Plus Minus: W pana wydanej ostatnio książce „Moje psie myśli" sporo jest wątków funeralnych. To granit nero assoluto idealny na nagrobek, to kujawski przyjaciel pytający, czy ma pan już „pieczarę", czyli grób. Pisze pan o śmierci ojca. Z kolei w marcu zmarł Ludwik Stomma, autor „Przedsłowia" do pana książki, a niedawno żegnał pan Jerzego Pilcha, który, tak jak pan, zamieszkał w Kielcach. Czy te wątki układają się w konkretne przemyślenia?

Wcześniej odszedł mi Romek Nowotarski, wspaniały śląski artysta malarz, potem Jurek Gruza, a niespełna miesiąc temu wielki przyjaciel z Ciechocinka – Jurek Kokorzycki. Na jego pogrzebie akurat nie mogłem być z powodu pandemii. Odfruwają chłopcy. A ja wciąż tutaj – na płocie. Mogę więc śmiało powiedzieć, że zjawisko śmierci porusza mnie i towarzyszy od samego początku. Nawet jeśli brzmi to pompatycznie, taka jest prawda, a prawda często brzmi pompatycznie. Pamiętam trupy z okresu wojny, bo urodziłem się w 1939 r. Miałem pięć lat, gdy widziałem wielu zabitych Niemców. Gdy nie było ich gdzie chować, umieszczano żołnierzyków w wielkiej szopie, gdzie leżeli zamarznięci na sopel. Były wtedy potężne mrozy... Nie wiem, czy to można napisać, ale na jednym z takich Niemców... zjechaliśmy kiedyś jak na sankach. To są fakty! Trzeba było tylko uważać, by nie jechał nogami do dołu, bo hamowały jazdę. Dziecko przyjmuje śmierć z przerażeniem, ale także z poczuciem wielkiej atrakcji. Wojna czyni potworów nie tylko z dorosłych, także z Bogu ducha winnych dzieci. Pamiętam, jak z moim starszym ciotecznym bratem Tadkiem Paszyńskim na skrzyżowaniu dróg do Łodzi i do Warszawy, przy którym leży mój rodzinny Kowal, ustawiliśmy jednego martwego esesmana w charakterze drogowskazu i przyczepiliśmy mu do prawej ręki kierunkowskaz „Warszawa". Nie było przecież lego. Można było co najwyżej toczyć po ziemi kuchenną fajerkę albo ślizgać się na drewnianych łyżwach... Takie tam zabawy czasu wojny.

Z teatrem wielkiej historii w tle!

Nieraz dostaję pytanie, jak to się stało, że zostałem aktorem i jaki miałem związek z teatrami. Odpowiadam, że w moim Kowalu było wiele teatrów: nauczycielski, dzięki któremu poznałem całego Fredrę, a w kościele odbywały się jasełka. Ale były też niezwykłe teatry dramatyczne ochotniczej straży pożarnej, pożarów oraz pogrzebów. Powiem panu, jakie wrażenie robiła na nas syrena strażacka. Nasza klasa w szkole podstawowej mieściła się szczęśliwie na parterze, a kiedy było lato, a okna otwarte, gdy syrena zawyła w mieszczącej się obok remizie, nie miało znaczenia, jaka jest lekcja: wyskakiwaliśmy przez okna i żaden nauczyciel nie mógł nas zatrzymać. Gnaliśmy do pożaru, żeby go zobaczyć, żeby to przeżyć. A obok nas gnały strażackie konie, ciągnące ręczne pompy na wozie. W „Moich psich myślach" jest opis pogrzebów i pana Piekarskiego, który na nich przemawiał. Dramaturgii pogrzebów w Kowalu oraz tego, co przeżyłem na ascetycznym protestanckim pogrzebie Jerzego Pilcha w kieleckim zborze – nie da się porównać. W Kowalu były przemówienia, orkiestra strażacka.

Barok!

