Polak-Pałkiewicz: Nienarodzeni, ale użyteczni

To nie świeccy powinni w wolnym kraju grać pierwsze skrzypce w obronie życia, choć działalność wielu szlachetnych osób jest godna największego uznania. To zadanie dla Kościoła.

Aktualizacja: 28.04.2016 19:14 Publikacja: 28.04.2016 15:19

Polak-Pałkiewicz: Nienarodzeni, ale użyteczni

Foto: Plus Minus, Mirosław Owczarek

Jak z obrony życia nienarodzonych uczynić narzędzie zwalczania niewygodnej władzy? To proste, scenariusz został przećwiczony już za poprzednich (koalicyjnych) rządów Prawa i Sprawiedliwości.

Główne pytanie dzisiejszej batalii o życie brzmi – a raczej powinno brzmieć – co jest fundamentem postawy obrońców życia? Wiara w Boga czy humanizm? Dotychczas w argumentacji osób duchownych i świeckich domagających się ochrony życia nienarodzonych „bez kompromisu aborcyjnego" przebija przede wszystkim etyka humanistyczna. Bronić życia trzeba – głoszą obrońcy życia – bo człowiek jest człowiekiem od momentu poczęcia. Potwierdza to nauka, z nauką się nie dyskutuje. A człowieka nie wolno zabijać.

Argumentacja ta daje podstawę złudzeniu, że da się zrealizować „pełną ochronę życia" w skali ogólnospołecznej, odwołując się do „praw człowieka" z podstawowym prawem – do życia.

Gdzie się podziała bojaźń Boża

Kościół katolicki, kierując się zasadami myślenia realistycznego według filozofii św. Tomasza, doskonale rozumiał, że człowiek nie dlatego czyni zło, że nie wie, że to coś jest złem.

Czytaj także:

Dziś nastąpiło jednak odejście od tej filozofii na rzecz idealizmu heglowskiego i fenomenologii. Dlatego obrońcy życia mogą swobodnie lansować teorię – bez ryzyka, że zostaną przywołani przez duchownych do rzeczywistości – że system penitencjarny definitywnie poradzi sobie z problemem aborcji z uwagi na wychowawczą funkcję prawa. Ludzie przestaną zabijać nienarodzone muminki, gdy będzie im grozić sankcja karna. Jest to klasyczna utopia. Tu potrzebna jest po prostu bojaźń Boża. Pojęcie zapomniane i odrzucone, a wręcz wyśmiane w czasach, w których tak powszechne jest oddzielanie miłosierdzia Boga od Jego sprawiedliwości.

Sama świadomość, że ta mała istota jest człowiekiem, nie wystarcza, by przestano popełniać wobec niej to największe przestępstwo. Staje się to coraz bardziej widoczne, gdy obserwujemy, jak pogłębia się podział między zwolennikami i przeciwnikami sankcji karnych w przypadku aborcji (oczywiście, nie bez umiejętnej pracy łopat zawodowych pogłębiaczy, którzy nie mają nic wspólnego z obroną życia), mimo że wiedzy na ten temat przybywa i jest ona coraz bardziej dostępna. Zwłaszcza że dziś świadomość ta występuje w zestawie z „twardą" ideologią „pełnej wolności", czyli z ideologią praw człowieka.

Zapominanie o płaszczyźnie religijnej w sprawach moralnych skutkuje popadnięciem w sprzeczności, z których nie ma wyjścia. Sprzeczności wcześniej czy później stają się zarzewiem konfliktu społecznego. Odrzucając fundament religijny, ignoruje się bowiem prawdę o tym, jaka jest natura ludzka. I jaka jest natura zła. Paradoksalnie, religijną płaszczyznę zagadnienia pomijają nie tyle lewacy, ile właśnie „antyaborcyjna" radykalna prawica.

Przeświadczenie, że kiedy ludzie zdobędą wreszcie „całkowitą pewność", że człowiek jest człowiekiem od poczęcia, podporządkują się „dobremu, antyaborcyjnemu ustawodawstwu", jest naiwnością typową dla współczesnego humanizmu czy, mówiąc dosadniej, naturalizmu. Wynika ona z infantylnego wyobrażenia, że trzeba tylko oświecenia, by ludzie przestali popełniać zło! Taki pogląd lansowali renesansowi i oświeceniowi myśliciele, którzy za punkt honoru stawiali sobie zaprzeczanie nauce Kościoła o Bogu i o człowieku.

