Teza jakoby sędziowie sądów rejonowych uzyskali po raz pierwszy w historii znaczącą reprezentację w kolegium sądu okręgowego, sugeruje, że dotychczas ta reprezentacja taką nie była (Ryszard Sadlik „Czy zmiany usprawnią funkcjonowanie sądów", 15 września 2018 r.). Jest to konstatacja nieprawdziwa.

To żadna formuła

Rzetelność w spojrzeniu na to zagadnienie, obliguje do posługiwania się pojęciem „właściwej reprezentacji", rozumianej jako pochodna wszystkich obiektywnych elementów reprezentatywności, a w szczególności ilości osób reprezentowanych z poszczególnych sądów (rejonowych i okręgowego), a nade wszystko zachowania odpowiednich proporcji między ilościami głosów możliwych do oddania w imieniu poszczególnych sądów rejonowych, jak i między ilością głosów w imieniu wszystkich sądów rejonowych łącznie a ilością głosów w imieniu sądu okręgowego.

Ukształtowane w sposób właściwy, chociażby metodą „średniej ważonej", zasady reprezentacji winno eliminować dysproporcje, o jakich mowa. Tymczasem, te aktualnie obowiązujące nie mają nic wspólnego z właściwie pojmowaną reprezentatywnością, skoro przykładowo siedmiu sędziów w sądzie rejonowym X oraz 70 sędziów w sądzie rejonowym Y ma po jednym przedstawicielu z jednym głosem.

Trudno mówić o formule reprezentatywności, w sytuacji gdy głosy oddane w kolegium przez dwóch przedstawicieli sądów rejonowych liczących po kilku sędziów, zostaną przeciwstawione głosowi oddanemu przez jednego sędziego reprezentującego sąd rejonowy, liczący kilkudziesięciu sędziów. Oczywiście skutek tego będzie taki, że dwa „małe" sądy rejonowe mogą dowolnie i realnie kształtować rozwiązania konkretnego zagadnienia w „dużym" sądzie rejonowym.

Jeżeli z kolei wziąć pod uwagę dysproporcje między ilością przedstawicieli sądów rejonowych, a ilością przedstawicieli sądu okręgowego w kolegium, okazuje się, że reprezentatywność sędziów sądu okręgowego jest żadna.

Z własnego podwórka

To wszystko bardzo dobrze widać na tle realiów faktycznych Sądu Okręgowego w Kielcach. W Kolegium tego sądu zasiada 12 przedstawicieli sądów rejonowych. Dwa miejsca obsadzają z ustawy prezes i wiceprezes sądu okręgowego. Tylko dwa pozostałe mogą być obsadzone przez sędziów sądu okręgowego wybranych na zebraniu tego sądu.

Spostrzeżenia te potwierdzają wypaczenie jakiejkolwiek reprezentatywności w aspekcie zachowania proporcji, tak pomiędzy poszczególnymi sądami rejonowymi (skoro jednego przedstawiciela ma sąd rejonowy złożony z kilku sędziów i sąd rejonowy złożony z kilkudziesięciu sędziów), jak i sądami rejonowymi a sądem okręgowym. Ten ostatni może mieć tylko dwóch przedstawicieli, bo już sama ustawa nie traktuje prezesa czy wiceprezesa sądu okręgowego jako jego przedstawicieli (abstrahując od tego, że wiceprezes Sądu Okręgowego w Kielcach nie jest sędzią tego sądu, a funkcję prezesa Sądu Okręgowego w Kielcach sprawuje osoba, która nie zdecydowała się poddać zajmowania tego stanowiska ocenie ogółu sędziów).

Trudno się zatem dziwić temu, że sędziowie Sądu Okręgowego w Kielcach zdecydowali nie dokonywać wyboru dwóch swoich przedstawicieli do kolegium.

Konflikt interesów

Teza o uzyskaniu znaczącej reprezentacji w kolegium przez sędziów sądów rejonowych nie uwzględnia i tego, że na 12 przedstawicieli sądów rejonowych, dziewięciu to prezesi tych sądów. Praktyka, ale i głosy środowiska sędziów potwierdzają pogląd, że reprezentacja sędziów w kolegium przez prezesa danego sądu pozostawała i pozostaje daleka od poczucia właściwej reprezentacji („konflikt" interesów).

To wszystko pokazuje, że wskazana przez autora wspomnianego na początku artykułu „znacząca reprezentacja", nie ma nic wspólnego z właściwie, tj. obiektywnie, postrzeganą reprezentatywnością. Jeżeli chciano rzeczywiście zapewnić każdemu sądowi rejonowemu przedstawicielstwo w kolegium, na innych zasadach niż dotychczas, to z całą pewnością nie w taki sposób, jak tego ostatecznie dokonano.