Tak. Matki rzucały się do grobu. Trzeba było je w ostatniej chwili zatrzymywać. Dla nas, dzieci, to były ogromne wydarzenia. Ale zapamiętałem też Polskę lat 50. – najpiękniejszy czas ludzi uratowanych z pożogi wojennej, wspaniałych ludzi, serdecznych, przyjaznych, goszczących się, cieszących się darowanym życiem. To był czas, kiedy powstawały stadiony lekkoatletyczne, teatry. Nikt nie znał słowa weekend, ale furmanki rzędem jechały do lasu. Tam nocowaliśmy, spędzając czas na śpiewach, tańcach, raczkującym seksie.

Wraca pan do Kowala i tamtych czasów w „Moich psich myślach", ale książkę wydał pan już w Wydawnictwie Oficyna Jana w Kielcach. Jak pan tam trafił po latach spędzonych w Krakowie i Warszawie?

Może to zabrzmi sentymentalnie w ustach 80-letniego starca, ale nasze miejsce jest tam, gdzie kogoś kochamy i kochają nas. Gdyby nie – od ponad trzech lat – moja żona i gdyby nie żona Jurka, tobyśmy się w Kielcach nie znaleźli. Oczywiście, mam ogromną słabość do Krakowa. Przeżyłem tam w końcu ponad 40 lat.

Ale pożegnał się pan z Krakowem w „Moich psich myślach" – miastem zatłoczonym, turystycznym.

Miłość znaczy tyle, co bezpieczny i czuły dom. Jurek znalazł go w Kielcach, gdy był przykuty do wózka, a ja, mając blisko 80 lat. Zawsze wolałem małe jeziora, niskie góry. Nie interesuje mnie poznawanie nowych ludzi, bo nawet z tymi, których znam, nie mogę sobie poradzić. Nie mówiąc o sobie samym. Interesuje mnie metr kwadratowy, na którym stoję i próbuję go zdefiniować. Mając obok siebie ukochaną osobą, wszystko jedno, gdzie się mieszka. Poza tym w miastach, gdzie mieszkałem, zawsze lubiłem być przybyszem. Tak było z Krakowem, gdzie stoi mój jedyny Stary Teatr i klub piłkarski – Wisła, w przypadku Jurka to była Cracovia. Ale poza wdziękiem Krakowa i jego wampiryzmem, bo Kraków niebezpiecznie wciąga, dostrzegałem w nim też wiele zapyziałości i śmiertelnej nudy.

Ile wydał pan już w kieleckiej oficynie książek?

Moje psie myśli" to książka tutaj druga. Pierwszą był tomik poezji. Wcześniej współpracowałem z dwoma wydawnictwami. Pierwszemu zawdzięczam, że zacząłem pisać. Podczas jednego spotkania podeszło do mnie dwóch gości. Jeden trzasnął obcasami, jak się okazało, był przedstawicielem „Bellony" – więc pewnie jakiś były oficer, drugi był po cywilnemu. Zapytali, czy czegoś nie mam. Odpowiedziałem, że coś mam, ale nie sądzę, żeby to coś – były czymś. Czasami pisałem, wiersz albo felieton, jak mi się nudziło. Drugim wydawnictwem była Agora. Z oboma trudno było się w końcu porozumieć, ponieważ były nastawione na to, żeby ludzie kupowali dużo książek. Za dużo. Niekoniecznie wartościowych. Wiesław Myśliwski, którego uznaję za największego polskiego pisarza – jest dla mnie wyrocznią – ...tu mały komentarz...

Bardzo proszę.

Długo się namęczyłem, żeby nazwać te wszystkie pozycje, które leżą w księgarniach i nazywane są książkami. Przecież to jest nieporozumienie. Wchodzi pan do galerii handlowej, jaka jest też w Kielcach. Świateł od cholery, książki też się świecą. Mam wrażenie, że jestem w jakimś burdelu w Las Vegas. Długo się zastanawiałem jak to nazwać. Rozmawiałem o tym z Kubą Wojewódzkim, Andrzejem Domalikiem i innymi chłopakami, pytając ich, jak nazwać to wszystko, co powstaje z myślą o księgarniach. Na Boga, przecież to nie są książki! I właśnie całkiem niedawno, u Wiesława Myśliwskiego, znalazłem wreszcie to określenie, które mnie zadowoliło: to są „produkty masowego spożycia". I to się sprzedaje. Oczywiście, nie mam złudzeń: wydawnictwa stawiały na mnie, bo jako aktor całym swoim życiem zapracowałem na tak zwaną rozpoznawalność, a poza nią cieszyłem się też opinią skandalisty.

