Ustawa, która jeszcze nie zakończyła ścieżki legislacyjnej, przewiduje, że każdy, kto czuje się pokrzywdzony przez wymiar sprawiedliwości, może zaskarżyć państwo. Przedtem niby też tak było, ale ustawa likwiduje filtr w sądach okręgowych, czyli specjalny organ, który decydował o zasadności skarg, wyrzucając je zazwyczaj do kosza. Poza tym na państwie, gdy zmuszone zostanie do wypłacania odszkodowań lub innych form zadośćuczynienia, ma spocząć obowiązek ścigania sędziów winnych pomyłki. Kara nie może przekraczać połowy rocznych poborów netto. Chodzi jednak tylko o bardzo poważne zaniedbania, rażące lekceważenie obowiązków i naturalnie przypadki prześladowania oskarżonych przez prokuratorów i sędziów. Nowością jest to, że ustawa przewiduje karanie sędziów również za błędną interpretację przepisów prawa.
Funkcjonariusze Temidy już podnieśli larum, że to zamach na niezależność wymiaru sprawiedliwości. Szczególnie protestują przeciw karaniu za błędną interpretację przepisów. Argumentują, że ze strachu przed karą staną się bezdusznymi biurokratami i będą ferować wyroki nie tyle sprawiedliwe, ile dla nich bezpieczne. Straszą też wizją postępowań przeciw sędziom tak masowych, że paraliżujących funkcjonowanie aparatu sądowniczego. Wskazują ponadto, że oskarżeni będą mogli szantażować sędziów. Gdy te zastrzeżenia w popularnym telewizyjnym programie publicystycznym wysunął wiceprzewodniczący Naczelnej Rady Sędziowskiej, uczestnicy dyskusji, w tym prawnicy, parsknęli śmiechem i zawyrokowali, że kasta sędziowska strzeże swoich nie do pomyślenia gdzie indziej przywilejów, rozstając się przy tym z rozumem.
Numer znaleziony w notesie
Izba Deputowanych przegłosowała ustawę w związku ze sprawą, o której we Włoszech mówi się od ponad 30 lat. W 1983 r. pośród błysku fleszy i w obecności kamer został aresztowany jeden z najbardziej znanych dziennikarzy telewizyjnych Enzo Tortora. Zarzucono mu związki z neapolitańską kamorrą i handel narkotykami. Powodem zakrojonego na szeroką skalę śledztwa, a potem aresztowania, był zapis w notesie znalezionym w domu kamorysty. Przy nazwisku „Tortora" był numer telefonu, chociaż nie należał on do dziennikarza. Związki Tortory z kamorrą potwierdziło kilku odsiadujących wyroki gangsterów. Na podstawie tak wątłego materiału dowodowego dziennikarz wylądował na siedem miesięcy w areszcie, a dalsze pięć ze względu na zły stan zdrowia (rak płuc) spędził w areszcie domowym. W tym czasie dzięki grafologom wyszło na jaw, że gangster zapisał w notesie „Tortona", a nie „Tortora". Rzuciło to na śledczych słuszne podejrzenia, że wpływali na zeznania świadków koronnych, bo za wszelką cenę chcieli odnieść procesowy sukces, i to w głośnej sprawie, którą żyła cała Italia. Wybuchł skandal. Oburzali się nawet dziennikarze, którzy przedtem uczestniczyli w medialnym linczu Tortory. Partia Radykalna wciągnęła dziennikarza na swoją listę wyborczą do Parlamentu Europejskiego. Tortora został wybrany i znalazł się pod ochroną immunitetu. Tymczasem sąd i śledczy uparcie, choć nie bez arogancji, szli swoją drogą. We wrześniu 1985 r. dziennikarz został w pierwszej instancji skazany na dziesięć lat więzienia. Prokurator podczas procesu rzucił obrońcy Tortory: „Pana klient został wybrany do PE głosami kamorry". Tortora nazwał te słowa haniebnymi i natychmiast został dodatkowo oskarżony o obrazę prokuratorskiego majestatu. Europosłowie jednogłośnie odrzucili wniosek włoskiego sądu o cofnięcie mu immunitetu, a jednocześnie oskarżyli włoski wymiar sprawiedliwości o uporczywe prześladowanie dziennikarza. Ale Tortora uniósł się honorem i sam zrezygnował z immunitetu. Na proces apelacyjny czekał na wolności i rok później został całkowicie uniewinniony. Kamoryści, którzy złożyli fałszywe zeznania w zamian za obietnicę redukcji odsiadywanej kary, dostali dodatkowe wyroki.
W 1988 r. z inicjatywy Partii Radykalnej rozpisano referendum, w którym pytano Włochów, czy domagają się, by sędziowie osobiście odpowiadali za popełnione błędy w sztuce. Do urn poszło 65 proc. dorosłych Włochów i 80 proc. z nich głosowało „tak". Wkrótce potem Tortora zmarł, a lekarze są zgodni, że gdyby nie aresztowanie i procesy, żyłby dłużej. Efektem referendum była ustawa, która okazała się bublem prawnym. Zgodnie z jej literą o tym, czy w sprawie sędziowskich błędów można procedować, decyduje specjalny organ sądu rejonowego. Korporacyjna solidarność spowodowała, że w ciągu ostatnich 26 lat takich spraw było niecałe 400, choć zdaniem znawców przedmiotu włoscy sędziowie wydają rocznie kilkaset rażąco błędnych orzeczeń. Konsekwencje poniosło zaledwie pięciu sędziów i prokuratorów. Nawiasem mówiąc, sędziowie, którzy skazali Tortorę na dziesięć lat więzienia, nie ponieśli nawet dyscyplinarnych konsekwencji (podobnie jak prokuratorzy) i zrobili piękne kariery. Jeden został nawet członkiem Naczelnej Rady Sędziowskiej.
O zmianę tych praktyk bił się Berlusconi od lipca 1994 r., gdy otrzymał zawiadomienie z prokuratury, że toczy się przeciw niemu śledztwo w związku z oskarżeniami o związki z mafią. Co więcej, wręczono mu je publicznie, po uprzednim zawiadomieniu mediów, gdy jako premier przewodniczył szczytowi G7 w Neapolu poświęconemu walce ze zorganizowaną przestępczością. Już niebawem okazało się, że oskarżenia były dęte, więc śledztwo zarzucono. Było jasne, że politycznie motywowany wymiar sprawiedliwości chciał skompromitować Berlusconiego w oczach świata, co się zresztą doskonale udało. Naturalnie nikt za tę szytą grubymi nićmi polityczną prowokację nie poniósł żadnej odpowiedzialności. Nad sędziami w ramach walki z Berlusconim parasol polityczny otworzyła włoska lewica, więc sytuacja nie uległa żadnej zmianie.