Spore wrażenie robi zestawienie krajów, w których zaufanie do mediów również spadło najbardziej. Jeśli chodzi o gazety, są to w kolejności Serbia, Turcja, Węgry, Rosja i Polska. Pod względem spadku zaufania do radia i telewizji – Serbia, Węgry, Turcja, Rosja i Polska (na szóstym miejscu są... USA).
Na szczęście wciąż nas wiele różni od Turcji, Rosji czy Węgier. Ale łączy jedno – otóż władze tych krajów z ataków na nielubiane przez siebie media uczyniły stały punkt swej politycznej agendy. Wielkie spadki zaufania dotyczą też krajów o tak ugruntowanej demokracji jak USA – gdzie zaufanie do gazet, radia, tv i internetu spadło o ok. 30 proc. To nie przypadek – zarówno prezydent Donald Trump, jak i silnie tożsamościowe media związane z radykalną nową prawicą z ataku na prasę mainstreamową uczyniły jeden z filarów swego przekazu.
Ale tam, gdzie krytykowane są media z przeciwnego obozu, zaufanie do mediów w ogóle spada. Odbiorcy uznają, że skoro przeciwnicy wykorzystują media politycznie, to samo dotyczy wszystkich mediów. To cecha każdej teorii spiskowej – najpierw dostrzega się jeden spisek, ale na końcu drogi jest konstatacja, że wszystko jest spiskiem.
W efekcie wszelkie niekorzystne dla swojego obozu informacje nazywa się „szczuciem" czy „jątrzeniem" albo po prostu fake newsem. To ostatnie pojęcie stało się ulubioną frazą prezydenta USA Donalda Trumpa, który wszystkie informacje niezgodne z jego wizją świata nazywa właśnie w ten sposób.
Kryzys zaufania do mediów pociąga za sobą kryzys zaufania do demokracji, która wymaga zaufania do instytucji. Nieufność do mediów zaś jest początkiem totalnej nieufności do wszelkich instytucji. Media pełnią wobec demokracji rolę kontrolną, ale gdy tracą zaufanie, rola ta jest zastępowana udziałem w którymś z chórów – przeciwników lub sojuszników, a polaryzacja polityczna coraz bardziej rośnie.
Spadające zaufanie do mediów paradoksalnie znacznie zwiększa podatność na manipulację i dezinformację. Po pierwsze, jeśli przestajemy ufać mediom, przestajemy ufać jedynym instytucjom, które są w stanie demaskować kłamstwa i propagandę polityków. Politycy, podważając wiarygodność mediów, działają więc we własnym interesie, bo uderzają w siłę, która mogłaby kontrolować ich słowa i czyny. Ale – po drugie – tam, gdzie nikt nikomu nie ufa, zaciera się granica między prawdą a fałszem. Gdy nikomu nie ufam, uznając, że wszystko jest kłamstwem, tracę zdolność rozróżniania między prawdziwością i nieprawdziwością. Tam, gdzie panuje totalny relatywizm, trudno odróżnić informację od dezinformacji.
Oczywiście, media popełniają mnóstwo błędów i same ponoszą cześć winy za ten kryzys zaufania. Wszak skrajne upolitycznienie części mediów rzuca się cieniem na zaufanie do wszystkich innych. Ale bez aktywnego działania polityków, którzy świadomie podkopują to zaufanie, to zjawisko nie byłoby tak silne.
To symptom znacznie poważniejszej choroby, którą przeżywają nasze demokracje. Bo z mediami jest jak z demokracją. Mają mnóstwo wad, ale dotychczas nie wymyślono lepszego mechanizmu kontroli polityki niż właśnie wolna prasa.
PLUS MINUS
Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:
tel. 800 12 01 95