I pieprznie pan opowiada.

Tak: liczyli, że pikantnie wszystko poopowiadam i to się sprzeda. Taką nadzieję mieli, jak wydawałem książkę pod bardzo sprytnym tytułem „Mężczyzna i one". Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że tytuł jest ważniejszy od tego, co się napisze. Wzięto mnie za znawcę kobiet, co jest kompletną bzdurą, bo znawcy kobiet jeszcze nigdy nie spotkałem. Może Honoriusz Balzac nim był? Mam wrażenie, że kobiety są tak tajemnicze, że same siebie nie potrafią zdefiniować. A ja? Próbowałem je tylko poznać, rozszyfrować, pożartować z nimi. Kiedy mnie pytano, dlaczego piszę o kobietach, odpowiadałem, że taki felieton zaproponowało mi „Zwierciadło". Gdyby zaprosił mnie „Wędkarz polski", to pisałbym o rybach! A wracając do mojego wydawnictwa... Założyliśmy je z żoną, żeby samemu być sobie „sterem, żeglarzem, okrętem". No i przede wszystkim wiemy, ile książek na pewno zostało sprzedanych. Na Kujawach spotkałem wspaniałe grono ludzi, z Mirkiem Bińkowskim na czele, którzy z entuzjazmem wsparli finansowo obydwie moje pozycje. „Przyjaciele z Kujaw" – tak zaproponowali się nazwać. Wzruszające i pełne umiłowania do swojej małej ojczyzny.

Przeprowadził się pan do Kielc za swoją miłością, założył pan tam wydawnictwo. Co pan pomyślał, dowiadując się, że ze swoją żoną przeprowadza się do Kielc drugi krakus – Jerzy Pilch. Przyzna pan, że to niesamowity przypadek.

Jerzy Pilch to jest moja młodość. Jerzy przyznał, że nagą pierś kobiety widział po raz pierwszy w „Tangu" w Starym Teatrze w Krakowie, na które przyjechał z Wisły ze szkołą. Grałem w tamtym przedstawieniu Artura. Potem, po latach, spotkaliśmy się w kawiarniach sąsiadujących na krakowskim Rynku. Ja przesiadywałem w Vis a Vis, a Jerzy obok, w gronie chłopaków z „Tygodnika Powszechnego". Tak poznałem faceta mocnego, ironicznego, inteligentnego. Od razu widziałem, że wśród młodych intelektualistów z „Tygodnika" wiedzie prym. Na moich oczach wykluwał się lider, choć był jeszcze przed wydaniem wszystkich ważnych książek. Jedną z nich – „Tysiąc spokojnych miast", przeczytałem dla lubelskiego radia. No i co tu ukrywać: grzaliśmy wódę, do której, jak się okazało, miałem znacznie silniejszą głowę. Czym „w sensie ścisłym" nie wypada się chwalić. To jego określenie! Miał jeszcze „studzienny chłód" i „fraza". Czy go czytałem? No pewnie, że czytałem! Ale głównie ze sobą rozmawialiśmy, choć dalecy byliśmy od przyjaźni.

Chyba nie lubił się fraternizować?

