Nie ma planów przebudowy społecznej, nie ma rozmachu, nie ma patosu zmian. Królują pragmatyzm, zimna kalkulacja, przyziemny rachunek zysków i strat. Tylko czy to prawda?
Przeczytałem w „Rzeczpospolitej”, że jeszcze w tym roku ma zostać wprowadzona obowiązkowa 30-proc. kwota dla kobiet w zarządach oraz radach nadzorczych niemieckich spółek giełdowych. Choć w Niemczech działa 14 tys. spółek akcyjnych, notowanych na parkiecie jest 700. Projekt rządu Angeli Merkel budzi sprzeciw nawet w koalicyjnym liberalnym FDP. Podobnie protestują przeciw niemu niemieccy przedsiębiorcy. A mimo to i tak zostanie pewnie wprowadzony w życie.Dlaczego? Bo – jak zauważyła niemiecka minister pracy Ursula von der Leyen – stan, gdy w zarządach 200 największych niemieckich firm jest zaledwie 3,2 proc. kobiet, nie może trwać. Dlaczego nie może trwać? Bo to niepostępowe. A dlaczego to niepostępowe? Bo kobiet w społeczeństwie jest połowa i tyle lub prawie tyle powinno być w zarządach. Jasne. A kto nie rozumie, ten jest zwolennikiem patriarchatu. Podobne prawa wprowadzono w Norwegii, gdzie 40 proc. kobiet musi zajmować miejsca w radach nadzorczych, i we Francji, gdzie kwota ma zostać wypełniona do 2015 roku.