Zjawisko to nazywa się populizmem penalnym, znanym i opisanym przez naukę.
Sprowadza się ono do tego, że osoby mające wpływ na tworzenie prawa (ministrowie, posłowie) na każde bulwersujące opinię publiczną wydarzenie (np. makabryczne zabójstwo), reagują zapowiedzią pilnej zmiany przepisów. Zazwyczaj chodzi o zaostrzenie kar za rzeczone przestępstwa. W myśl filozofii, że im kara wyższa, tym bardziej odstrasza.
Zaostrzenie kary ma być więc antidotum na pojawiające się i wyolbrzymione za pośrednictwem mediów zagrożenia. Jest też wyraźnym sygnałem dla opinii publicznej: patrzcie, jak szybko reagujemy i likwidujemy problem. Teraz możecie czuć się bezpieczni.
Ten sposób myślenia dominuje wśród osób mających wpływ na kształt prawa karnego przez ostatnie kilkanaście lat.
Populistą penalnym był niewątpliwie minister Zbigniew Ziobro i jego następca Krzysztof Kwiatkowski. Co ciekawe, obaj działali według dokładnie takiego samego schematu.
Zabójstwo policjanta na warszawskiej Woli - zaostrzenie kar za zabójstwo i napaść na funkcjonariuszy, sprawa Olewnika - zaostrzenie kar za porwanie, medialna sprawa nękanej dentystyki - wprowadzenie przestępstwa tzw. stalkingu, samobójcza śmierć w celi świadka w sprawie gen. Papały - kosztowny monitoring w celach. Takich przykładów mamy dziesiątki. Nikt jednak nie analizuje, jak wpłynęły na przestępczość. Bo i po co, skoro liczy się medialny efekt.
I właśnie ostatnie pomysły zaostrzenia kar dla pseudokibiców wpisują się w tę filozofię.
Mało kto wspomina o rzeczywistej skali tego zjawiska, a także o tym, że wymiar sprawiedliwości całkiem nieźle sobie radzi z pseudokibicami.
Warto więc do legislacyjnego zapędu podejść z rezerwą, gdyż nie wynika z rzeczywistych zagrożeń, ale z o wiele niższych pobudek.