Myślę nawet, że za mną nie przepadał. Ala ja też o nic nie zabiegałem, bo miałem wtedy przyjaciela mojego życia – pana Piotra Skrzyneckiego. Los nas jednak zetknął. Pilch bywał u mnie, piliśmy wódeczkę, a nawet miałem z nim pewien incydent, bo był dość bezkompromisowy. Dla dobrej frazy lubił nawet przesadnie przyp....dolić. Kochał to! Nawiasem mówiąc, też jest mi to dosyć bliskie. Ale nie do tego stopnia, co Jerzemu! Przyładował mi w jednym ze swoich słynnych felietonów za to, że... sprowadziłem sobie rasowego psa. Bardzo ironicznie o tym pisał. Tymczasem dostałem od włoskiego producenta filmowego pieska rasy jack russell terrier. Pilch „huzia na Józia", że jestem snobem, który sprowadza do Krakowa nieprawdopodobne rasowe psy i że mi się poprzestawiało w głowie. Jakby było mało, napisał, że spotyka mnie często na Rynku „jak świruję". Ty skurczybyku, pomyślałem, ja świruję? I napisałem do „Tygodnika Powszechnego" „Litanię do Jerzego Pilcha" z frazami „módl się za nami", jadąc po nim równo. Aliści redakcja nie chciała tego przyjąć do druku. Ostatecznie zamierzali dać w rubryce „Listy czytelników", a ja chciałem w tym miejscu, gdzie był felieton Jerzego Pilcha, oczywiście, cały czas zachowując przyjaźń. W końcu musiałem iść do redaktora naczelnego Jerzego Turowicza. Mówię, że strasznie po mnie „pojechał" redaktor Jerzy Pilch, na co odpowiedziałem litanią. Zastrzegłem: wiem, że może się nie spodobać Józefie Hennelowej, która w tygodniku zajmowała się sprawami Pana Boga, ale nalegałem, żeby wydrukowali. Turowicz odpowiedział: „Janku, oni mnie już nie słuchają"...

Znałem pierwszą żonę Pilcha – Anulę, i córeczkę, która Jurkowi wymyśliła tytuł powieści „Tysiąc spokojnych miast". Spytałem go nawet, co ma wspólnego z powieścią. Odpowiedział: „Nic, ale tytuł dobry". Ja podobnie zaczerpnąłem od mojego wnuczka Piotrusia tytuł „Moje psie myśli".

Jak by pan opisał wasze relacje?

On miał za wsparcie przemyślenia Lutra, a aktorowi, jak wiadomo, rozum jest niepotrzebny. Charakter też podobno przeszkadza! Piotr Skrzynecki zawsze pytał: „Panie Janie, po co panu charakter, dlaczego pan zawsze mówi prawdę? Przecież z aktorami się nie gada, nie jada i nie sypia, a pan ciągle jakieś stanowiska zajmuje". Tak więc Jerzego Pilcha lekko się obawiałem, ale bywało, że nocował u mnie. A potem wyjechał z Krakowa do Warszawy. Dzwoniliśmy do siebie w trakcie tamtego niewidywania się. Lubiliśmy się trochę. Jedna rzecz mnie zastanawiała: nigdy – ani negatywnie, ani pozytywnie – nie zajął się faktem, że zacząłem pisać.

Większość pisarzy czyta tylko siebie, ewentualnie o sobie, a przyznaje się do tego tylko wtedy, gdy dobrze o nich piszą.

To też. Z pewnością. Tymczasem moje pojawienie się... na pewno nie nazwę tego pojawieniem się w świecie literatury, bo za bardzo kocham książki i szanuję wielkich pisarzy. Ale skoro już pojawiłem się w świecie osób piszących, to powiem panu, że jest to nie końca przyjemne towarzystwo. Są niesłychanie zawistni . Aktorzy, o których się mówi, że bywają zazdrośni, są na tym tle aniołami. Spotykamy się w spatifie, potrafimy sobie wytknąć błędy, ale też coś pozytywnie zasugerować. Tymczasem, kiedy zacząłem publikować, zaczęto mnie zapraszać na różne spotkania literackie. Trochę irytację na mnie ludzi piszących rozumiem. Oni mieli na spotkaniach 30–40 słuchaczy, a ja 150 albo 300. To się oczywiście, wiązało z tym, że na spotkania ze mną przychodzili ludzie, którzy chcieli zobaczyć Wielkiego Szu. Ale przy okazji dowiadywali się, że zająłem się czymś tak niebezpiecznym jak pisanie, z czego starałem się im w sposób możliwie skromny wytłumaczyć. Jednocześnie mam prawo sądzić, że towarzystwo literackie było na mnie wk...wione. Oto ktoś wchodzi na ich i tak małe poletko, gdzie oni w pocie czoła tworzą: wchodzi jakaś łachudra aktorska z opinią babiarza, pijaka i śmie wydawać książki!

