Hanna Bachtina jest prawnikiem z 38-letnim stażem. Pracę zaczynała jeszcze w radzieckich sądach i zapewne nie spodziewała się, że po upadku ZSRR w białoruskim wymiarze sprawiedliwości niewiele się zmieni.

We wtorek została pozbawiona licencji adwokackiej przez Ministerstwo Sprawiedliwości, które stwierdziło, że Bachtina ma „niewystarczające kwalifikacje profesjonalne". Prawniczka nie ma wątpliwości, że resort jedynie wykonał zlecenie „pewnych służb". Bachtina jest kolejnym adwokatem, który stracił na Białorusi licencję z powodów politycznych.

Jeszcze w 2006 roku stawała ona w obronie zdelegalizowanego przez władze niezależnego Związku Pisarzy Białorusi. Później broniła znaną dziennikarkę Irynę Chalip, aresztowaną po wyborach prezydenckich w 2010 roku, którą organizacje międzynarodowe uznały za więźnia sumienia. Pod koniec zeszłego roku wyciągała z aresztu niezależnego białoruskiego blogera Eduarda Palczysa, skazanego na prawie dwa lata pozbawienia wolności w zawieszeniu. Od kilku miesięcy Bachtina reprezentowała interesy Mirosława Łazouskiego, głównego oskarżonego w tak zwanej sprawie Białego Legionu, nazywanej przez niezależne białoruskie media „sprawą patriotów". Łazouski wraz z ponad 30 innymi opozycjonistami został aresztowany pod koniec marca i oskarżony o „zorganizowanie masowych zamieszek" oraz „próbę obalenia rządu". W czerwcu po kilkumiesięcznym pobycie w areszcie KGB wszyscy zostali uwolnieni, a sprawa utknęła w Komitecie Śledczym. Obrońcy praw człowieka nie mają wątpliwości, że ta ostatnia sprawa zadecydowała o losie prawniczki.

– Rodziny aresztowanych mieli ogromny problem ze znalezieniem adwokata. Białoruscy prawnicy nie chcą bronić ludzi, wobec których oskarżenia mają charakter polityczny. Rozumieją, że to może zakończyć ich karierę – mówi „Rzeczpospolitej" Waliancin Stefanowicz z mińskiego centrum obrony praw człowieka Wiasna. – W 2011 roku co najmniej pięciu adwokatów straciło licencję. Bronili w sądach opozycyjnych kandydatów na prezydenta, których skazano na wieloletnie wyroki więzienia – dodaje.

Białoruskie sądy są całkowicie podporządkowane rządzącemu od prawie ćwierćwiecza prezydentowi Aleksandrowi Łukaszence. W 1996 roku przeprowadził kontrowersyjne referendum, które zniosło trójpodział władzy. Od tamtej pory mianuje nie tylko członków rządu, ale również prokuratorów, sędziów sądów najwyższego, konstytucyjnego i gospodarczego.

– Sędziowie na Białorusi wykonają każde polecenie władz. Państwo daje im mieszkania i płaci wysokie pensje. Mają wiele do stracenia. Ale za moich czasów w obwodzie mohylewskim zwolniono co najmniej czterech sędziów, którzy rozstrzygali sprawy nie po myśli władz. Na terenie całej Białorusi były dziesiątki takich przypadków – mówi „Rzeczpospolitej" Igor Tiszkin, były prezes sądu rejonowego w Klimowiczach, który w 2007 roku uciekł do Polski i dostał azyl polityczny. Również należy do grona sędziów, którzy na Białorusi stracili wszystko. Po ucieczce został oskarżony o korupcję, a na jego majątek został nałożony areszt. – Sprawa została sfabrykowana, ponieważ odmówiłem wydawania tak zwanych wyroków na zlecenie. Od lat próbuję dochodzić swoich praw w białoruskich sądach, ale żaden adwokat nie chce mnie bronić – tłumaczy.