Warto pamiętać i o tym, że nastąpiło to bez konsultacji zmian ze środowiskiem sędziowskim, które o kolejnej noweli ustawy o sądach powszechnych dowiedziało się z przekazów medialnych.

Nie można też pominąć i tego, że owa zmiana nie była efektem realizacji jakiegoś całościowo przygotowanego, spójnego, przedyskutowanego przez zainteresowanych projektu, a jedynie reakcją na to, że w jednym z sądów okręgowych w kraju nie spodobał się skład kolegium, po przeprowadzonych w pierwszej połowie tego roku wyborach. Zresztą jest to znany na przestrzeni ostatnich kilku miesięcy „mechanizm" działania wobec władzy sądowniczej. Jego istotę oddaje często słyszane stwierdzenie – „jest akcja, jest reakcja". W związku z tym rodzi się pytanie, czy kolejne zmiany ustawy tworzy się z myślą o ludziach, korzystających z realizowanej przez państwo funkcji wymiaru sprawiedliwości czy wbrew ludziom, którzy ten wymiar sprawują.

Doraźne cele nie powinny decydować

Nie jest też tak, że dopiero teraz najliczniejsza grupa sędziów sądów rejonowych uzyskała realny wpływ na działanie kolegium. Dotychczasowe rozwiązania, taki realny wpływ zapewniały, skoro istniała równowaga między ilością przedstawicieli sądów rejonowych i sądu okręgowego. Stwierdzenie, jakoby sędziowie sądów rejonowych „byli poddani woli sędziów okręgowych", jest nieprawdziwe. Wpisuje się jedynie w budowanie sztucznego i niezgodnego z rzeczywistością obrazu negatywnych relacji pomiędzy sędziami sądów rejonowych a sędziami sądu okręgowego, deprecjonowania pozycji tych pierwszych przez tych ostatnich, a to wszystko dla uzasadnienia wprowadzania kolejnych zmian.

Nie trzeba sztucznie, w imię realizacji doraźnych celów „dowartościowywać" sędziów sądów rejonowych, bo ich wartość jest oczywista i w środowisku sędziów sądów powszechnych absolutnie niekwestionowana.

Argument, że sędziowie sądów rejonowych są najbardziej obciążeni pracą i pracują „na pierwszej linii frontu", jest kontynuacją „wkładania klina" między sędziów sądów powszechnych różnych szczebli, po to, by grać na emocjach i dzielić środowisko na tych, co pracują więcej i tych co pracują mniej. To bardzo płytkie spojrzenie na problem obciążenia pracą sędziów, z całą pewnością z położeniem nacisku tylko na ilość załatwianych spraw, a już zupełnie w oderwaniu od ich charakteru, złożoności pod względem faktycznym i prawnym, ich specyfiki, związanego z tym poziomu nakładu pracy na ich rozpoznanie, koniecznego tempa podejmowanych czynności i stopnia skondensowania procesu decyzyjnego, ilości i obszerności przełożenia motywów owych decyzji procesowych na formę pisemną.

Nie chce widzieć

Martwi to, że autor artykułu tego wszystkiego nie dostrzega, albo – co gorsza, dostrzegać nie chce. Nie ulega natomiast żadnej wątpliwości to, że o ile na etapie konstruowania podziału czynności prawidłowo zostaną zidentyfikowane podstawy owego obciążenia, ma ono zrównoważony i porównywalny charakter – w skali wydziału, sądu i sądów. Wie to każdy sędzia, który w ramach pokonywanej drogi zawodowej sam doświadczył orzekania w sądzie rejonowym i okręgowym, w pierwszej, jak i drugiej instancji.

Także z punktu widzenia ukształtowanej na przestrzeni przynajmniej ostatnich dziesięciu lat praktyki w zakresie szeroko pojętego procesu opiniodawczo-decyzyjnego, z udziałem kolegium i prezesa Sądu Okręgowego w Kielcach, nie sposób nie dojść do wniosku, że te nowe rozwiązania nie przekładają się na żadne nowe – lepsze efekty. Koncepcja podziału czynności czy przykładowo powierzenia stanowiska przewodniczącego wydziału w sądzie rejonowym X nie rodziła się najpierw w głowie prezesa sądu okręgowego, a stanowiła projekt, którego autorem i wnioskodawcą był nie kto inny, niż prezes sądu rejonowego X i to było poddawane opinii kolegium. Podejście prezesa sądu okręgowego do tych zagadnień sprowadzało się do jednego podstawowego założenia, że należy co do zasady akceptować każdy projekt tego rodzaju pochodzący od prezesa konkretnego sądu rejonowego, bo to on najlepiej zna sytuację kadrową w danym sądzie, dokonywane przez niego „wybory" wpisują się w istotę sprawowanego przez niego nadzoru administracyjnego nad działalnością sądu rejonowego i to on będzie „czerpał" z owoców takiej propozycji, jaką złożył. To wszystko jest weryfikowalne i może warto zapytać samych sędziów i prezesów sądów rejonowych, którzy mają spostrzeżenia z lat minionych, jak w praktyce ta „dominacja", o jakiej mowa we wskazanym artykule, miała wyglądać.