Jerzemu pan nie wspominał o pisaniu?

Zachowując ostrożność, nigdy tego tematu nie poruszałem. Chociaż odwróciłbym sytuację i chętnie zobaczył, jak gra Makbeta w teatrze! A dlaczego nie? Bawmy się! Jednak w kontaktach z Jurkiem jako osoba pisząca pozostałem w ukryciu. Jednocześnie jakiś czas temu zostałem wybrany do Stowarzyszenia Pisarzy Polskich i poczułem się szczęśliwy. Jakby ktoś zaproponował mi nowy zawód. Bo aktorstwo przeszło mi przecież trochę jak katar. Może to szczęście poczułem dzięki Wiesławowi Myśliwskiemu? Jak już wspominałem, dla mnie pisarz ten znaczy najwięcej. Nie wyżywa się, pisząc o znaczeniu słowa „talent", nie mówi, jak wymyśla kolejne fabuły na spacerach, bo w pisaniu chodzi o to, żeby napisać prawdę, dać trochę z siebie, zmierzyć się z własną samotnością, pomóc sobie i innym w tym głupiejącym świecie. Zaryzykuję tezę, że Polacy głupieją, od momentu kiedy złotówka zyskała na wartości. Przecież, gdy byliśmy biedni, to z biedy chciało nam się czytać i myśleć. W moim Kowalu, gdzie dojeżdżało tylko kino objazdowe, przeczytałem całą bibliotekę. Mając 11 lat, nie wiedziałem, co czytam i po co, czytałem Montaigne'a, i to w dużym niebezpieczeństwie, bo moja mama, mimo że była rozsądną kobietą, biła mnie ścierką po głowie, mówiąc: „Nie czytaj, bo zgłupiejesz". Wiesław, zapytany, dlaczego pisze, odpowiada: „Piszę, bo nie wiem".

A pan wie?

Ja nigdy nie będą miał nic z zawodowca. Kiedyś mnie fascynowała biała kartka. Coś z nią trzeba było zrobić, a tyle rzeczy się wydarzyło i dzieje. Ale ze mną jest jeszcze inaczej. Użyję sformułowania, które w Polsce zawsze było podejrzane: jestem człowiekiem szczęśliwym, bo mnie się w aktorstwie powiodło. Mało tego: powiodło się ponad moje oczekiwania i moją miarę. To się wzięło z biedy i małego miasteczka. Z jakich tam marzeń?! Być kimś to znaczyło być najedzonym. To było kryterium w moim Kowalu w latach 50., a nie wiersze, książki pisać. A teraz piszę. Dlatego staram się też, żeby moja dedykacja była lepsza od książki. To jest moja zasada, bo obawiam się, że czytelnik przeczyta dedykację, a reszty nie. Również dlatego moje książeczki są – na ile tylko można – piękne. To ma być piękny przedmiot, który każdy chce wziąć do ręki. „Sonety" Szekspira mogą beznadziejnie wyglądać, natomiast moje książeczki muszą być miłe również w dotyku. Muszą mieć piękne zdjęcia. To jest bez mała rzecz podstawowa.

To już przez pana przemawia kokieteria.

A dlaczego by nie? Znał pan Jurka, ten dopiero był kokietem.

O czym panowie rozmawiali w Kielcach?

Późną jesienią ubiegłego roku zadzwonił i powiadomił, że zamieszkał ze swoją ukochaną w Kielcach. Tutaj miał mieszkanie z windą, w której mieścił się wózek, a takich możliwości nie zapewniła mu Warszawa na Hożej. Znowu dygresja: był taki moment, że zadzwonił do mnie z wiadomością, że będzie nosił kapelusz. Ja przecież całe życie noszę kapelusze, pewnie dlatego do mnie zadzwonił. Jerzy miał dobrą twarz do kapelusza, a nawet przykładał do swego męskiego wyglądu wagę, do czego, jak każdy protestant, nie przyznałby się za skarby świata, bo oni są ascetyczni. Raz czy dwa widziałem jego zdjęcie w kapeluszu. Kompletny bezsens: nie kapelusz, tylko dekorację kapelusza. Wyszukany esteta, intelektualista, mądry protestant, a kiepski kapelusz. Powiedziałem mu to. Przyjął z pokorą. Nie był kompletny Jerzy. I powiem panu, nawet mi ulżyło, zbliżyło mnie trochę do jego geniuszu.

