„Bez względu na to, co ostatecznie zdetonowało rozpacz Andrzeja Leppera - choroba syna, kłopoty finansowe, uwiąd partii, marginalizacja czy cokolwiek innego - nie ma powodu wątpić, że nie tylko jego polityczna kariera, ale też życie prywatne i zwykłe poczucie osobistej godności zostały zniszczone przez oszczercze oskarżenia, w które zwalczający go politycy IV RP zaangażowali podległy im aparat państwa. Od tajnych służb i prokuratury po media publiczne i częściowo prywatne" – pisze Jacek Żakowski w „GW".
I uzasadnia:
„Gwiazda Leppera gasła, od kiedy wszedł w koalicję z PiS i LPR, ale zdmuchnięcie jej było skutkiem wymyślonych w gabinetach władzy fikcyjnych oskarżeń znanych jako "afera gruntowa" i częściowo fałszywych (m.in. ojcostwo dziecka Anety K.), a częściowo niewyjaśnionych oskarżeń o przestępstwa seksualne".
Czyli jednak znów okazało się, że można jeszcze bardziej...
Pomińmy już fakt, że Żakowski udaje (bo nie wierzę, że on wierzy w to naprawdę) iż Lepper, ten pancerny taran polskiej polityki, był tak naprawdę delikatnym, cienkoskórym wrażliwcem, któremu oskarżenia CBA i Anety Krawczyk mogły odebrać cokolwiek więcej niż dobry humor. Pomińmy już nawet fakt, że jeśli chodzi o aferę gruntową, to zarówno „Gazeta", jak i przytłaczająca większość mediów – z osobistym udziałem Żakowskiego zresztą –zrobiła wszystko co mogła, by owego dobrego samopoczucia szef „Samoobrony" nie stracił, by czuł za plecami mocarne wsparcie frontu obrony III RP. I że uczyniła to nad wyraz skutecznie. Że piórem swych publicystów kibicowała wszystkim prawniczym wygibasom, mającym ochronić zarówno samego Leppera, jak i oskarżanych o dokonanie przecieku. Znów – skutecznie nad wyraz.
Zastanówmy się jednak przez chwilę nad tym, że Żakowski pisze o „częściowo fałszywych, a częściowo niewyjaśnionych oskarżeniach o przestępstwa seksualne" w sposób i sekwencji sugerującej, że owe oskarżenia były również... dziełem zbrodniarzy z IV RP. Podczas gdy tę istotnie częściowo skompromitowaną, a częściowo niewyjaśnioną „aferę" nagłaśniał, lansował i potęgował – znów – chór zorkiestrowanych mediów antypisowskich, z grającą rolę dyrygenta „Wyborczą" i panopticum mobilizowanych przez nią autorytetów na czele. Pamiętam – oprócz codziennej nagonki informacyjnej i „informacyjnej" - te sążniste komentarze. Głoszące na przykład, że w każdym takim przypadku oskarżająca kobieta ma z definicji rację, że to mężczyzna ma dowodzić swojej niewinności, bo tak już dawno zadekretowali lewicowi mędrcy Zachodu...
Trzeba oddać Żakowskiemu sprawiedliwość – wówczas sam od „afery rozporkowej", jak ją nazywano, nieco się dystansował, w odróżnieniu od wielu nie deklarował a priori wiary w twierdzenia Anety Krawczyk. Był wstrzemięźliwy. Ale tym bardziej jest oczywiste, że dobrze pamięta to, co się wówczas działo. A więc jasne jest niestety, że konstruując kunsztowną frazę, w której ataki na Leppera w związku z rzekomym „molestowaniem" działaczki „Samoobrony" kojarzy – nie wprost, ale skutecznie – z „obozem IV RP", a nie z własnymi redakcyjnymi i politycznymi przyjaciółmi, świadomie mija się z prawdą.
Wydaje się, że tu już tupet, hucpa i wywracanie kota ogonem osiągnęło poziom ostateczny.
Ale... pewnie znowu jestem w błędzie. Pewnie będzie ciąg dalszy.