Tymczasem tradycyjna nauka Kościoła, którą znaleźć można w każdym wydanym przed Soborem katechizmie, wyraźnie mówi o skażeniu natury ludzkiej przez grzech. Życie jest krótkie – podkreśla się tam na każdej niemal stronie. W życiu trzeba myśleć o jego końcu, o Sądzie, o Bożej sprawiedliwości, która obejmuje wszystkie czyny człowieka, a nawet jego myśli i uczucia. Jednym z podstawowych punktów każdego katechizmu była „pamięć o rzeczach ostatecznych" jako najlepszym środku uchronienia się od grzechu, zapanowania nad instynktami natury.

Kościół nie powoływał się ani na odkrycia naukowe, ani na prawa ludzkie. Szanował je, ale nie one dostarczały mu argumentacji. Mówił o zasadach danych przez Boga, niezmiennych i nieprzekraczalnych pod karą wieczną. Prawo się do tego w pewnym ograniczonym zakresie dostosowywało. Dziś jest odwrotnie.

Aborcja bez kontekstów

Duchowni nie wpadali na pomysł, że trzeba ludziom rozdawać kopie odlewu małych stópek nienarodzonego dziecka, by doznawali wzruszenia i zmieniali swoje życie. Mówili im o Bogu i o tym, że nie można lekceważyć Jego praw.

Czy nie dlatego, że nauczanie Kościoła zaczęło być coraz powszechniej kwestionowane – począwszy od XVIII i XIX wieku nawet w samym Kościele, za sprawą teologów modernistów, wspartych na Kartezjuszu i niemieckim idealizmie – i zastępowane niezobowiązującymi opiniami, humanistycznymi teoriami i literackimi impresjami, mali Hiacynta, Łucja i Franciszek w Portugalii na początku ubiegłego wieku zostali przez Matkę Bożą obdarzeni wizją piekła? Nie symboliczną, lecz nadzwyczaj realistyczną. I usłyszeli, że najwięcej ludzi trafia do oceanu ognia z powodu grzechów zwanych cielesnymi. „Padali tam jak deszcz" – mówiła Hiacynta.

Jedyny raz w objawieniach Maryjnych został przywołany byt polityczny, Rosja. Matka Boża poprosiła o poświęcenie Rosji Jej Niepokalanemu Sercu, wyjaśniając szczegółowo, jak ma się to odbyć.

Czy przesłanie fatimskie nie zostało dziś zapomniane? A nawet – mówiąc wprost – zignorowane? I czy wobec wymowy tego faktu nie należy głęboko wątpić, że wprowadzenie restrykcyjnego prawa antyaborcyjnego zagwarantuje w Polsce powszechną moralność?

Nie łudźmy się, dopóki będzie istniało „zapotrzebowanie" na bezkarność procederu aborcyjnego i dopóki część Polaków będzie dawała sobie nań przyzwolenie, dopóty sprawa antyaborcyjnego prawa będzie bezwzględnie wykorzystywana w walce politycznej. Jako jedna z najefektywniejszych sposobów na „podpalanie" społeczeństwa, rozniecanie krańcowych emocji, wszczynanie kryzysu zaufania do władz. Będzie narzędziem szantażu wobec ekipy rządzącej, która chce się odwoływać do katolików i zabiega o ich poparcie.

A przecież grzech aborcji, czyli łamanie przykazania „nie zabijaj", z reguły nie istnieje bez wykroczeń przeciw dwóm innym przykazaniom. Czy często słyszeliśmy w ostatnim dwudziestoleciu przestrogi przed pornografią, życiem bez ślubu, rozwodami?

Niepodnoszenie tych tematów nie niepokoiło jakoś szczególnie wielu tych, którzy dziś domagają się zaostrzenia sankcji prawnych przeciw aborcji. To wprost niewiarygodne, ale ocena procederu zabijania nienarodzonych została wyrwana z szerokiego kontekstu moralnego – którego źródła tkwią w sposób oczywisty nie tylko w permisywizmie, jaki ogarnia społeczeństwo, ale też w kryzysie Kościoła. Proceder ten zaś został uznany za samoistne zjawisko. Czy w ramach przygotowań do stulecia objawień w Fatimie nie warto o tym zaniechaniu przypominać i zdać sobie gruntownie sprawę z jego przyczyn?