Wyrównał pan tą ironiczną litanią do kapelusza Jerzego Pilcha porachunki za jego felieton z "Tygodnika Powszechnego" o piesku rasy jack russel terrier, to niech pan opowie, jak wyglądało panów kieleckie spotkanie.

Spotkaliśmy się we czwórkę. Rozmowa była jak to przy chorym. Zaczyna się od tego, że nieźle wyglądasz, w co nie wierzy ani jeden, ani drugi. Ale co powiedzieć? Jerzy na wózku. Widać było, że męczy go mówienie. Nie powiem, by w jego oczach zagościła przyjemność, że mnie widzi, co mnie nie zabolało, bo byłem przyzwyczajony do jego: „Nowicki chodzi po Rynku i świruje". Jurek nie składał się z samych sympatii do drugiego człowieka. Zaczął mnie też powoli nudzić swoim sarkazmem. Ale przeczuwałem w szorstkim facecie z małego miasteczka jak ja, w jego szorstkiej miłości do matki, ogromne zasoby serca. Kiedyś mu o tym wspomniałem. Ale tak się zapędził w kierunku sarkazmu, że idąc w nowym kierunku wrażliwości, musiałby sobie zaprzeczyć. Nie pamiętam już w jakiej książce opisywał podróż bohatera autobusem do dziewczyny. To była literatura najwyższej klasy – klasy Tomasza Manna. Bo Jerzy miał rezerwy w sercu. Poza Lutrem, alkoholem, kobietami. Sarkazm, studzienność, te frazy już znałem. Taki Pilch był mi już znany. Nie znałem Pilcha z ogromnymi pokładami serca.

A był...

...otwarty na niespodziewaną miłość, która go nawiedziła, gdy już na nią nie liczył. I jak napisał nasz wspólny kumpel: „wbrew wszelkim pozorom i przenikliwości dla ludzkiego indywiduum, które na ogół dyktuje sceptycyzm i powściągliwość, był na to uczucie bardzo otwarty".

Tak zwani prawdziwi mężczyźni ukrywają swoją wrażłiwość?

Dobrze, że pan wspomniał to określenie. Prawdziwy mężczyzna to jest wieczne udawanie, próba imponowania i zdobywanie. To tak jak z prawdziwym politykiem. A nasz czas nie jest dla nas, mężczyzn. Czas, w jakim żyjemy, dużo lepiej znoszą kobiety. Zawsze lepiej od nas dźwigały trud życia. Mężczyzna przyjeżdżał na przepustkę, upijał się, robił dziecko i jechał na wojnę zabić albo żeby jego zabili. A kobiecie zostawiał w brzuchu to, co dalej ciągnęło szczęście lub nieszczęście życia. Kobiety są silniejsze psychicznie. Choć nie wierzę im do końca. Mowy nie ma! Zawsze sobie zostawiam 1 proc. wątpliwości. Ale to kobiety wygrywały wojny. One, one, one! One są mocniejsze. A najlepszy dowód, że tuż przed śmiercią to my mężczyźni lądujemy w ich ramionach.

Czy w takich okolicznościach kontynuowaliście spotkania?

Przez kolejne miesiące rozmawialiśmy tylko telefonicznie. Byliśmy umówieni na obiad w restauracji, ale wybuchła epidemia. Ponad dwa miesiące spędziłem na Kujawach, a potem przyszedł koniec maja. Zdążył pomieszkać w Kielcach niespełna pół roku. Jest pochowany bardzo blisko miejsca, w którym mieszkamy i jak na ironię 100 metrów od stadionu Korony. On, najwierniejszy kibic Cracovii.

Mówił mi pan, że napisał nową książkę. Proszę powiedzieć jak pan pisze.

