Obóz władzy od siedmiu lat uprawia propagandę sukcesu z tak nieprawdopodobnym natężeniem, że kiedy nawet w niewielkim stopniu ten ton zostaje naruszony, wiedzcie, że coś się dzieje. Zwykle sygnalizuje to, że w jakiejś sprawie nie da się już dłużej chować głowy w piasek, choćby się pięciu Sasinów i dziesięciu Tarczyńskich uparło.

Kiedy premiera zapytali dziennikarze „Dziennika Gazety Prawnej” o oprocentowanie polskiego długu (w momencie przeprowadzania wywiadu sięgało 8 proc., w momencie publikacji sięgnęło już 9 proc.), Mateusz Morawiecki stwierdził, że go to „niepokoi”, i zapowiedział: „Będę się starał nie tylko trzymać finanse publiczne w ryzach, lecz także w taki sposób komunikować się z rynkami finansowymi, aby widziały, że w średniej perspektywie będzie dochodziło do ograniczenia deficytu budżetowego i do zmniejszenia długu publicznego w proporcji do PKB”.

Czytaj więcej

Jacek Nizinkiewicz: UE – nowy straszak wyborczy PiS

To próba robienia dobrej miny do bardzo już złej gry. W czasie, gdy ukazywał się wspomniany wywiad, Bank Gospodarstwa Krajowego odwołał niespodziewanie aukcję obligacji mających sfinansować rozbudowę naszej armii. Dlaczego? Najpewniej dlatego, że ich oprocentowanie było już na tyle niskie, że nie znalazłyby chętnych – a to dodatkowo nakręciłoby wokół tych papierów złą atmosferę.

Komunikacja z rynkami finansowymi to nie to samo co twarde liczby. Inwestorom nie da się zamydlić oczu parametrem relacji długu do PKB, która będzie się zmieniać w miarę wzrostu nominalnego produktu krajowego, co przecież nie oznacza, że dług maleje, a może wynikać choćby z inflacji. Inwestorzy czytają całość wypowiedzi premiera lub docierają do nich słowa Jarosława Kaczyńskiego, a z nich wynika, że władza nie ma w planach prowadzenia bardziej konserwatywnej polityki monetarnej. Przeciwnie: radośnie rozdaje pieniądze, jakbyśmy byli w okresie największej prosperity. W dodatku obłudnie argumentuje, że skuteczniejsza walka z inflacją musiałaby oznaczać wzrost bezrobocia. Owszem, to możliwe, ale bynajmniej nie pewne.

Równie możliwy jest scenariusz znacznie gorszy, a wynikający z obecnego kursu: recesja przy wciąż wysokiej inflacji i towarzyszący jej wzrost bezrobocia. A to i tak nie najgorsze, co może nas spotkać. Nieodpowiedzialna polityka monetarna, przekupywanie wyborców publicznymi pieniędzmi mogą skończyć się coraz bardziej panicznym nastawieniem do polskiego długu, a to z kolei w którymś momencie może stać się impulsem do histerycznej ucieczki od polskiej waluty i jej spektakularnego upadku. I to nie Putin będzie temu winny, ale rząd PiS.

Panowie Morawiecki i Kaczyński wciąż utrzymują, że da się jednocześnie gasić inflacyjny pożar i go podsycać, sypiąc pieniędzmi na prawo i lewo. Otóż nie, nie da się. W najlepszym wypadku obie strony tego równania się wzajemnie znoszą, lecz jako że czynników negatywnych jest więcej, to raczej one w takiej sytuacji przeważają.

Jeśli władza ma jakieś ostatki poczucia odpowiedzialności za państwo, powinna zareagować na informacje z rynków finansowych natychmiast i radykalnie, ograniczając wydatki. Zamiast tego mamy decyzję o wprowadzeniu 14. emerytury na stałe, co jest w tej chwili po prostu finansową zbrodnią. Żeby dopieścić własnych wyborców, PiS naraża zasoby, oszczędności, stabilność życia wszystkich Polaków.

W najgorszym scenariuszu ten rząd może pogrzebać finansowy krach Polski. Oby się to nie wydarzyło. Lecz nawet jeśli to zostanie nam oszczędzone, i tak czas rządów PiS zostanie zapamiętany jako okres skrajnej finansowej nieodpowiedzialności. Jej skutki – jak to się zwykle dzieje – widać właśnie w chwili, gdy sytuacja robi się naprawdę trudna.

Autor jest publicystą „Do Rzeczy”