Człowiek, który żyje w religijnej próżni i jest nieustannie stymulowany w kierunku swobody obyczajowej, nie wyrzeknie się dostępności aborcji „z litości" nad nienarodzonym i znajdzie w swoim sumieniu tysiące powodów relatywizowania zła, którego jest sprawcą. Będzie wypierał je ze świadomości, głuszył działalnością charytatywną, tłumił aktywizmem społecznym, tłumaczył się przed sobą, że jest „niedojrzały" do rodzicielstwa albo „nie stać go" (dziś, gdy działa już program 500+, będzie to z pewnością trudniejsze).

Notorycznie myli się przy tej okazji dwa porządki: prawny i moralny. Prawo nie gwarantuje moralności. Oczywiście może jej w pewnych warunkach pomóc. Jeśli jednak w społeczeństwie nie odrodzi się wiara w Boga, który jest nie tylko miłosierny, ale też sprawiedliwy, podziemie aborcyjne będzie się szerzyć tym bardziej, im bardziej restrykcyjne będzie prawo.

Sąd, piekło, czyściec

Wielu komentatorów ze strony katolickiej widzi następujący ciąg ewolucyjny: poprawa bytu Polaków (rozpoczęta w epoce transformacji!) m u s i zaowocować poprawą świadomości, a ona z kolei – poprawą ustawodawstwa. Jest to rozumowanie czysto marksistowskie. „Byt określa świadomość". Człowiek „z natury dobry" staje się jeszcze „lepszy", kiedy mu się lepiej powodzi. W tym języku nie ma w ogóle miejsca na pojęcia religijne. Nie istnieje wymiar nadprzyrodzony.

Nie chce się też dostrzec, że od tamtego czasu (od lat 90. ubiegłego wieku) erozji uległa religijność, osłabła wiara. Człowiek niewierzący lub religijnie letni zawsze znajdzie dla swoich czynów usprawiedliwienie.

To nie świeccy powinni w wolnym kraju grać pierwsze skrzypce w obronie życia, choć działalność wielu szlachetnych osób jest godna największego uznania. To zadanie dla Kościoła. Kościół ma umacniać wiarę w Boga. Ma do tego wszelkie narzędzia dane mu przez Boga, gdy tylko zdecyduje się odejść od idealizmu filozoficznego i modernizmu teologicznego, od schlebiania swoim owieczkom, odwoływania się do uczuć nie do rozumu, stawiania na aktywizm i lansowania „charyzmatyków" i masowych widowisk z cyklu „zasypiamy w Duchu św.", zamiast porządkowania religijnego myślenia wiernych.

Natomiast państwo jest neutralne światopoglądowo, zgodnie z konstytucją i konkordatem. Tym bardziej Kościół powinien pomóc Polakom wrócić do zapomnianych prawd wiary, do prawdy o grzechu, sądzie, piekle i czyśćcu. To nie są wymysły dawnej epoki. To są podstawowe prawdy katechizmowe wynikające z dogmatów. One pomogą szybciej niż wszystkie ruchy antyaborcyjne razem wzięte, wsparte restrykcyjnym prawem, uporać się z ogromnym złem zabijania nienarodzonych dzieci. Gdy ludzie to sobie przypomną, wezmą się po prostu w garść.

Tymczasem słyszymy zewsząd zapewnienia: „Miłosierdzie Boże przyniesie realne owoce, jak zbudujemy cywilizację miłości". Niestety, natura ludzka – jak głosił zawsze Kościół – nie jest bynajmniej okazem zdrowia od pewnego tragicznego wydarzenia w raju, gdy chodziliśmy przyobleczeni tylko w szatę naturalnego piękna naszych ciał. Wydarzenia, które obudziło w człowieku nieprzezwyciężoną pychę i nieposłuszeństwo Bogu. Z tego powodu cywilizacja miłości jest utopią.

Kościół przed 1965 rokiem nie szczędził słów, by dobitnie to stwierdzić, nazywając naturę ludzką po grzechu pierworodnym „skażoną", „zmienną", „skłonną do zła", „zmysłową", a nawet „upadłą". Potrzebującą pilnie pomocy. I tę pomoc otrzymywała ona przez sakramenty Kościoła i nieustanną zachętę ze strony duchowieństwa do wytrwałej pracy nad sobą. Było i jest co robić!