Wstaję rano i kaszlę. Od papierosów. Śniadań nie jadam, bo nie lubię. Ale śp. mama zawsze mówiła, żeby nie palić na czczo, więc z myślą o niej, jem pół banana. I co robić dalej? Tymczasem zdarza się w moim długim życiu coś nowego. Mówię o koronawirusie. Im bardziej groźny – tym bardziej interesujący. Jak każdy ćwierćinteligent rzuciłem się na „Czarodziejską górę" Manna, na „Dziennik roku zarazy" Defoe, „Dżumę" Camusa. Gdziekolwiek opisują zarazę – ja po to sięgam. Ale będąc obstawiony książkami, na dobrą sprawę nie wiem, którą czytam. Wiem tylko, że zawsze muszę czytać „Idiotę", wszystko jedno na której stronie, bo tę książkę znam na pamięć. Dostojewski to jedyny autor, który wzbudza we mnie śmiech. Nie cierpię komedii, zasypiam na komediach, a polskie kabarety? Najchętniej bym wytruł. Natomiast biorę tego rosyjskiego geniusza do ręki i zaczynam się głośno śmiać, aż mi sąsiad w ścianę puka, bo myśli, że mi się coś stało. „Co się panu stało" – pyta. „Coś śmiesznego przeczytałem!". „A co takiego?". „No niech pan sobie wyobrazi panie Zenonie, że przeczytałem, iż „generał Iwołgin tak był zainteresowany kapitanową, że aż głęboko wzdychał. Zwłaszcza przy zawiązywaniu butów". Niech pan zobaczy: ten, który napisał „Biesy", potrafił zdobyć się na tego typu poczucie humoru. Inne książki czytam i zapominam. Zadzwonił do mnie kiedyś Jerzy Gruza i mówi: „Janek, dziwne zjawisko... Czytam po raz dziesiąty „W poszukiwaniu straconego czasu"

i nic nie pamiętam". Odpowiedziałem: „Jurek, nie martw się, dryfujemy w stronę Montaigne'a, który pisze w „Próbach", że rano wymyślał wspaniałe hasło, a wieczorem już go nie pamiętał". Zresztą zapamiętywanie wszystkiego do niczego dobrego nie prowadzi. Choć oczywiście mam nadzieję, że coś z tyłu głowy się odkłada. A poza tym – kto to wymyślił, że książki mają pisać ludzie mądrzy? To jest bardzo wygodna definicja.

I dobrze. Ale każda istota ma swoją opowieść. Swoją książkę. Ja dzięki temu, że znam litery i piszę, po raz pierwszy wspomniałem o moim ojcu. W „Moich psich myślach" spotkałem się z moim ojcem, którego nie pamiętam. Dzięki pisaniu. Czy to mało?

Wspominał pan, że najnowszą książkę „Spotkania w Raju" zawdzięczamy pana fascynacji „Profesorem Tutką i innymi opowiadaniami" Jerzego Szaniawskiego.

Bo bije z nich prostota, ciepło i humor. Pięknie to zagrał w telewizji Gucio Holoubek w serialu Andrzeja Kondratiuka... A w Krakowie jest ulica Rajska. 20 lat temu z panem Piotrem Skrzyneckim upijaliśmy się tam bardzo często w restauracji Raj. U Szaniawskiego profesor Tutka ma swoje opowiadanie, a u mnie jest grono bohaterów, którzy od lat spotykają się w Raju. Stąd tytuł „Spotkania w Raju". Ponieważ trwa pandemia, krakusy opuszczają swoje mieszkania i przenoszą się na stałe do Raju, gdzie mieszkają na pięterku, ponad restauracją, w niej zaś dyskutują. Każdy ma swoją opowieść. O życiu, miłości, literaturze, Polsce, o wszystkim. To jest ich zabawa. Wszyscy są grubo po siedemdziesiątce, czyli w grupie podwyższonego ryzyka. Aktor nazywa się Miniony, restaurator Jan Obrotny, kelnerka – Ewa Podaj. Jest lekarz mądry jak Vetulani albo doktor Szczeklik. I hodowca róż, co chce wyhodować jej czarną odmianę i nazwać ją... Pandemia.