Podziwiany za upór, niezależność, za odwagę. Wyszczekany pismak i erudyta w jednej osobie, pobity w 1968 roku za śmiałe wystąpienia. Jak byśmy dziś powiedzieli, postać „kultowa".
Mija 100 lat od urodzin Stefana Kisielewskiego – Kisiela. Mija w momencie, kiedy dorobek jego dawnego środowiska, grupy Znak i redakcji „Tygodnika Powszechnego", zaczyna podlegać reinterpretacjom – pierwszym sygnałem jest książka Romana Graczyka „Cena przetrwania". Naturalnie Kisiel wybroni się najlepiej – jako ten, który wierzgał mocniej niż inni, a do kolegów miał pretensje pokrywające się z uwagami dzisiejszych „rewizjonistów".
Ale i Kisielowi należą się, niekoniecznie w okolicznościowych artykułach, ale w debacie, oceny wszechstronne. Andrzej Friszke pisze w Kisielowej wkładce do „Tygodnika Powszechnego": „Dziś modne są ideologiczne tezy, wedle których z komunistami trzeba było albo walczyć, albo kolaborować". Takie głosy się naprawdę pojawiają. Ale też profesor, opisując tak prosto dylematy inteligencji w PRL, ustawia sobie dyskusję.