Dziś – przeciwnie – niektórzy hierarchowie (na szczęście w Polsce nieliczni) nie mają wprost słów, by określić, jak bardzo człowiek jest, z natury swej, chodzącą doskonałością. „Świętość osoby ludzkiej" i „nieograniczona godność człowieka" to tylko skromne przykłady retoryki optymistów wychowanych na soborowych deklaracjach, które odrzuciły realistyczną prawdę o człowieku i zaczęły tworzyć literacki słownik pobożnych życzeń i innych wzniosłości, licytując się w uwielbieniu dla człowieczeństwa.

Prawa antyaborcyjnego nie uda się nigdzie, pod żadną szerokością geograficzną, w sposób idealny przestrzegać bez moralnego uzdrowienia ludzkich dusz. Wprowadzenie go teraz będzie miało natychmiastowe skutki wprost przeciwne do zakładanych przez prawdziwych obrońców życia. Jarosław Kaczyński, któremu zarzuca się (w niektórych katolickich i konserwatywnych mediach), że nie zamierza wprowadzać dyscypliny partyjnej podczas głosowania nad zaostrzeniem prawa karnego w tej sprawie (a więc oczywiście „jest przeciw życiu!"), okazuje się par excellence realistą, nie idealistą. Myśli zdecydowanie tomistycznie. Jego powściągliwa postawa wynika z poczucia odpowiedzialności polityka za państwo.

Nie jest sztuką oddać władzę i narazić współrodaków na utratę państwa lub kolejny rozdział jego systemowej grabieży w imię moralnego radykalizmu. Tak jak nie jest sztuką wykrzyczenie dobrych intencji. Sztuką jest, w imię odpowiedzialności, jaką Jarosław Kaczyński dźwiga na swoich barkach, dać przetrwać i rozwinąć się państwu, które jest źródłem dobra doczesnego obywateli.

Troszcząc się o to dobro, pośrednio „pomaga do nadprzyrodzonego uświęcania dusz", jak czytamy w katechizmie sprzed 130 lat. „Kościół bowiem jest społecznością duchową i nadprzyrodzoną, państwo zaś naturalną i doczesną; każda z nich jest społecznością w swoim rodzaju doskonałą z największą władzą, gdyż każda z nich w sobie i przez siebie posiada środki potrzebne do osiągnięcia swego celu", głosi encyklika Leona XIII Immortale Dei z 1885 roku (za: Katechizm katolicki, Piotr kard. Gasparri).

Coraz lżejsze sumienia

Dziś niektóre gazety podgrzewają atmosferę nagłówkami typu: „Życie w rękach PiS-u", „Polska nie rozwinie skrzydeł, jeśli będzie krępowana przez kompromis aborcyjny" („Nasz Dziennik" 1.04.2016). Gdy widzi się takie hasła, nie ma się wątpliwości: tu nie chodzi o obronę życia, ale o polityczną rozgrywkę.

Zmiana postaw wobec aborcji dzieci chorych lub poczętych w wyniku gwałtu (niezwykle rzadkie w Polsce przypadki) nastąpiłaby także wtedy, gdyby nie tyle z miejsca zaostrzono prawo (które w przyszłości trzeba oczywiście poprawić), ile realnie broniono lekarzy, pielęgniarek, położnych, którzy czynnie utrudniają, a nieraz wręcz uniemożliwiają na swoim terenie proceder aborcyjny. Gdyby konkretnie ich wspierano, nagłaśniano bezkompromisowość tych odważnych ludzi, którzy praktycznie realizują przykazanie „nie zabijaj", ryzykując karierą, podstawami bytu. Tak jak prof. Chazan. Czy jak ubogie rodziny, które nie wahają się ani chwili, by przyjąć kolejne chore dziecko. Takich ludzi jest w Polsce więcej. Oni bronią życia najskuteczniej. Nieocenioną rolę spełniają też prowadzone przez siostry zakonne „okna życia" i domy samotnej matki.

Przekonanie, że wszystko co ważne osiągnie się metodą ustaw, jest wizją na wskroś utopijną i zupełnie nam obcą; praktykowali to w swoim państwie Rosjanie. Ustawa towarzyszyła nahajce albo spełnia jej rolę. Ale my nie jesteśmy w Rosji – ojczyźnie aborcji na życzenie – o czym tak często zapominają „zawodowi" obrońcy życia, zawsze pokazując jedynie „zgniliznę Zachodu".

