimy o bardzo ważnym sygnale tego, że Europejczycy, oczywiście w ramach sojuszu atlantyckiego, muszą w coraz większym stopniu zadbać o własne bezpieczeństwo. To nie znaczy, że mamy wszystko robić sami. Ale gdy idzie o zbrojenia, musimy absolutnie uzyskać zdolność do produkowania więcej i lepiej. Świat jest dziś bardzo niepewny. Wszyscy obserwujemy, co dzieje się w Ukrainie. Będziemy oczywiście nadal wspierać prezydenta Zełenskiego w jego staraniach o uzyskanie broni i amunicji. Ale musimy też być gotowi zaangażować się bardziej, jeśli nasi (amerykańscy – red.) partnerzy postanowiliby robić mniej.

Premier Estonii Kaja Kallas uważa, że Putin może zaatakować NATO w ciągu trzech–pięciu lat, minister obrony Niemiec Boris Pistorius mówi o pięciu–ośmiu latach. To jest horyzont czasowy, w którym Europa musi być gotowa do wojny?

Rzecz jasna, trudno tu mieć jakieś rozeznanie. Ale z pewnością trzeba bardzo poważnie traktować to, co robi i mówi Putin. Widziałem się w miniony piątek z Kają Kallas, mieliśmy długą rozmowę. I jesteśmy zgodni co do tego, że w obecnych okolicznościach pozostaje nam tylko jedno wyjście: bardzo poważnie zwiększyć potencjał produkcji broni w Europie, przemysł obronny w szerokim tego słowa znaczeniu. To pewne. A tak wcale nie widziano tych spraw ledwie kilka lat temu. Żyliśmy wtedy w logice dywidendy pokoju. Sądzę, że wszyscy już dobrze zrozumieli, iż ten czas się skończył.

Czytaj więcej

Jacek Czaputowicz: Czy wygra Biden czy Trump, trzeba umacniać sojusz z USA

Nie tylko wydatki na obronę zapewniają bezpieczeństwo. Problemem jest też narastająca fala populizmu w świecie zachodnim. Jeśli do Trumpa w Białym Domu dołączyłaby w 2027 Marine Le Pen w Pałacu Elizejskim, byłby to tandem marzeń dla Putina. Mógłby to wykorzystać, aby uderzyć w Europę.

Oczywiście widzę takie zagrożenia, dostrzegam, że populiści w wielu miejscach w Europie zyskują na znaczeniu. Ale też w wielu krajach Unii są w odwrocie. Przyszłość polityczna Wspólnoty w żadnym wypadku nie jest więc z góry przesądzona. Owszem, w Holandii wygrali populiści, ale z 23 proc. poparcia. Podobnie jest gdzie indziej. A to oznacza, że trzy czwarte społeczeństwa były im przeciwne. I my musimy przekonać tych pozostałych, że integracja europejska jest w obecnym układzie geopolitycznym jedynym rozwiązaniem. Zresztą nawet wśród populistów już tylko niewielu podtrzymuje konieczność wyjścia z Unii. Doświadczenia Wielkiej Brytanii dają im do myślenia.

Gdy 10 stycznia Politico podało, że chce pan zaproponować powołanie funduszu 100 mld euro na rozwój europejskiego potencjału obronnego, Radosław Sikorski napisał na X: „Pronto, please”.

Z naszej rozmowy w Warszawie z szefem polskiej dyplomacji jasno wynika, że podzielamy poczucie pilności podjęcia działań w tym względzie, a także tego, że pracując razem, wydatnie zwiększamy potencjał obronny Europy. Wspomniany fundusz jest w moim odczuciu dobrą odpowiedzią na nasze średnio i daleko terminowe cele. Chodzi o to, aby koncerny zbrojeniowe nie musiały czekać ze zwiększeniem mocy produkcyjnych na zawarcie kontraktów, ale były wcześniej gotowe dostarczać broń i amunicję niezależnie od tego, co się wydarzy. Konieczność zmiany tego paradygmatu podzielamy (z ministrem Sikorskim – red.) w 100 proc. Ten fundusz pozwoli więc na przeprowadzenie konieczniej transformacji przemysłu obronnego. Ale to perspektywa 15–18 miesięcy. A przecież rok 2024 też będzie bardzo ważny. Rozmawialiśmy więc w Warszawie także o tym, co zrobić doraźnie, aby przyspieszyć rozbudowę potencjału obronnego.

Rosja będzie w stanie wytworzyć w tym roku już 4,5 mln pocisków. Europa nie pozostała w tyle?

Mam inne liczby, ale nie podam ich do publicznej wiadomości. W Europie produkujemy zresztą bardzo wyrafinowane pociski o wysokiej dokładności. Jeśli chodzi o same pociski kalibru 155 milimetrów, już wiosną, w marcu–kwietniu, zwiększymy nasz potencjał produkcyjny do ponad miliona sztuk w skali roku dzięki unijnemu programowi ASAP (Act in Support of Ammunition Production). Pod koniec roku ten potencjał wzrośnie do 1,3–1,4 mln. Będziemy bardzo zdecydowanie kontynuować tę wznoszącą się dynamikę w 2025 r., tak aby osiągnąć produkcję 1,5–2 mln pocisków wspomnianego kalibru.