Przyjął, bo inni nie chcieli

Argumentacja autora artykułu, co do tego, że powoływanie sędziów wizytatorów spośród sędziów sądów rejonowych z minimum siedmioletnim stażem pracy, jest dobrym rozwiązaniem, nie zasługuje na aprobatę. Oczywiste jest założenie, że sędzią wizytatorem z racji istoty i zakresu powierzonych mu kompetencji, winna być osoba, która poza doświadczeniem orzeczniczym i fachowością w danej dziedzinie prawa, będzie miała ogląd rzeczywistości w całym okręgu. To z tych względów wizytatorami co do zasady byli sędziowie orzekający w wydziałach odwoławczych, bo te z natury rzeczy są najlepszą płaszczyzną oglądu owej rzeczywistości, bez czego sprawne, efektywne i merytoryczne wykonywanie czynności wizytatora, chociaż miałby najlepsze kwalifikacje, jeżeli w ogóle jest możliwe, to bardzo mocno ograniczone.

Pytanie o realność wykonywania pracy wizytatora przez osobę, która orzeka w sądzie rejonowym, w którym jest kilku czy kilkunastu sędziów, a w ramach wydziału jeden, dwóch czy trzech sędziów, ma charakter już tylko retoryczny. Rzeczywistość kielecka pokazuje, że to rozwiązanie, do którego odwołuje się autor artykułu niczemu nie służy, skoro sędziego wizytatora spośród sędziów jednego z sądów rejonowych powołano tylko dlatego, że nikt z sędziów Sądu Okręgowego w Kielcach nie chciał przyjąć takiej propozycji.

Co autor tekstu miał na myśli

Twierdzenie, jakoby te wszystkie zmiany miały prowadzić do sprawniejszego funkcjonowanie sądownictwa, jest zdecydowanie gołosłowne. Z całą pewnością nie mają one żadnego przełożenia na takie usprawnienie pracy sądów, którego efektem byłby wzrost poziomu sprawności rozpoznawania spraw, a to – jak wydaje się – jest sednem sprawy interesującej przeciętnego Kowalskiego, który korzysta z prawa do sądu i oczekuje sprawnego rozstrzygnięcia sporu z przysłowiowym Malinowskim, co jest zagadnieniem na inną publikację.

Nie można pominąć obiektywnie pogarszających się wyników pracy sądów, jeżeli zestawić czas obecny z odpowiednim przedziałem roku 2017. Uprzedzając głosy tych, którzy próbują, bądź za chwilę zaczną próbować, twierdzić, że to efekt „oporu sędziów na zmiany", trzeba jednoznacznie powiedzieć, że jest to nieprawda. Przyczyny tkwią bowiem nie w zachowaniach sędziów, bo ci w dalszym ciągu na miarę obiektywnych możliwości orzekają z pełnym zaangażowaniem, ale – najogólniej rzecz biorąc – w efektach potraktowania systemu wymiaru sprawiedliwości przez władzę wykonawczą (np. od wielu miesięcy ilość wakujących stanowisk sędziowskich, brak odpowiedniej ilości referendarzy sądowych, którzy mogliby z powodzeniem wykonywać czynności przewidziane dla nich w ustawach procesowych).

Autorem analizowanego artykułu jest sędzia sądu powszechnego, któremu powierzono pełnienie funkcji prezesa jednego z sądów okręgowych w Polsce. Nie odbierając nikomu prawa do eksponowania własnych uwag i spostrzeżeń (co oczywiste, na takie traktowanie również sam liczę), nie można jednak nie dostrzegać tego, że analizowana publikacja stanowi pełną i jak starałem się wykazać, nieuzasadnioną aprobatę dla działań władzy wykonawczej i ustawodawczej wobec wymiaru sprawiedliwości.

Rodzi się pytanie, czy taka jednolitość w odbiorze rzeczywistości, stanowi tylko o realizacji jednego z najbardziej podstawowych praw człowieka, tj. konstytucyjnie gwarantowanej swobody głoszenia swoich poglądów, czy też świadczy już o uzależnieniu wymiaru sprawiedliwości od władzy wykonawczej.

Autor jest sędzią w Sądzie Okręgowym w Kielcach