Rola ludzi Kościoła w tej sprawie jest zasadnicza. Duchowni mają przestrzegać przed grzechem. Nazywać go, piętnować, pomagać przezwyciężyć. A nie relatywizować jego skutki, zanim nawet dojdzie do nawrócenia jego sprawcy. Nie przekonywać, że każda „osoba ludzka" jest „święta".

Ks. prof. Tadeusz Guz mówi, że Kościół ma „uwrażliwiać" sumienia. Zgoda. Ale czy – nade wszystko – nie ma n a u c z a ć o konsekwencjach grzechu (wiecznych! – gdy grzech nie jest przez Kościół rozgrzeszony)? Odmawiać rozgrzeszenia, gdy nie są dopełnione wszystkie warunki zerwania z grzechem? Odmawiać komunii św., gdy nie ulega wątpliwości personalna odpowiedzialność osób publicznych za czynne szerzenie największego zła, sianie publicznego zgorszenia. Nie bać się używać ekskomuniki – dla dobra wierzących. Czy to także nie są podstawowe obowiązki ludzi Kościoła?

Z czym mamy tymczasem do czynienia? Ze specjalnymi warunkami, by grzeszący w tej dziedzinie mieli coraz lżejsze sumienia! Bo najważniejsze jest, jak się dziś mówi, by grzesznik pozbył się strachu przed Bogiem, który jest nieskończenie miłosierny. Ale to nie strach jest tu problemem. Raczej jego brak. Problemem jest fałszywy obraz Boga. I rezultat tego zafałszowania: powszechność najcięższych grzechów.

Władza polityczna ma z kolei tworzyć warunki, by jasne, nie złagodzone przez poprawność polityczną, zbawienne dla człowieka nauczanie Kościoła było jak najszerzej znane, szanowane, akceptowane. Na tym polega współpraca państwa z Kościołem. Nie może ono natomiast Kościoła wyręczać, łudząc siebie i innych, że ustawodawstwo karne wypleni grzech.

W sytuacji, z jaką mamy dziś w Polsce do czynienia, gdy tylko 20 procent dorosłych Polaków faktycznie popiera obecną władzę, stawianie jej warunków: zaostrzcie ustawę, inaczej będziecie wrogami dzieci i kobiet i spadnie na was odium bezbożników, ma tylko jeden cel: usunąć tę władzę jak najprędzej, a nie zapewnić ochronę życia. To, co słyszymy ze strony niektórych – skądinąd bliskich Kościołowi – działaczy pro-life, trudno traktować jako religijne czy nawet moralne wezwania; są to czysto polityczne hasła głoszone z obłudną miną „zatroskanych" o publiczną moralność. I służą wprost, bez niedomówień, obaleniu rządu Prawa i Sprawiedliwości.

Można to przedstawić na następującej modelowej sytuacji. Wyobraźmy sobie, że katolicy zdobyli jakimś cudem władzę polityczną w państwie zamieszkanym przez muzułmanów (tych łagodnych); muzułmanów jest 80 procent. Radykalny działacz katolicki pisze w gazecie tekst, w którym żąda od władzy: albo wprowadzicie katolickie państwo narodu polskiego, albo ogłosimy, że jesteście zdrajcami. Efekt? Ekipa katolicka ulega i błyskawicznie traci władzę. W taki sposób pod pozorem postulatów religijnych formułuje się postulaty polityczne i doprowadza do przewrotu.

Ludzie, którzy obecnie są przy władzy, nie tylko doskonale rozumieją wagę problemu obrony nienarodzonych, w przeciwieństwie do swoich poprzedników; oni dosłownie zwijają się jak w ukropie, żeby wprowadzić jak najszybciej jak najwięcej korzystnych dla społeczeństwa zmian, naprawić państwo, postawić tamę wszelkim nadużyciom, zapewnić obywatelom bezpieczeństwo i utrzymać władzę w trudnych warunkach zewnętrznych i wewnętrznych. Towarzyszy im brak zaufania podatnej na manipulację większości! Ciągle większości, w tym bardzo wielu katolików.