Europa nie musi więc przegrać z Rosją wyścigu zbrojeń?

W żadnym wypadku nie zamierzam wypowiadać się o tym, co robi Rosja, gdy idzie o uzbrojenie. Przypomnę natomiast, że Europa przeznacza od 200 do 230 mld euro rocznie na zbrojenia, trzy–cztery razy więcej niż Rosja. I będzie oczywiście te nakłady rozwijać. Ale nie dlatego, że weszliśmy w wyścig zbrojeń z Moskwą. Chodzi o wypełnienie przez wszystkich europejskich sojuszników NATO zobowiązania do przeznaczenia na obronę 2 proc. PKB, przy czym Polska robi tu o wiele więcej, skoro w tym roku przeznaczy na ten cel 4 proc. dochodu narodowego. Dzięki temu uzyskamy dodatkowo 140 mld euro rocznie na obronę, czyli łącznie jakieś 350 mld euro. To są środki, które pozwolą na ogromny rozwój zamówień sprzętu wojskowego. Stąd konieczność zwiększenia już teraz naszej bazy przemysłu zbrojeniowego tak, abyśmy mogli nie tylko wspierać skutecznie Ukrainę, ale i wykorzystać te dodatkowe środki wynikające z zobowiązań podjętych w ramach NATO.

Na 1 lutego został zwołany do Brukseli nadzwyczajny szczyt przywódców państw UE, aby przełamać weto premiera Węgier Viktora Orbána i odblokować pomoc 50 mld euro dla Ukrainy na nadchodzące cztery lata. To się uda?

Zobaczymy. Nie biorę udziału w posiedzeniach Rady Europejskiej, jednak historia wskazuje, że Unii zawsze udaje się znaleźć rozwiązanie. Jestem przekonany, że tak będzie i tym razem.

Manfred Weber, przewodniczący największego klubu Parlamentu Europejskiego, Europejskiej Partii Ludowej, uważa, że wobec zagrożenia ze strony Rosji i możliwości powrotu do Białego Domu Donalda Trumpa należy myśleć o „europejskiej bombie atomowej”.

To należy do kompetencji przywódców Unii. Moją odpowiedzialnością jest zapewnienie możliwości zwiększenia europejskich zdolności obronnych.

Większy potencjał obronny na poziomie Unii pociąga za sobą konieczność sprawniejszego podejmowania decyzji przez Brukselę. Wielu uważa, że to wymusza rezygnację z prawa weta w Radzie UE w sprawach obronnych i zagranicznych.

Przeszliśmy z Unii od 6 do 27 państw członkowskich i zawsze udawało nam się dostosować do tego mechanizmy podejmowania decyzji w Brukseli. Poszerzeniu Unii musi też towarzyszyć poprawa zdolności do wzajemnej obrony krajów członkowskich.

Od początku wojny blisko dwa lata temu Francja przekazała Ukrainie 0,5 mld euro wsparcia, Niemcy 17 mld – podaje Kiloński Instytut Gospodarki Światowej. A więc 34 razy więcej. Dlaczego?

Nie mogę potwierdzić tych liczb. Chcę tylko zapewnić, że każdy kraj członkowski Unii podejmuje ogromne wysiłki, aby wesprzeć Ukrainę. Poza wsparciem dwustronnym musimy potwierdzić i zwiększyć pomoc wojskową dla Ukrainy na poziomie Unii Europejskiej.

Zdaniem portalu Politico w połowie stycznia tak relacjonował pan rozmowę Donalda Trumpa z przewodniczącą Komisji Europejskiej Ursulą von der Leyen w Davos w 2020 r.: „Musi pani zrozumieć, że jeśli Europa zostanie zaatakowana, nigdy nie przyjdziemy wam z pomocą, nigdy was nie wesprzemy. Zresztą NATO jest martwe i my z niego wyjdziemy, opuścimy NATO”.

To nie jest dokładnie tak, jak powiedziałem. Odniosłem się do spotkania, które było pierwszą okazją do kontaktu między prezydentem USA i przewodniczącą Komisji Europejskiej. Donald Trump przekonywał, że Europa musi znacznie poważniej podejść do własnej obrony, musi w większym stopniu wziąć ją w swoje ręce. Wszystkie kraje NATO powinny przeznaczać należną cześć budżetu na obronę i jeśli któryś z nich tego nie robi, to w praktyce inni muszą przejąć ciężar jego obrony, w szczególności Stany Zjednoczone – przekonywał. W tamtym czasie większość aliantów nie wydawała na ten cel 2 proc. PKB. Prezydent dowodził, że to jest nie do utrzymania. Ale każdy też wie, w jakie słowa Trump ubiera swoje wypowiedzi.

Pozostało 87% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Polityka
Łukaszenko oskarża Zachód o próbę wciągnięcia Białorusi w wojnę
Polityka
Związki z Pekinem, Moskwą, nazistowskie hasła. Mnożą się problemy AfD
Polityka
Fińska prawica zmienia zdanie ws. UE. "Nie wychodzić, mieć plan na wypadek rozpadu"
Polityka
Jest decyzja Senatu USA ws. pomocy dla Ukrainy. Broń za miliard dolarów trafi nad Dniepr
Polityka
Argentyna: Javier Milei ma nadwyżkę w budżecie. I protestujących na ulicach