A co będzie, gdy ludzie Prawa i Sprawiedliwości utracą władzę? Nastąpi ostateczny kres wszelkich marzeń o wszelkiej prawnej obronie życia. Niektórzy złotouści retorzy i moraliści dopiero wtedy się obudzą; usłyszą też wreszcie, co mówili, zobaczą, z kim i o co walczyli.

Nawet św. Jan Paweł II, uznawany powszechnie za patrona obrony nienarodzonych, nie sprzeciwiał się temu, co nazywa się dziś pogardliwie kompromisem aborcyjnym. Mówił, że polityk w ramach swej odpowiedzialności za państwo musi osiągać to, co możliwe, jeśli nie jest możliwe osiąganie tego, co pożądane.

Przypomnijmy sobie, jaką postawę zajmowały polityczne środowiska „radykalnie stojące przy życiu", gdy już znalazły się przy władzy. Ile inicjatyw ustawodawczych w tej dziedzinie miała AWS czy LPR? Żadnej. „Obrona życia" była traktowana czysto instrumentalnie.

Grzech zanegowany

Idealistyczne wyobrażenie, że może istnieć doskonałe ustawodawstwo, idealnie realizowane i respektowane przez wszystkich członków społeczeństwa – bo idealne społeczeństwo też jest do wyobrażenia w tej koncepcji – jest charakterystyczne dla sposobu myślenia środowisk narodowych. Mówił o źródłach tego zjawiska celnie Adam Mickiewicz w swoich paryskich prelekcjach. To przeświadczenie zbudowane jest na typowo protestanckim braku zaufania do ludzi, obawy przed nimi i w związku z tym ograniczaniu na różne sposoby ich wolności, z jednej strony, z drugiej – na negowaniu skażonej grzechem natury ludzkiej. Na odcinaniu się od prawdy o grzechu jako takim. Traktowaniu jako bajki grzechu pierworodnego.

Czy ci najgłośniejsi dziś w mediach obrońcy życia są więc naiwni? Nie, nie są naiwni. Istnieją natomiast poważne obawy, że niektórzy z nich mają pewne poważne rachuby polityczne.

Warto na koniec zapytać, co właściwie znaczy „obrońca życia"? Czy nie wystarczy powiedzieć „rzymski katolik"? Taki, który nie relatywizuje, nie rozmiękcza Dekalogu, nie usprawiedliwia zła okolicznościami? Dlaczego specjalnie celebruje się dziś w Kościele postawę, która na to naprawdę nie zasługuje, ponieważ jest zwykłym, elementarnym obowiązkiem każdego katolika? I dlaczego wydziela się ją ze światopoglądu katolickiego, czyli z całego systemu zapatrywań i postaw człowieka wierzącego?

Autorka jest publicystką. Publikuje w „Arcanach", „Powściągliwości i Pracy", „Niedzieli", „Źródle" i „Christianitas". Przeprowadziła wywiad rzekę z premierem Janem Olszewskim „Prosto w oczy". Autorka książek „Patrząc na kobiety", „Rycerze wielkiej sprawy"

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:

prenumerata.rp.pl/plusminus

tel. 800 12 01 95

Jak z obrony życia nienarodzonych uczynić narzędzie zwalczania niewygodnej władzy? To proste, scenariusz został przećwiczony już za poprzednich (koalicyjnych) rządów Prawa i Sprawiedliwości.

Główne pytanie dzisiejszej batalii o życie brzmi – a raczej powinno brzmieć – co jest fundamentem postawy obrońców życia? Wiara w Boga czy humanizm? Dotychczas w argumentacji osób duchownych i świeckich domagających się ochrony życia nienarodzonych „bez kompromisu aborcyjnego" przebija przede wszystkim etyka humanistyczna. Bronić życia trzeba – głoszą obrońcy życia – bo człowiek jest człowiekiem od momentu poczęcia. Potwierdza to nauka, z nauką się nie dyskutuje. A człowieka nie wolno zabijać.

Pozostało 97% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Plus Minus
Kataryna: Niezasłużone szczęście obrońcy ministra Romanowskiego
Materiał Promocyjny
Jak wykorzystać potencjał elektromobilności
Plus Minus
Nowa dyrektorka PISF: Dialog i transparentność to fundamenty mojej pracy
Plus Minus
J.D. Vance. Nawrócony na Trumpa
Plus Minus
Atomowe szachy poza kontrolą
Plus Minus
„Wracamy do Przodownika”: Dobre żarty z piwnicy